bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
środa, 21 lutego 2018
Zbiorowo

Wizja: jasna kremowa czaszka psa na tle ciemności z małymi spiczastymi otworami na uszy z boków głowy, jak u człowieka. W lewym uchu jakieś małe czarno-białe kuleczki, połączone w wężyk, jak glistka, poruszają się czasami... Czachulec.

Sen: duża brama w murze, pilnuję z kimś wewnętrznej strony, jest nas więcej, ale śpimy, trzeba najpierw się obudzić, robimy to po kolei. Trzeba ją w porę otworzyć przed przyjazdem czerwonego króla.

W chwilach zasypiania widuję często barwy, zielone-zielononiebieskie-niebieskie, przechodzące jedna w drugą i mieniące się tymi odcieniami. Wskazują na rodzaj dostrojenia.

Niedawno, w stanie półsnu spomiędzy moich warg i rozchylonych zębów, z przodu wydostał się świszcząco dźwięczący dźwięk: „asza”, „aszia” albo „asia”. Potem sen: zaczął się wizyjnie, kształty barwne i obwiedzione konturem, na kuli globu kontynent żółto-pomarańczowy zajmujący dużą część północy, aż po biegun. Wielki niebiesko-poczerniały trup, jak kosmiczne ciało Hadesa. Brama w wielkim budynku, za nią rozbity duży jasny namiot w stylu tipi. Gdzieś na wysokości jego gardła. Tam urzęduje prezydent Lech K. z małżonką. Odbyło się walne zgromadzenie, prędko padła decyzja i uchwalono karę dla poprzedniego. Poprzedni bał się już wcześniej i rozpytywał wróżbiarzy za pośrednictwem żony. Ta zebrała mnóstwo pomyślnych przepowiedni, a jedna z nich oznajmiła, że wszystko rozstrzygnie się szczęśliwie i bardzo szybko. I tak się stało. Powieszono oboje. Trafiłam do ambasady węgierskiej, w innym podobnym tipi, nieliczne zebrane tam osobistości bawiły się świetnie i niezbyt przejmowały losem naszego kraju. Potem szłam ulicami Warszawy. Starej, innej. Na jednej z ulic ujrzałam wielką wielopiętrową kamienicę, w której najwyraźniej była jakaś wytwórnia. Nader podobna do dawnej rozlewni octu [jabłkowego] w P. na ulicy 3 Maja.

Po lewej stronie wytwórni stało kilka innych podobnych kamienic, gdzie zamieszkiwały pracownice fabryki z rodzinami. Było to towarzystwo z pokolenia przedwojennego, młode kobiety, mężczyzn jakoś mniej pamiętam, piękni ludzie, z charakteru, honoru, prości, uczciwi, wytrwali. Pracowali ciężko, bawili się (widziałam występ zakładowej grupy tancerzy i śpiewaków na scenie, którzy zaraz potem odeszli do swych obowiązków). Zarządzała nimi jakaś starsza kobieta, która zakasała spódnicę i bez jakiegokolwiek wstydu demonstrowała gołą pupę. Była z tym absolutnie naturalna. Nad nią był starszy poważny mężczyzna, który wydawał jej polecenia. Patrząc na to usiadłam na przystanku autobusu, przytuliłam głowę do barierki i popadłam w tęskny podziw.

Czy było to wnętrze egregora narodu polskiego? To stamtąd wychodząc odwiedził mnie kiedyś świeżo zmarły ojciec, zapraszając na rozmowę do kawiarenki w stylu lat 40-tych, z grubą barmanką za ladą i z grającą z płyt przedwojenne przeboje nakręcaną tubą stojącą  na szafce. Dźwięk, który wyszedł spomiędzy moich szczęk, ze Szczeliny, ust Iśwary, to fragment nazwy: Warszawa...

18:15, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lutego 2018
Stream-ball

Wizja: po lewej coś jak mur czy kamienna struktura, zakończona brązowym długim wąskim obmurowaniem. Wygląda jak brązowy pas, w który wmontowane są szare kule, a jeśli to płaski pas to szare kółka. Kilka, trzy, może cztery. Nie wiem co to. Zastanawiam się. Gdy nagle słyszę realny dźwięk w swojej głowie, wydobywający się jakby z takiej kulki gdzieś w uchu wewnętrznym, prawym. Kobiecy automatyczny głos wypowiedział szybko coś, co może dałoby się zapisać jako angielskie: stream-ball. Otworzyłam oczy nieco wystraszona.

Sprawdziłam w słowniku, bo angielskiego nie znam. Stream-ball znaczy strumień-piłka, lub kulka, nurt/prąd kulkowy/piłkowy, można też rozumieć jako ciąg/seria piłek. Kamienna struktura to obraz twardej materii, brązowy pas jak kora drzewa, obramowanie, granica materialności, i strumień właśnie. JB uważa, że brązowy kolor to brudna czerwień, czyli zanieczyszczony urojeniem minusowy poziom kauzalny. Podejrzewam, że może być nieco inaczej. I wiąże się to z dziedziną kontroli karmy. Rzecz do zbadania. W owej strukturze brązowej tkwiące szare komórki-umysły-roty informacyjne, jakby zaszczepione sztucznie.

Dwie noce później sen: przy kiosku na rogu głównej ulicy i Dworcowej w P. spotykam przypadkiem Ewę Chodakowską (szanuję ją za „Mszę wędrującego”). Witamy się i ona zaprasza mnie na piwo. Ucieszona zgadzam się natychmiast. Lądujemy w jakiejś restauracji w starym kamienicznym wnętrzu.  Ewa daje mi namiar na fajną salę, gdzie można sobie poćwiczyć. Już zaraz tam jestem. Sala gimnastyczna z jedną ścianą w nietłukących się lustrach. Dostajesz piłkę i kopiesz do bramki (lustra są za nią). Piłka odbija się od ściany i można ćwiczyć od razu odbiór piłki i różne posunięcia strategiczne, aby znów w nią trafić. Taka gra ze sobą. Poćwiczyłam mniej i bardziej udanie.

W tym śnie przewodniczka dała mi wskazówkę jak ćwiczyć. To zapewne metoda Jarka, śnisz, interpretujesz i grasz dotąd, aż zrozumiesz. Lustro - kim jesteś. Seria piłek, stream-ball to w takim razie cykl snów tematycznych. Lub sposób na zrozumienie tego, co ów strumień niesie.

11:30, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 lutego 2018
676

Zamykam w boksie zwierzęta, znajduję w nim żółte zabłąkane pisklę, ratuję, nim kozy tam wejdą i je stratują. Zabezpieczam dobytek. Jestem w długim oświetlonym sztucznie korytarzu, patrzę z jednego jego końca na drugi na wprost siebie. Po bokach są owe pomieszczenia oborowe. Na końcu znajduje się przejście łukowato zakończone, w kolorze błękitnym i żółtym, oraz zapewne korytarz równoległy. Jestem młodym zakochanym mężczyzną, i patrzę na stojącą tam kobietę, która urodziła moje dziecko. Kobieta podchodzi ku mnie. Kryjemy się w jakimś ciasnym zakamarku korytarza, gdzie jest też kran i stoi wiadro pełne jakichś ziaren, pewnie do karmienia ptaków, wielkości prosa albo gryki. Kobieta trzyma maleńkie dziecko, niedawno urodzone i przytyka oseska do piersi. Słychać gdzieś na górze, na powierzchni ogromny huk, walących się drzew, budynków, wichru. Czuć jak drży ziemia ponad podziemnymi pomieszczeniami, trzęsie się. Kosmiczny kataklizm. Osłaniam w kącie oboje z dzieckiem swoim ciałem.

- Słyszysz to? Słyszysz? Uspokój się! - przekrzykuję głuchy dźwięk nad nami.

Potworny huk, drżenie, przytłoczenie, gaśnie światło.

10:55, transwizje
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 lutego 2018
Dwóch

Dzieje się we wnętrzu, pokój na parterze z oknem wychodzącym na zielony park. Z lewej strony biurka siedzi na krześle biała istota, mężczyzna, nakryty na ramionach i plecach rudą narzutą, odwrócony do mnie tyłem. Tak jakby udzielał wywiadu, czasem zerkając na mnie i w bok (może ktoś siedzi za biurkiem, nie widzę go), ale zawsze powracając do pozycji pochylonej i całkiem odwróconej. Stąd nie mogę przyjrzeć się dokładnie jego twarzy. Mówi, że jest ich dwóch, którzy przedostali się na tę stronę i kontrolują prawa karmy, a raczej to, że nie są od nich zależni.

