|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne moje
Linki
|
bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
niedziela, 13 maja 2012
Tabletnie-ruśnie
No, to mamy znowu alegorię. Pani K. - elita polska rządząca w kraju zagożonym rozbiorem, tak jak przed wiekami było, ze strony pomysłowego i chciwego władcy Rosji...
piątek, 11 maja 2012
Aktywnie-polsko
Wizjo-sen około północy (tzw. pierwszy sen): przebywam w domu rodzinnym, toczy się jakaś akcja, wracam jak gdyby z dala i przyglądam się z odnalezioną miłością miejscu mojego urodzenia. Myślę przy tym, że tam, gdzie tak długo ostatnio mieszkałam, daleko na wschodzie, nie mogłam odnaleźć tego uczucia zakorzenienia, przynależności, które daje wielką siłę. Obcość była nieustanna i trudna do zniesienia. Widoki wydają mi się piękne i rzut oka jak by z góry na połać mojej niedużej miejscowości i jej okolicznych pól, dolinę dwóch rzek, w których się latem pławiłam od dziecka, daje coś jak ogląd całego kraju ojczystego z lotu ptaka. Dodam, że nie była to rzeczywista wizyta ducha, jedynie sen o wizycie, mocno wyraźny, ale imitujący pewne wrażenia przy takich spotkaniach. Alegoria. Kolejny sen, który ciągnął się do rana traktował o trudnym "romansie" jaki się nawiązywał pomiędzy mną i spotkanym nagle kolegą z dzieciństwa, bardzo smutnym człowiekiem. Spacerowaliśmy Krakowskim Przedmieściem w Warszawie. Było piękne, w jego drugiej dalszej części mieściły się "prawdziwe skarby" Polski. Wtedy wreszcie dowiedziałam się, co jest przyczyną depresji mego przyjaciela. Opowiedział mi szokującą historię, którą przeżył podczas służby w wojsku (okazało się, że przez lata był trepem). Został w nim "przecwelowany" (wyrażenie ze snu) i zmuszany do zaspokajania swego szefa podczas jakichś "rytuałów". Teraz z trudem otrząsa się z tamtych przeżyć, rzucił służbę, powoli skierowuje uwagę na kobiety, lecz czuje się do głębi zraniony, tym, co mu zrobiono i jak upodlono jego wrodzoną naturę. Hm, w takim razie pierwszy sen również dotyczy kwestii Polski, patriotyzmu, budzenia się naszej wspólnej duszy (duch mojej Mamy to Ona, Matka Polka, Duch Polski).
wtorek, 17 kwietnia 2012
Kólnie
Sen z elementami wizji: W bramie do mojego pierwszego zakładu pracy zgubiłam zegarek, wymknął mi się z ręki na odpiętym paseczku i zniknął na ziemi. Nie mogłam znaleźć, a spieszyłam się, żeby się nie spóźnić. Kiedy indziej znalazłam w tym miejscu rozbite szkiełka, za dużo ich było jak na mój jeden maleńki zegareczek. Wkrótce znalazłam w pobliżu duży zegarek kopertowy. Musiał długo leżeć na powietrzu, bo cyferblat zupełnie wyblakł, widać było jedynie wskazówki, i chodził, słyszałam tykanie. No, ale to nie był MÓJ zegarek.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Elektrycznie
Sen na początku nocy: w przyszłym roku o tej wiosennej porze zacznie się wielki niepokój. Mieszkałam w jakimś mieście, widziałam wszystko oczami mieszkańca miasta. Ludzie skupieni w jakieś gromady, grupy, przerażeni, niepewni siebie, osaczeni. Nie wiadomo czym. Jak gdyby zamknięci w niewidzialnych więzieniach. Zewsząd propaganda. Przyszło mi do głowy, aby przestać korzystać z mediów elektrycznych (sic!), ale silniejszy był strach, że nie będę czegoś wiedzieć, gdy już zacznie się coś okropnego naprawdę dziać. Bałam się sama wychodzić z mieszkania do sklepu, gdy zaś wychodziłam z rodziną lękałam się o mieszkanie, że ktoś je obrabuje. Strach dotyczył zatem agresji nie wiadomo skąd, zamachów na życie. Obudziłam się silnie zaniepokojona i dość długo ten stan się utrzymywał, zanim go rozproszyłam. Zwyczajnym myśleniem.
