bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
Blog > Komentarze do wpisu
Polska Grenlandia

Wylądowałam na Grenlandii. Są tam miejscowi Polacy! Fascynuje mnie to, robię z nimi wywiad. Para – stara matka i dorosły syn, prości ludzie, mieszkają na wzgórku w ogrodzonej siatką przestrzeni, która nie ma bramki tylko ciasną dziurę w płocie, przeciskam się z trudem. Oni sobie radzą świetnie. Hodują jakieś zwierzęta. W dole wzgórza płynie woda, wzbiera okresowo. Jak to na wyspie północnej, jest zimna. Nie przejmują się niczym brnąc przez nią zanurzeni nawet po szyję tak jak stali, w ubraniach. Nie okazują żadnej reakcji na niską temperaturę, zadziwia mnie to. Ich organizm przywykł do ekstremalnego chłodu. Potrafią z sąsiadami, zanurzeni po szyję w tej wodzie stać na zalanej drodze i śpiewać swoje ludowe piosenki.
Zbiegam szybko, a raczej chyba frunę w dół wzgórza, starając się z nimi rozmawiać i unikać wody.
Potem pojawia się kwestia [nieślubnego] synka mojej dawnej przyjaciółki, to niemowlę. Pomagam w opiece nad nim. Zapakowanego ciepło i bezpiecznie w jakimś wózku zabieram gdzieś w górę poza wioską do opuszczonej drewnianej chaty, aby tam mógł wyspać się spokojnie i w miarę bezpiecznie. Penetrując chatę znajduję ślad czyjegoś pobytu, niewielką czarną lornetkę. Przymierzam do moich oczu, pasuje, bo redukuje moją wadę wzroku i mogę zobaczyć wreszcie co się znajduje na podwórzu sąsiedzkim. Nic szczególnego, wielka stodoła, jakieś klamoty porozrzucane dość swobodnie za ogrodzeniem. Odkrywam jednak jeszcze drugie obejście znajdujące się za tym sąsiednim. I tam mogę zerknąć. Widzę teraz kilku strażników w czarnych mundurach, siedzą tyłem do mnie i obserwują przestrzeń przed sobą, zatem jestem bezpieczna. W takim razie to oni tutaj byli i któryś zapomniał lornetki.
Wracam do dziecka, zaglądam do wózka, biorę na ręce. Było zapakowane w podłużne pudełko z przykrywką i dopiero w jakieś okrycia i nakrycia wózka. Spało, przebudziłam niepotrzebnie, zaczęło płakać krzywiąc buzię. Wtedy pojawił się staruszek, pamiętam go nieszczególnie, z siwym nieogolonym zarostem na twarzy, drobny, w łachmanach, albo w niechlujnym ubraniu. Nie był wrogi, pomógł mi przy dziecku i wrócić z nim do grenlandzkiej polskiej wioski. Sam został w chacie, która była jego tymczasowym schroniskiem.
Tymczasem wody [chyba wiosenne] opadły. Widzę po środku wsi sad owocowy. Na gęsto posadzonych starych drzewach mnóstwo drobniutkich jak czereśnie żółtawych jabłuszek. Liści nie widzę w kolorach, są czarne razem z pniami i gałęziami jak widzi się pod światło, albo na czarno-białej fotografii. Pewnie w tym klimacie większe owoce nie dałyby rady urosnąć – myślę. Ale i tak jest pięknie i urodzajnie, jak to w sierpniu. Nie, mamy już wrzesień, owoce powinno się już zebrać na nadciągającą zimę (odnotowuję kiks z czasem 8-9).
Za sadem wypada brzeg wyspy i widok na morze. Ktoś mnie tam prowadzi, a mnie z miejsca ogarnia zdumienie i zachwyt. Widok morza jest niecodzienny. Fale płyną jakby z lewa na prawo, choć przy brzegu tworzą większe wzburzenia, co sprawia wrażenie, jakby wszystko z nimi było w porządku i uderzały w normalny sposób o skaliste wybrzeże. Są na nich miejsca wirujące [zdaje się z prawa na lewo, tworzące kształt nieco spłaszczonej elipsy] w ciemniejszym niebieskim kolorze, wyglądają trochę jak burzowe chmury na niebie. Niebo wchodzi w biały kolor, morze ma różne odcienie niebieskiego, które tworzą jakby poziome warstwy na falach.

Mój komentarz: To wiem. Kanał minusowy ciągnie się do granicy 8/9, albo kapkę dalej. Jak przypuszczam wiedzie na Ziemię i z nią jest związany. Tutaj Polacy, czyli Ziemianie dostosowali się do minusowych warunków, nie tracąc "głowy" (która wystawała z wody i śpiewała wspólnotowe pieśni). Było też dzieciątko z matki nie-boskiej, które trzeba było czasowo ukryć. Minusowo pokazany archetyp starca i chłopca, starej i nowej świadomości, która się rodzi, mimo czarnych strażników, którzy przypadkiem zgubili "oczy" i patrzyli w inna stronę. Jest kawałek świętego mitu zatem. Dzikie jabłonie, w morzu poziomy-struny, wir w kolorze mentalu - próba zakręcenia falą w drugą stronę. Z zieleni to tylko nazwa była. Bo nawet jabłonie wydawały się pozbawione koloru.
JB: Szechinę określa się panną bez oczu.
Ja: He, czyli patrzyłam jej oczami?
JB: To możliwe.

 

wtorek, 11 września 2018, transwizje

Polecane wpisy

  • Zespół C

    Dwa-trzy sny z ostatnich nocy. Mają związek. Który zapewne zrozumiem po czasie. Pierwsze z nich: W przyciemnionym pokoju w warszawskim mieszkaniu przy ulicy imi

  • Źródło obfitości

    Tamtej nocy, Księżyc miał randkę z Neptunem w znaku Ryb, moim 4 korzennym domu, a to była mocna energia startowa. Najpierw wpadam w trans i wyszłam na jakąś prz

  • Zlecenie

    Wczoraj wsiadłam do pociągu, który zawiózł mnie za 7 złotych tam, gdzie nie było planu. Przekroczył niepostrzeżenie granicę i wylądowałam w Rosji, gdzie jadłam

TrackBack
TrackBack URL wpisu: