bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 30 sierpnia 2016
Kto śni mnie?

Cytat: Sen to rodzaj monologu wygłaszanego pod pokrywą świadomości – można go usłyszeć w czasie snu, na jawie zaś w pewnym sensie milknie.
Carl Gustaw Jung

 

Ja: Tak, choć ja mam problem. Czyjego monologu?

Marta Zelwan: też mi się nie podoba nazwanie snu monologiem, i to bardzo. Jung mówił po tysiąc razy o tym samym, często za każdym razem trochę inaczej. Ale ktokolwiek mówi, na jawie milknie tylko "w pewnym sensie" :) nieświadome jest cały czas...

Ja: Moje sny są monologiem, a raczej niezliczonymi monologami, ale nie moimi. Ćwiczeniem umysłu na jawie jest zgadywanie czyj to sen, czasem zgaduję, a czasem po prostu wymyślam sobie osobę, która przeze mnie śni. Niekoniecznie są to tylko ludzie. Co za tymi snami stoi, a raczej nad nimi, czyli co je zawiera, wielkie morze zbiorowej pamięci, to nie tylko. Bo jest w tym porządek, logika i sens, choć na pozór przypadkowe, a jednak czemuś służą. Chyba temu, co robię z tym na jawie. Jaki sens temu nadaję. I jak zamieniam w świadomość i czyn.

Marta Zelwan: Niezliczone monologi :) Ja tylko czasem domyślam się, dla kogo miałam sen. Raczej włączam taką podwójną uwagę w dzień, aby sen zauważać w jawie. Robi się świadome śnienie całodobowe. Bardzo inny świat. Tak, nieświadomość to nie tylko morze zbiorowej pamięci (niepamiętanej). Coraz bardziej czuję jakiś kontakt...

Ja: To, co niekiedy dzieje się na jawie, a związane ze snem bywa jedynie jego wyzwalającym pretekstem. Bo sen dotyczy sprawy czy rzeczy zaledwie podobnej i o wiele większej w skali, ważności, wielkości, czasu, a co ciekawe, wcale nie związanej ze mną, osobą śniącą. Tak jakby morze śniło świat od początku do końca, wraz z nim wszystkich ludzi i wszelkie istoty żywe, a osoby śniące są stworzone tylko po to, by je śnić i reagować, jak indywidualne Ty wobec Niezmiernego.

14:48, transwizje
Link
piątek, 26 sierpnia 2016
Hala

Obejrzałam wczoraj film fabularny pt. "Życie, którego nie było". Temat mind control połączony w nim został z matrixem. Postać agenta-kosmity ma ludzką formę, lecz jest niezabijalna, dokładnie tak samo jak w "Matrix" (jeszcze wtedy) braci Wachowskich. Kontrola odgórna pojawia się wraz z dziwnymi chmurami na niebie. Agencja amerykańska jest tu wybielona, bo wie, ale nic nie może zrobić, jedynie zmniejszać szok i zło, którą przynoszą eksperymenty na ludziach ze strony sił "innych". Czy kosmicznych, pozostaje to jedynie w sferze domysłów.

Nie pisałabym o tym, gdyby nie szczególna zbieżność. W 76 minucie filmu pojawia się ogromny budynek hali, w której dzieje się akcja. To ten sam, lub bardzo podobny do tego, który przyśnił mi się niedawno.

09:16, transwizje
Link Komentarze (1) »
środa, 24 sierpnia 2016
Ziemioida

Patrzyłam w wysokie nocne niebo usiane jasnymi gwiazdami. Przesuwała się między nimi maleńka kropeczka sputnika, ziemioidy, sztucznie stworzonej. Która teraz została zaatakowana przez chaos. Obcy weszli w związki z tubylcami, rozsadziło to obyczaje, zaczęły rodzić się hybrydy, coraz bardziej niszczące spokojne życie trwające tysiącleciami. Znalazłam się tam, jeszcze do mnie ów nieporządek nie dotarł, ale trzeba się przygotować, miałam tę świadomość. 

09:13, transwizje
Link
niedziela, 21 sierpnia 2016
Zielona kostka

Przy budzeniu się znów ten sam zielony kolor, tym razem zamknięty w czarnej niewielkiej kostce. Kostka zaczęła się oddalać i zobaczyłam coś jak dziwny szary budynek z szeregiem wysokich wąskich otworów na frontowej ścianie. Nie byłam pewna czy to budynek, czy może jakieś urządzenie elektroniczne widziane od tyłu, z otworami wentylacyjnymi. Wielkość była względna.

11:50, transwizje
Link
sobota, 20 sierpnia 2016
Zielone

Przy budzeniu się duże, okrągłe zielone gadzie oko, z pionową kreską źrenicy, wpatrujące się.

09:06, transwizje
Link
wtorek, 16 sierpnia 2016
Pokornie

Udałam się do podmiasteczkowej wioski, razem z koleżanką Olą, która mi towarzyszyła. Odszukałam gospodarstwo państwa Siwaków, z którymi moi rodzice przed laty utrzymywali kontakty, wizytowali się wzajemnie. Ojciec często przychodził leczyć za darmo, a pani Siwakowa czasem nocowała z dziećmi u nas, gdy jej mąż po pijanemu zrobił awanturę. Z jej dziećmi, Iwoną i Jarkiem chodziłam do jednej klasy. Teraz wysłała mnie mama z pewnym trudnym poselstwem. Odnalazłam dawne podupadłe gospodarstwo jako świetnie utrzymaną, kwitnącą, ogrodzoną posiadłość z kilkoma dużymi nowymi budynkami. Po środku podwórza kwitnące klomby, ścieżki wyżwirowane. W wielkiej murowanej stodole zamienionej w jakiś magazyn, przyjął nas pracownik, który kazał czekać na powrót gospodarzy.

Usiadłyśmy w kącie, nudząc się, gdy w końcu ten pracownik zajrzał, mówiąc, że to jeszcze potrwa. Wyglądał na osłabionego, rzeczywiście źle się poczuł.

- Potrzebna by mi była wisienka - westchnął.

Wtedy Ola wyjęła z torebki swój portfel, a z niego na pół ususzoną wisienkę wyciągniętą kiedyś z nalewki wiśniowej.

- Proszę. Mam tylko to, ale może pomoże.

Ku naszemu zdziwieniu pracownik obruszył się i wręcz wystraszył.

- Nie! Schowajcie to! Nie chcę! Tutaj tego nie można! W żadnym wypadku! – zawołał i uciekł gdzieś do siebie.

Gospodarze zjawili się po dłuższym czasie, w gromadzie swoich gości, których oprowadzali po starannie uprawianych włościach w celach szkoleniowych. Od lat pan Siwak (w przeciwieństwie do mojego ojca) nie pił i zajął się pracą, szybko dorobili się i zaczęli prosperować przykładowo, także agroturystycznie.

- No, tak, nawet trochę ziemi daje szanse odbicia się od dna. Teraz już to wiem – pomyślałam sobie, rozważając ten dziwny fakt społecznego awansu.

Pani Siwakowa, w lekkich spodenkach i koszulce gimnastykowała się w grupie pań na świeżym powietrzu i mimo, że mnie zauważyła przez oszklone drzwi na taras długo nie podchodziła. W końcu na chwilę weszła do domu i wtedy ją zatrzymałam, prosząc o chwilę rozmowy.

- Pamięta mnie pani, poznaje? – zapytałam najpierw, stając naprzeciw niej. Przyjrzała mi się chwilę.

- Tak – odpowiedziała ta drobna, niska kobietka na oko koło sześćdziesiątki, rówieśniczka mojej mamy.

- Przysyła mnie tutaj mama. Z prośbą o pomoc.

Widziałam, że pani Siwakowa słuchać nie miała zamiaru. Wlepiła we mnie szeroko otworzone oczy i uśmiechała się na pół ironicznie. Byłam jednak zdeterminowana.

- Dalej mieszkacie w tym samym domu? Wciąż jest w nim tak brzydko, jak kiedyś? I na dole i na górze? Widziałam kiedyś… – spytała z jadowitą uprzejmością.

Przestąpiłam z nogi na nogę. To było trudne, zachować pokorę mimo wszystko.

- Tak. Ale to nie jest temat, z którym do pani przychodzę. Chcę teraz zapytać o coś innego.

- No?

- Proszę mi odpowiedzieć po prostu, tak lub nie. Czy bylibyście państwo skłonni nam pomóc?

- Nie – padła odpowiedź, bez żadnego innego grymasu na twarzy kobiety.