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Się
W czasach szkolnych byłam czytelniczką wszelkich pism i periodyków literackich, wychodzących w Polsce. Literatura, Wiadomości Literackie, Nowy Wyraz, Twórczość. Pewnego razu, a było to chyba pod koniec lat 70-tych, 78-79? a może już 80? Twórczość zamieściła w kilku numerach świeżo powstałe dzieło Steda, Edwarda Stachury. "Fabula Rasa". Z miejsca się w nim zakochałam i czytałam po wielekroć, wszerz i wzdłuż, od początku do końca, od końca do początku, wyrywkami. Moja dusza zaśpiewała... Byłam wtedy w swojej świadomości niewierząca, od 12 roku życia nie chodziłam do kościoła, nie dałam się wybierzmować, czytywałam też ateistyczne pisemka Engelsa i Marksa, i Lenina też, a co. Jak i francuskich 18-wiecznych radykalnych "bezbożników", wiadomo jakich, chętnie wtedy wydawanych przez polskie socjalistyczne oficyny. Przy tym wszystkim coś we mnie tkwiło innego, w głębi ukryte, i tylko od czasu do czasu wyłaniało się w postaci zdumiewającego mnie samą snu albo wizji. W końcu zaczęło się spontaniczne odrywanie się od ciała fizycznego, razem z przerażającymi mój racjonalny umysł stanami transu, ogromną nerwicą i atakami strachu przed śmiercią. Pojmowaną jako absolutny koniec tak samo ciała jak świadomości, czyli materialistycznie. I kompletnie brakowało mi narzędzi rozumowych, aby to pojąć i zaklasyfikować co się dzieje. Na próby opowiedzenia choć części koszmaru słyszałam zdawkowe: "To dlatego, że nie chodzisz do kościoła..." Kościelne gadki budziły we mnie od zawsze coś w rodzaju odruchu wstrętu, dlatego katolicką teologię, a raczej mistyków chrześcijańskich poznałam dopiero kilka lat później, gdy zjawiska parapsychiczne nasiliły się do granic wariacji. I już nawet doktryny próbowałam się uchwycić, aby oprzeć się naporowi Stamtąd. Oczywiście wraz z lekturą Biblii od deski do deski. Niemniej teoretyków dziwnych kościelnych pojęć, oprócz Mistrza Eckharta i paru innych, zostawiłam szybko nawiedzonym i nadętym filozofom (nie wiem czemu, ale filozofowie z wykształcenia, tych kilkoro, których nieco później poznałam, zawsze okazywali się nadętymi dupkami używającymi na co dzień śmiesznie napuszonego słownictwa nie z naszej epoki i nie potrafiącymi nawet zauważyć faktu, jak bardzo odstają od rzeczywistości i bawią męcząc otoczenie). Ale wracam do dzieła Steda. Człowiek-nikt opisany przez niego, cały składa się z jedności i nie rozdziela się w żadnym momencie. Bo czasu nie ma, jest teraźniejszość. Nie ma też tu i tam, ani gdzieś, ani kiedyś. Jest tu i teraz, po wieczność. Dlatego przebywając w cudownym i najprostszym stanie świadomości człowiek-nikt przestaje nawet śnić. Nie ma już snów. Nie ma marzeń. Nie ma lęków. Ani żadnych celów przed sobą. Oprócz tych, które nieustannie się wobec niego manifestują same z siebie. A każda czynność, gest, słowo, myśl człowieka-nikt jest świadoma (i tym samym święta), jest esencją świadomości wyzbytej ja, mniemań o sobie i innych, teorii i hipotez, przypuszczeń, kompleksów, emocji, euforii, rozpaczy. Opisuję teraz człowieka-nikt z pamięci. Znamienne numery Twórczości z dziełem Stachury wciąż zapewne tkwią w starej pobabcinej szafie w moim domu rodzinnym, nie mam ich pod ręką. Być może więc coś dodałam lub odjęłam od siebie, bo treść przekazu Człowieka-Nikt pozostaje we mnie na zasadzie bezsłownego odczucia. Otóż od jakiegoś czasu moje śnienie zanika. Miewam sny, ale rzadko zawierają elementy wyższe, wizyjne, transowe, i najczęściej są to cudze sny. Należą do osób, których nie znam osobiście, które czytają tego bloga, albo nawet nie. Nie chce mi się ich analizować i przenikać, bo nie znając lub tylko domyślając się o kogo chodzi, albo nie kogo, tylko o co, bo mogą to być sny okiem zbiorowych egregorów, ilustrujące jakieś przekonania grup, trendy, idee itp. nie jestem w stanie oprzeć się na jakiejś rzeczywistej wartości czy konkretnym wniosku. No, czasem mogę się uśmiechnąć z jakiegoś wyśnionego dowcipnego obrazu, którego samej byłoby mi trudno wymyślić. Jak np. postać fanatyka katolickiego studiującego objawienia, który podłączył się pod mojego pytyjskiego bloga, przedstawiająca mi się we śnie wizyjnym (noc wcześniej) jako powstała z manipulacji kosmitów forma żółtej kuli światła unosząca się nad nowoczesnym miastem niczym statek ufo, a z niej wyłaniająca się ręka odziana w papieskie szaty liturgiczne, z chorągiewką w dłoni, pokazująca nachalnie jakiemuś siedzącemu na skrzyżowaniu dróg młodemu człowiekowi, kierunek... No, i nie dziwią mnie drobne prekognicje, spełniające się dwa-trzy dni później odnośnie wydarzeń w życiu znajomych. Bo w moim życiu nic nie przewiduję, nic Się nie przewiduje. Życie trwa, Się żyje, Się wykonuje czynności, Się buduje, Się pracuje, Się myśli jak gdyby Się nie myślało, Się samo się myśli, albo Się pozostaje w bezmyśli. Patrząc na drzewa, słysząc ptaki, wąchając zapach świeżo zaoranej ziemi, przełamując zakwasy od szpadla i innych narzędzi. Z tej perspektywy, codziennej bezmyśli, pamiętanie tego co było, wieloletnich objawień, kontaktów, przekazów od kosmitów, diabłów i aniołów, wstrząsów zaświatowych, transów, wędrówek poza ciałem, jasno- i ciemno-widzeń i słyszeń, obrazów innych ludzi i czasów, mocno przybladło i jakoś traci ważność. Biorę pod uwagę, że już nie wróci. Ale też może wróci lub jakoś się przeinaczy. Jest to konsekwencja integracji wewnętrznej i zewnętrznej, efekt indywiduacji, według kryteriów Junga, osadzenia w ciele fizycznym, pogodzenia się ze światem. I tamte zjawiska rozszczepieniowe, krańcowe, zdumiewające aż po niebo i piekło, nie mają już powodów, aby mnie dręczyć. Tak, bo to była udręka. Żaden oobe-maniak i oneironauta nie przekona mnie, że świat poza ciałem i jego eksploracja więcej są warte od bycia tu i teraz w całości w sobie i na przykład od rozrzucania własnoręcznie gnoju we własnym warzywniku.
wtorek, 27 marca 2012
Chichnie
Początek wiosny - mnóstwo pracy fizycznej, od rana do wieczora. Kiepsko się wysypiam, ze zmęczenia, jak mawiał mój Tata. Dziś w nocy jasnosłyszenie w pół-śnie: złośliwy chichot w lewym uchu.
sobota, 10 marca 2012
Ubijnie
Wczoraj senwizja: (p)o(d)glądam jakby płachtę kolorowej gazety z artykułem w formie fotograficznego komiksu, z krótkimi opisami, a gdy przyglądam się którejś ilustracji ona ożywa jak krótki film. Treść całego artykułu na stronie dotyczy ASa. Jest to właściwie relacja z jego spotkania w jakiejś restauracji z dwoma mężczyznami. Jeden, starszy, łysy, ważny gość o swobodnych manierach był najprawdopodobniej jego ojcem. Drugi młodszy, zachowujący milczenie i dystans - jego towarzyszem, trudno powiedzieć, czy poza-służbowo powiązanym też rodzinnie. Ponadto był AS ze swoją dziewczyną. Wszyscy jedli, pili i dyskutowali. AS zwierzył się, że chce się przenieść na wieś, prowadzić proste życie. Na co ojciec zaczął zadawać mu praktyczne pytania, m. in. takie: "I co? będziesz hodował zwierzęta? A kto ci je będzie ubijał? Sam to zrobisz? Bo ja w to nie wierzę." Jednak AS wydawał się mocno zdeterminowany i na tym stanęło. Ojciec zachował cichy sceptycyzm... W kolejnej scenie znalazłam się w jakimś wielkim wnętrzu-pustej hali, wysokiej na wiele metrów. Uderzył we mnie jakiś dźwięk, nie zapamiętałam szczegółów, tylko to, że wpadłam w trans i uniosłam się pod sam sufit.