- W takim razie do widzenia – wyszłam bez słowa, a ze mną moja koleżanka Ola. Obudziło mnie przykre uczucie gnębiącego życiowego upokorzenia.

10:00, transwizje
Link
niedziela, 14 sierpnia 2016
Upadek systemu

Sen w środku nocy: jestem mężczyzną, wchodzę na najwyższe piętro bloku. Drzwi do mieszkania otwiera mi jakaś na pół ubrana dziewczyna, bez słowa wpuszcza mnie do środka, wchodzę. Przychodzę z ostrzeżeniem i informacjami z ramienia jakiejś grupki ochroniarzy bloku. Mówię, że mają wybór, zostać lub uciekać. Nie wiadomo gdzie. Pozostanie wiąże się również z niebezpieczeństwem. Dziewczyna wprowadza mnie do pokoju sypialnego, duży materac na podłodze. Na nim siedzi w tej chwili, okryta niedbale pościelą druga dziewczyna, naga. Z ich wzajemnych gestów domyślam się, że są kochankami. Mają zgaszone spojrzenia, jedna z nich wydaje się znudzona, ale nie ma gdzie pójść, utknęła tu. Właściwie bez słów porozumiewamy się, zostaję z nimi, jako trzeci do kompanii. Porzucam zadania, zajmujemy się seksem bez myślenia o tym, co będzie dalej…

Tymczasem mnóstwo ludzi zdecydowało się zbiec ze swoich domów, bloków, opuścić miasto. Nocują w przygodnych miejscach. Okołomiejskie lasy zapełniają się błędnymi wędrowcami, którzy co najwyżej rozciągają nad sobą skośne daszki z jakichś ubrań, albo ręczników, podpierając je z jednej strony patykami wetkniętymi w ziemię, a z drugiej przytrzymując końce jakimiś przyciskami. Nawet, jeśli ktoś ma ze sobą namiot to go nie rozbija w obawie przed kradzieżą, albo najściem strażników leśnych, którzy każą go i tak zwinąć. Bo są jeszcze strażnicy, próbują utrzymywać dawny porządek. Ale to się szybko kończy. Wszyscy porzucają swoje funkcje i zawody w ciągu kilku dni, rozchodzą się.

Podobnie w blokach i mieście jest jeszcze, pewnie siłą rozpędu prąd, gaz i woda, ale to też się kończy. Jestem teraz pisarką, mieszkającą na najwyższym piętrze apartamentowca, mam dwukondygnacyjne mieszkanie. Przeglądam w zamyśleniu półki regału z książkami. Między nimi są też i moje. Owiane sukcesem, kilka niedawno wydanych tomów w kolorowych okładkach, do tego jakieś kasety i nagrania. Wszystko teraz nagle się zawaliło, sukces jest nikomu niepotrzebny, gra się skończyła, jakie to dziwne! Wybieram swoje dzieła spośród książek, wsadzam do pudła i pudło ukrywam w niewielkiej skrytce pod podłogą w kuchni. Może kiedyś tu jeszcze wrócę, może będzie można znów pisać, tworzyć, chwalić się, zarabiać… wtedy, gdy rzeczy wrócą na swoje miejsca. Robię tak, choć w to nie wierzę. Nie chcę uciekać, zostawiać bezpiecznego i wygodnego miejsca. Napełniam wiadra i wszystkie naczynia coraz wolniej cieknącą wodą, wiem, że to nie starczy na długo, nawet, gdy będę oszczędzać. Co z myciem? Na razie przestaję się myć. Ubikacja jeszcze działa, ale nie używam spłuczki, która już nie funkcjonuje. Jem cokolwiek z zapasów, straciłam apetyt. Światło pali się szczodrze w każdym pokoju mieszkania, decyduję się je zgasić, bo coś się zaczyna dziać z prądem, czuć swąd przegrzanych przewodów, ja też przez chwilę się palę i gaszę ten ogień narzucając na siebie jakiś koc.

Na mieście ludzie podejmują jeszcze próby opanowania sytuacji. Są jakieś urzędowe grupy chodzące po blokach. Wywołują staruszków, zabierają ich gdzieś, nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Są najgorsze podejrzenia o tym, że są kasowani. W którymś mieszkaniu pode mną dwie staruszki ukrywają się w ciasnej pakamerze, podczas gdy rodzina rozmawia w progu z komisją stojącą w drzwiach. Ktoś tłumaczy, że babcie są im potrzebne, bo wiedzą, co robić w trudnych warunkach, są poza tym zdrowe i samodzielne. Komisja nie naciska zbyt mocno, wszystko jest takie niepewne, wszystko się daje załatwić, mimo odgórnych poleceń.