środa, 07 marca 2012
Marśfilnie
Oglądałam filmy z YT ze zdjęciami z powierzchni Marsa, dużej rozdzielczości...
W jednej z kilku wizji dostałam kiedyś informację, że Atlantydzi byli Marsjanami. Był to ich przyczółek po ucieczce z ginącej ojczystej planety. Znam ich jako istoty o szerokich ustach, wysokie, o wyszukanych manierach. Robiły one ekspansje na inne kontynenty i tam brały sobie kobiety, co ładniejsze i zdrowsze z rodzimych prymitywnych człekoludów, aby je zapładniać, hodować szlachetniejsze odmiany ludzi i wniknąć w genotyp Ziemi. Czyżby to byli właśnie Nefilim? Upadli w takim razie z umierającego Marsa, nie żadnego Nibiru. I odnowili na Ziemi proceder, który doprowadził do zagłady ich rasę i świat. Być może byli wśród nich renegaci, pragnący odejść od tego, co doprowadziło do klęski. Być może udało im się cokolwiek naprawić. Być może nie.
na Ziemi
niedziela, 04 marca 2012
Picie
Brak wpisów, bo brak snów i wizji. Śnię, owszem, ale sny dotyczą spraw bieżących i problemów moich znajomych i bliskich, zatem przemilczam je. Także, nie dociekam przyszłości, nie zaglądam do gwiazd, w karty i nie rzucam monetami. Nie interesuje mnie bieg spraw, choć przecież mozolnie tłumaczę i wnikam, podsumowuję. Traktuję jednak dzieło Nostradamusa jak abstrakcyjną zagadkę, puzzle do ułożenia, filozoficzne rozważania. Za to bywa, że spontanicznie popadam w stan modlitwy bądź medytacji, bez jakiegoś innego chcenia, jak tylko nawiązania kontaktu, napicia się wody ze Źródła, nacieszenia się tym.
wtorek, 07 lutego 2012
Czaśnie
Od jakiegoś czasu moje myślenie, czy raczej uważne bez-myślenie rejestruje powtarzający się temat koła czasu. A to trafiam na jakiś dawny wykład Ala Bieleka o eksperymentach "Filadelfia" i "Feniks", które odnoszą się do przechodzenia przez różne wymiary czasowe i ingerowania w nie, a to uderza mnie w oczy stara ilustracja Uroborosa, a to na wykładzie chyba sprzed dwóch lat stary Bob Dean w "Projekcie Camelot" opowiada o odwiercie na stacji Wostok na Antarktydzie, jako próbie dobrania się do zanurzonego w owym lodowym jeziorze ogromnego statku powietrznego, to wracam pamięcią do K. Dicka i wielu filmów s-f, które licznie ostatnio powstały na kanwie zmieniania biegu wydarzeń... No, i rozmyślam o "zegareczku" MN, jak by skonstruować i tłumaczę nagle zostawione na koniec teksty prozą i znajduję w Prognozie za 1558 rok rzeczy mówiące o zaglądaniu poprzez czas i próbie skontrowania wydarzeń przez obranie przeciwnej opcji przez jakiegoś przywódcę, a przy okazji wzmiankę o wojnie z istotami "mającymi tylko inną formę ludzką", i jeszcze kilka sugestii na temat roli Niemców w konstruowaniu "spłodzeńców" (le procree) niektórych osób u władzy, no i właśnie te ostatnie wpisy Darkowe o eksperymentach genetycznych Mengele i reszty odnośnie dzieci największych zbrodniarzy i szefów hitlerowskiego państwa sztucznie poczynanych i porywanych matkom, to wszystko się łączy i przybliża do jakiejś dość niejasnej i szalonej konkluzji. Sprawy ukryte w Riese, Thule i vrill, święty graal szukany przez hitlerowców w Pirenejach, Francji, projekty broni i pojazdów, a także hybryd ludzko-zwierzęcych to wszystko ma związek z czasem, lądowaniami w różnych punktach czasu i nawiązywania więzi ponad-czasowych i między-cywilizacyjnych, po co? Po co jest ta Wielka Gra? Jaki jest jej cel? Bo konsekwencją mają być narodziny świętego Króla, korony ludzkości, który to wszystko odkręci i wyprostuje, kontrując sztucznie spłodzonego? Bliźniaka... No, i właśnie nad ranem pojawiły się obrazy wizyjne. Ujrzałam grupę dzieci, chucherka raczej, wydawały mi się z różnych ras, albo grup etnicznych, choć nie było wśród nich innej barwy skóry, niż biała. Grały, niektóre były w różnych grach mistrzami, grach imitujących np. fluktuacje giełdowe, typu zaawansowanego monopolu, czy inne strategiczne, wymagające sprytu, inteligencji i umiejętności analitycznego prognozowania. Coś grupie dostarczono "z góry". Sięgał to coś i ściągał w dół ktoś podobny do cyborga, sztucznej inteligencji. Tak jakbym stała wśród nich. Pokazano nam hm, próbkę, jakby niewielką garstkę gleby pokrytej mchem, a na niej żywe istoty, które wzięłam za szare myszy, choć były dużo mniejsze. Dowiedziałam się, że mogą być stąd gdzieś zabrane i znowu powrócić tam, skąd przybyły, ale ich młode muszą wyrazić na to pełną zgodę. I nagle nadpłynęła z powietrza dziwna przeźroczysta meduza, niewielka i zbliżyła się do mnie, ustawiając się w moją stronę otwartą jamą chłonącą. Ledwie zdążyłam się zdumieć i przestraszyć zostałam wchłonięta i przeniesiona... w inny czas. Rozglądałam się w terenie. Jakaś prowincja, kilka dużych murowanych domów, po środku ogrodzonych dużych posiadłości, nie umiałam określić dokładnie czasu (ot, jakiś blisko-współczesny) ani miejsca. Za to przy budynku domu i ogrodzeniu rozwieszone były na sznurach dziecinne ubrania schnące na wietrze. Poznałam, że jest to miejsce w jakiejś alternatywnej linii czasu ukryte, gdzie owe dzieci z grupy są zgromadzone i wychowywane. Pośród ubrań wisiały dwie koszulki z wydrukowaną na jednej myszką Minni, mrużącą jedno oko, na drugiej, myszką Micki. Dalszej akcji nie zapamiętałam, choć obserwowałam rozmowę owych dzieci. Nie słyszałam ich głosów, widziałam jedynie poruszające sie usta. Jeden z chłopców w końcu zaczął opowiadać o jakichś dziwnych dzikich i okrutnych istotach, jego zęby na chwilę wydały się długie, ostre, jak u drapieżnej małpy...
sobota, 04 lutego 2012
Wąśnie
Długo nie spałam. Bez nerwów. Zasnęłam jak zawsze już właściwie rano. Przedtem była krótka wizja: na tle białego śniegu, przestrzeni białego śniegu młody mężczyzna z wąsami. Transformuje swój wygląd, po chwili nosi zupełnie inny rodzaj wąsów, przystrzyżonych w cienką linię a la Anonymous nad górną wargą.