Na ulicach zdezorientowane gromady ludzkie. Jeździ jeszcze tramwaj. Ktoś kogoś goni. Ktoś w biegu wsiada do przepełnionego tramwaju, ja nie zdążam wskoczyć. Słyszę tylko daremne wołanie: Ewa! Ewa! Chodź tu! Zostaję sama w tłumie, bez domu, bez celu, bez sensu…

09:54, transwizje
Link
środa, 10 sierpnia 2016
Przepowiedziany

Spotkanie zaaranżowane przez Grażynę Szapołowską w jej pokoju hotelowym, z pewnym mężczyzną popieranym przez tajną polską lożę masońską. Ja i młodziutkie córki mojej znajomej służymy raczej za przyzwoitki. Dziewczynki nie grają żadnej roli w spotkaniu, w końcu zasypiają na osobnym łóżku, z buziami w ciup, jak pensjonarki. 
Mężczyzna ów, elegancko ugarniturowany, nadzwyczaj uprzejmy w zachowaniu i sposobie mówienia budzi moje onieśmielenie, rozumiem, że wolałby być tu sam na sam z gospodynią spotkania, niż znosić moją i dziewczynek krępującą i skrępowaną obecność.
Z jego rozmowy z panią Grażyną wynika, że wraca właśnie z radia, gdzie odbył wywiad, bo powoli ujawnia się ze swoją misją. Rozumiem, że chodzi o pokazanie społeczeństwu "przepowiedzianego". Zatem wtrącam się do rozmowy, bo mnie to zaciekawia. On jest pewny swego, stoi za nim jakaś ukryta siła sprawcza. Jest uczciwy, prosty, otwarty, widać, że ma jak najlepsze zamiary co do przyszłości naszego państwa, ale...
- Rzeczywiście ma być ich dwóch - wchodzę na swoją ulubioną ścieżeczkę - Francuz, być może z jakąś domieszką polskiej krwi królewskiej lub powiązaniami z naszymi królami. I być może Polak, w jakiś sposób skoligacony z władcami francuskimi, lub zachodnimi. 
Mężczyzna w garniturze rozpromienia się, sugerując, że o niego chodzi.
- Kiedy się pan urodził? - pytam go zatem.
- 8 sierpnia.
- Lew. Hm, według przepowiedni ma to być ktoś urodzony w marcu czy kwietniu, lub na przełomie tych miesięcy i mieć silne wpływy Marsa w horoskopie - wyjaśniam. 
On wydaje się lekko zdziwiony, ale nie zmartwiony.
- No, cóż - pocieszam go - są jeszcze przepowiednie co do niższych rangą ważnych inkarnacji. Jacyś ministrowie, namiestnicy, gubernatorzy i wcale nie przeczę, że może być pan jednym z nich...

Najciekawszy w tym śnie był fakt, że to, co mówiłam tak gładko do owego mężczyzny niekoniecznie jest moim jawnym poglądem na sprawę. 

09:47, transwizje
Link
niedziela, 07 sierpnia 2016
Pusty wschód

W nocy był marzec, dość ciepły i wilgotny, na wschodzie tajały śniegi. Nadchodzily urodziny mojego nastoletniego siostrzeńca. Zjechała do mnie znajoma piosenkarka i wyautowana lesbijka, przewodząca swojemu środowisku, aby stąd wyruszyć z wycieczką "na Kursk". Ruszyliśmy jej samochodem wszyscy, ja z młodym z ciekawością, znajoma z zuchwałością kobiecej działaczki, pobudzić nieco zatęchłą atmosferkę rosyjskiego Wschodu swoim pojawieniem się na jakiejś imprezie środowiskowej. Pamiętam chłodną głuchą pustą roztapiającą się białą przestrzeń, którą trzeba było pokonać w drodze do celu.