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Labiryntnie
Wizyjny sen fabularny: znalazłam się w powiatowym mieście P., moim rodzinnym, które w takich snach robi za prowincjonalną Polskę względem innych krajów Europy. Najpierw zajrzałam do znajomej prowadzącej sklepiko-firmę na bocznym placu miasta. Wpadłam do niej w godzinach własnej pracy, na chwilkę, ale nam zeszło, miała dla mnie jakieś zlecenie. Urwałam się ze swojej pracy po to, aby wyprowadzić mojego nowego szczeniaczka, biało-szarego kundelka Zuziuka. W końcu ruszyłam do powrotu, ale ledwie wyszłam na ulicę otarłam się o czerwone nowiutkie autko, zaparkowane pod sklepem przez klienta, który tam właśnie wszedł. Ku mojemu przerażeniu auto nie miało włączonych hamulców i ponieważ stało na wzgórku stoczyło się na drugą stronę ulicy. Na szczęście nic się nie stało, zatrzymało się samo. Klient wyszedł ze sklepu, a za nim moja znajoma. Wściekła na moją nieuwagę. Na próżno tłumaczyłam się, że to nie moja wina. Klient bez słowa wsiadł do swego wozu i ruszył. Odetchnęłam z ulgą, nic się nie stało. Ruszyłam przez miasto z ciągnącym się na smyczy Zuziukiem. Do swojej pracy. Ale za nic nie mogłam odnaleźć drogi. Trafiłam w jakieś miejsca pięknie wybrukowane, odmalowane, kolorowe, bogackie, przykuwające oko. Było też uliczne darmowe wejście do internetu. Zajrzałam. Było kilka wpisów pochwalnych i kilka krytycznych, w tym Astromarii. Też coś wpisałam, nie wiem co. I poszłam dalej. Coraz bardziej zdezorientowana. W tym mieście nie było już żadnego trawnika, drzewka, same mury, bruki, budynki, płotki, ozdobne wejścia. Piesek nie miał się gdzie wysiusiać. Mało tego. Nie było też nieba, tylko sufity! Ulice były zadaszone, a właściwie nie były to drogi, lecz przejścia i korytarze pomiędzy różnymi zamkniętymi przestrzeniami i wnętrzami. W jednym jakaś zbiorowa impreza, w innym koleś demonstrował niewielki budynek z drewna okorowanego w pierwotnym stylu, na który dostał kasę, bo dla turystów, ale opowiadał zwiedzającym, że nie znalazł żadnego specjalisty, który by się podjął go postawić. W końcu wybudował go sam, "przy pomocy rodziny pracującej w Niemczech". Zaczęłam krążyć, zawracać, szukać drogi powrotu w znajome mi strefy miasta, ale daremnie. W końcu zatrzymałam jakieś przechodzące dziewczyny i spytałam: - "Słuchajcie, jak stąd wyjść?", a one zatrzymały się i mocno zasępiły. Okazało się, że także - ku swojemu zdumieniu - nie wiedziały co zrobić... Na tym się obudziłam. Cholerna pułapka labiryntu lepszego świata przygotowana nam za nasze pieniądze, bez naszej wiedzy, ale przy naszym zbiorowym wygodnickim przyzwoleniu...
piątek, 27 stycznia 2012
Przewietrznie
Mój codzienny spokój jest podszyty niepokojem, ciągle jednak pamiętam tamten paraliżujący, dręczący strach. Podziwiam Darkową determinację w poszukiwaniach i rozgrzebywaniu Tajemnicy [Riese], w sumie ja też poszukuję, ale hm, w nieco inny sposób. Jest tyle pytań. I tyle dziwnych podejrzeń, wymyśleń, skojarzeń, wciąż niepotwierdzonych.
Darek zacytował niedawno na swoim blogu (link) słowa Himmlera. O tym, że Niemcy muszą wszelkimi sposobami przeciągnąć czystych rasowo Niemców, jak rozumiem, którzy wtopili się w inne narodowości nawet przez wieki pobytu zagranicą, na swoją stronę. Czemu? Przypomniała mi się senwizja, częściowo zatarta w pamięci. W niej była informacja o tym, że czysta niemiecka krew jest wampirza (he). Cokolwiek to znaczy. Tu wspomnę, że postać Nosferatu, i książkowa i filmowa pojawiła się właśnie pierwotnie w niemieckiej sztuce, tak samo jak dr Frankenstein i dr Caligari. Może trzeba szukać znaczenia w odradzaniu się, w kodzie (nieśmiertelności?) w DNA, w skrytej nie-ludzkości, nie mam pojęcia. Jedynym prawdziwym zagrożeniem dla niej jest czystej krwi Germanin, który stanie przeciwko nim i ich zbrodniom, jako sędzia (he, pamiętacie Samsona?), zjednoczony z innym narodem na zasadzie współodczuwania. Cokolwiek to znaczy. Może w tym też tkwi ziarno jakiejś starożytnej klątwy. I zasada Wielkiej Gry? Bo czy nie wydaje się to podobne do tego, co się stało z narodem żydowskim i jego czystej krwi przedstawicielem, Jezusem? Odwrócił się od własnego źródła i tym samym skierował na nich przekleństwo. Od którego czuli się chronieni swą wyjątkowością (wybraństwem). Tu kłania się jeszcze wiedza o świętym królu, bo on był ich świętym królem. Każdy naród ma swego. I on dzierży Moc. Jeśli ów wampiryzm rozumieć symbolicznie, jako wykorzystywanie innych ras, przez rasę wybraną, inną, lepszą, tj. swobodne wyczerpywanie innych z energii, siły, zdolności itd. to idzie za tym przekonanie, że nikt z ludzi innej rasy nie jest w stanie nic im zrobić. A ich obowiązuje jedynie moralność wobec samych siebie, jako osobnego gatunku. Zupełnie tak samo jak ludzi nie obowiązuje wina przy zabijaniu zwierząt. Zagrażają jedynie sami sobie, jeśli zwrócą się przeciwko własnej dotychczasowej postawie. I taki byłby sens słów Himmlera. Że muszą za wszelką cenę pozyskać wszystkich czystych Niemców. Nie łudźmy się, nie szło mu o wszystkich "en masse", tylko o wszystkich z błękitną krwią. Niedawno obejrzałam na YT wywiad z pewnym młodym człowiekiem, Anglikiem, popijającym ciągle wodę z butelki (jest to podobno rzeczywiście objaw wzięć, zaburzenie elektrolizy), który twierdzi, że jest obiektem tajnych eksperymentów ukrytej wojskowej grupy badawczej. (Oto link). Powiedział coś, co mnie przekonuje. Że błękitna krew daje większą zdolność wchłaniania tlenu, a tym samym przeżywania stanów zmienionej świadomości. To prawda. Kiedyś ćwiczyłam jogę oddechu oraz rebirthing, aby pomóc sobie odblokować problemy z wczesnego dzieciństwa i trudnego porodu. Wszystko wg przykazań joginów i terapeutów. W efekcie nie byłam w stanie funkcjonować w realu, chodzić do pracy, rozmawiać z ludźmi. Polepszył mi się słuch do tego stopnia, że nawet ciche mówienie wydawało mi się hukiem uderzającym nieznośnie boleśnie w uszy. Najgorsze zaś było to, że przez 3 noce z rzędu na wiele godzin lądowałam w... obozie w Auschwitz, jakoś tak przed wyzwoleniem, byłam jednym z więźniów, przechodziłam procedurę przyjęcia, oswajania się, pracy ponad siły, widziałam tam swoich bliskich, stosy fotografii spalonych dzieci, czułam koszmarny smród dymów z pieca i strach, trwogę przeszywającą do kości... Doznanie całkowicie realne, jakbym przenosiła się w czasie i przestrzeni, w jakieś inne ciało. W ciągu każdego dnia płakałam, ogarnięta współczuciem i skruchą. Wychodziłam z szoku o wiele dłużej. Tygodnie całe. Wciąż jeszcze wychodzę. I nie było to przypomnienie reinkarnacyjne (swoje wcielenia pamiętam w inny sposób, opisany dokładnie przez doktora Moody`ego). To było uruchomienie pamięci genetycznej, cholera. Od tamtej pory unikam jak mogę hiperwentylacji organizmu. Za to mieszkam na wsi blisko zielonych płuc Europy. ;-)