10:41, transwizje
Link
sobota, 06 sierpnia 2016
Niespodziewane wizyty

Poszłam dość wcześnie spać, pewnie z braku inspiracji. Wkrótce przyśniło mi się, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, ale w moim dawnym rodzinnym domu, na piętrze. Wolny czas spędzając na balkonie od podwórza, gdzie stały stoliczki i krzesła. Pełne teraz niepozmywanych talerzy i sztućców po jakimś naszym wieczornym biesiadowaniu, których nie chciało mi się sprzątnąć. 
Była ciemna noc i nagle rozszczekały się psy. Hałas zmusił A., by wyjrzeć na dwór i sprawdzić co się dzieje. Po chwili słyszę, że prowadzi kogoś do mnie na górę po schodach. Wychodzę z pokoju na korytarz i wchodzącego mężczyznę w półmroku biorę za Kościka, wiejskiego złodziejaszka i recydywistę, który chyba znowu coś zbroił i ukrywa się teraz przed ścigającą go policją. Przyszedł pewnie, żeby go przechować na czas policyjnej kontroli w jego chacie... Nie jestem z tego zadowolona i od progu ogłaszam srogim głosem:

- Jeśli myślisz, że tu się schowasz, to się grubo mylisz!

Ale to nie Kościk. Mężczyzna podchodzi bliżej i rozpoznaję z pewnym trudem znajomego sprzed lat, niejakiego Drożdżaka, imienia zapomnianego (nazwisko brzmiało zdaje się nieco inaczej, podaję w przybliżeniu, na jawie mi się z nikim nie kojarzy). Poznaliśmy się dawno temu i korespondowaliśmy dość długo na tematy ufo-zbliżone. Kontakt od lat całkowicie zapomniany i pogrzebany w mojej pamięci. 
Ściskamy się serdecznie i witamy. Dziwię się, że trafił na moją wiochę o tak późnej porze i znalazł mój dom po ciemku. On tego nie komentuje, za to mówi:

- Czytam twoje teksty i zawsze myślę, że gdy ktoś pije jogurt o każdej porze dnia, to naprawdę zwariował...

- Albo po prostu go ma! - śmieję się.

Obudziło mnie szczekanie psa, który akurat usłyszał coś na zewnątrz domu, co go zaniepokoiło. A. wypuściła wszystkie psy i pobiegły w głąb podwórza ujadać na coś zajadle. Trwało to tak długo, że w końcu wyszła sprawdzić, czy ktoś rzeczywiście się nie kręci po obejściu albo w sąsiedztwie. Wkrótce wróciła, psy też, uspokojone. 

- Co się dzieje? - spytałam zaspana.

- Nic takiego. Psy na drugim końcu wsi się rozszczekały. Ale piękne niebo, rozgwieżdżone, nieskończoność gwiazd widać...

- No, tak, sierpień. Mleczna Droga.

Zasnęłam.

Rano sen, w którym wpadła do mnie grupka znajomych realizatorów filmowych, z aktorem Zelnikiem między innymi. Coś mieli robić, wywiad, film, nie pamiętam. Miało być spontanicznie, stąd niezapowiedziana wizyta. Poczęstowałam ich jakąś kawą, herbatą, ciasteczkami, czekoladą, co było pod ręką. Rozsiedli się, opili winem, piwem, rozgadali, czas im schodził na pustym gadaniu. Zdenerwowało mnie to, miałam dość tracenia czasu na czcze bajania. Głośno zaczęłam narzekać, że gdyby zapowiedzieli swoje najście, to coś bym smacznego przygotowała, a w takim razie musi im starczyć ten prędki poczęstunek. Już nic innego nie będzie.
W końcu zaczęłam się ubierać chyba do wyjścia, starannie przymierzając czapkę z daszkiem przed szybą w jakiejś witrynie szafy, czy drzwi. (Wnętrze było obce mojemu jawnemu światu, przypominało wystrojem raczej kawiarenkę, bar). Zebrałam długie włosy w czarny worek, doszyty z tyłu do czapeczki, sprawdzając jak wyglądam, przed odejściem. Jest to proceder, który półświadomie praktykuję czasem w snach, gdyż odbicie w lustrze pokazuje osobę, która śni przeze mnie i do kogo naprawdę sen należy.

Kiedy się obudziłam zaraz przypomniałam sobie czyją jest twarz, którą zobaczyłam w szybie. Śniła przeze mnie pisarka snów Marta Zelwan (którą na jawie znam poprzez internet).  

10:39, transwizje
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
Archiwum