piątek, 20 stycznia 2012
Lecznie
Niedawno A. zapadła nagle na anginę ropną. Miała tak mocno zatkane gardło, że nasuwała mi się nieustannie na myśl przepowiednia Nostradamusa o nieznanej chorobie, która zaatakuje "Bogatych i Władnych". Jej objawem będzie ból gardła do tego stopnia, że ludzie nie będą mogli łykać i umrą. Brrr. Anginę dało się wyleczyć dobrze dobranym antybiotykiem, więc nie była to owa nieznana choroba. ;-) Ale może z tego powodu dwie noce temu dostałam podpowiedź, jak się przed ową Nieznaną zabezpieczyć. Najpierw podaję wniosek z wizjosnu: spożywać tłuszcze zwierzęce i pić często "psiuczkę" z sody oczyszczonej i cytryny. A teraz dla ciekawych opiszę, jak mi to sen przekazał. Najpierw zobaczyłam węża, długiego, pierścieniowego, podobnego do przełyku w środku. Był prawie czarny i zaczęłam go czyścić z tej sadzy. Udało się. Pod spodem był czerwony. (Zapalenie, nie rak). Wtedy postanowiłam nakarmić węża pokrojoną w kostkę słoniną. A potem napoiłam szklaneczką psiuczącej wody. Zaraz pojawiło się z tego stado jakichś zmutowanych owadów, ale nie były w stanie się ruszać, osłabione jakieś. Rozgniotłam je pustą węglarką, (gdy węgiel w snach oznacza ciężką, nawet nieuleczalną chorobę). I tyle. Zapisuję dla pamięci. Piję sodkę codziennie, bo lubię. Od dzieciństwa. Nauczył mnie tego Tata. Używam oleju tylko od święta. W większości jem słoninę i smalec oraz masło. Może dlatego nie zachorowałam, mimo anginy ropnej w domu? (A. nie znosi sodki).
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Lwio niebiesko
Wczoraj senwizja: z nieba spadały na moją rodzinną miejscowość jasne kule, jak gdyby meteorytowe, ale zawsze bez twardego jądra. Najpierw rzadko, potem coraz częściej. Niespodziewanie i w nieprzewidywalnych miejscach. Na razie obywało się bez większych zniszczeń, ale coś tam się działo na posesjach, nie wiem co. Były też dłuższe przerwy. Kiedy to zaobserwowałam zauważyłam, że pojawianie się kul zawsze poprzedzały zwiekszone operacje samolotów rozsiewających na niebie zasłonę z chemtrails. W końcu zaczęło uderzać też w ludzi. I co ciekawe, osoba, w którą miało trafić wcześniej dziwnie się izolowała oraz unikały jej wszystkie zwierzęta, jak zapowietrzoną. Często zmieniałam miejsce pobytu, aby uniknąć ciosu z nieba. W końcu przyszła do mnie myśl, że znajduję się w Izraelu...
Poza tym obejrzałam wykład Leszka Weresa jaki dał w dzień moich odrodzin w minionym już roku. Nie odebrałam jego wypowiedzi wcale tak emocjonalnie i krytycznie, jak rozgłosiła to Astromaria na swoim blogu wśród komentarzy. Może dlatego, że nigdy żaden Lew czy Lwia natura nie jest w stanie mnie zdenerwować, co najwyżej rozbawić. Koziorożce gdzie indziej mają umieszczone poczucie własnej i cudzej wartości. Astromaria jest Lwim Skorpionem i tak oto starły się dwa lwie "ega", jak widać. Dużo informacji dla astrologicznych pierwszoklasistów, zerknięcie w sposób widzenia świata, jaki umożliwia astrologia polityczna i nie tylko, poza tym sporo dygresji na własny temat w lwim stylu "co to nie ja", które przesuwałam na pasku strzałką do przodu, żeby nie tracić czasu. Ale Lwy tak mają, chyba wtedy nabierają energii z otoczenia. Konkluzja o sposobie depopulacji copyright pana Leszka wydaje mi się źle naświetlona przez Marię & jej eskortę. Ot, jest to dobry pomysł na wytłumaczenie sobie tego, dlaczego zabija się ludzi z cichapęk, a masowo, tak, że sami fundują sobie pochówek i porządkują ten świat. Być może Sterujący mają te rzeczy starannie wyliczone w czasie. Czemu nie? A co do Geryla... też nie tak, jak sugeruje Maria. Czasem emocje ludziom przesłaniają sprawiedliwy odbiór spraw. Ale właściwie o to mniejsza. Lecę do kóz, siano podrzucić zwierzynie.
|