11:32, transwizje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 lutego 2018
Senne domino

Prośba do czachulca: niech kontynuuje uświadamianie mnie. I co z tymi niewidzialnymi władcami?

Hipnagogi: czaszka z wielkimi oczodołami kosmity przemienia się w twarz małego chłopca. Zrazu biorę ją za czachulca i potem mnie. Trzymam w ręku gitarę o grubych i szeroko rozstawionych strunach. Nie znam chwytów gitarowych, ale usiłuję przyciskać struny w różnych miejscach. Nawet bez szarpania prawą ręką słychać cichy dźwięk, miłe uchu drganie potrącanych naciskanych strun na gryfie. Zaczynam słyszeć głośną muzykę, rockowy utwór, męski śpiew po angielsku, w tekście pada słowo-imię Lajla.

Rano, wpisując tytuł Layla w google znalazłam informacje i piosenkę w internecie. To dawny przebój Ericha Claptona (dawno, albo w ogóle go nie znałam). Pisze o nim Wiki.

Layla” – ballada bluesrockowa zespołu Derek and the Dominos, wydana na albumie Layla and Other Assorted Love Songs z grudnia 1970 roku. Utwór, który wydano także na singlu jest uznawany za jedną z najlepszych ballad miłosnych w historii. Wykorzystuje skomplikowaną gitarową figurę retoryczną autorstwa Erica Claptona i Duane Allmana, a także fortepianową kodę nagraną przez Jima Gordona. Obie, wyraźnie różniące się od siebie partie Clapton i Gordon skomponowali oddzielnie, ale zostały one połączone w jeden utwór. Inspiracją do powstania tego utworu był klasyczny perski poemat Lajla i Madżnun opowiadający o młodym człowieku, który z powodu swojej miłości do pięknej Lajli zyskał przydomek szaleńca (czyli Mandżun).

Zespół Derek and the Dominos – grupa rockowa założona przez gitarzystę Erica Claptona w 1970 roku, grająca blues rock. Clapton założył ten zespół po rozpadzie supergrupy Blind Faith [Ślepa wiara]. Tak samo jak poprzednia grupa, Derek and the Dominos nie istnieli zbyt długo.

Zainteresowała mnie nazwa zespołu. Derek może być skrótem od imienia Teodoryk, Dominos zaś odnosić się do płaszcza z kapturem, noszonego jako przebranie na maskaradach, jak i do grupy Panów-dominatorów, dominusów. Byłoby to nawiązanie do Androgynów-Graczy!

Teodoryk imię męskie pochodzenia germańskiego. Poza zbliżonym brzmieniem, nie ma ono wiele wspólnego z imieniem Teodor. Pierwszy człon to germ. Þeudo, stsas. Thioda, stwniem. Diot — „lud”; drugi, -rich, -rik, to „potężny, królewski”, później także „bogaty, wysoko urodzony, dostojny”. Niektóre możliwe staropolskie zdrobnienia: Dyt(ek), Dytko, Dytel, Dytka (masc.), Dytusz, Dzietko, Dziec(z)ko.

Od imienia Teodoryk wywodzi się nazwisko Tudorowie — dynastii rządząca w Anglii.

Leila (ar. ليلى) – używane na całym świecie arabskie imię żeńskie pochodzące z języków semickich, od rdzenia trójspółgłoskowego: L-J-L (ليل, rdzeń wspólny z hebrajskim rzeczownikiem Lilith) i oznaczające „noc”; z czasem nabrało znaczenia „urodzony w nocy”, „ciemnowłosa piękność” lub „ciemna piękność”, w innych językach także jako Lejla, Leyla, Layla, Laila. Występujące w krajach nordyckich imię Laila (Leila) pochodzi od lapońskiego rzeczownika Láilá, który jest wariantem imienia Helga oznaczającego święty.

Tekst piosenki po polsku brzmi:

Co zrobisz, gdy zostaniesz sama
Nikt nie będzie czekał u twego boku?
Uciekałaś i chowałaś się o wiele zbyt długo
Wiesz, że to tylko twoja głupia duma
Layla, rzuciłaś mnie na kolana
Layla, błagam, skarbie proszę
Layla, kochanie, nie ukoisz mojego zmartwionego umysłu?
Próbowałem cię pocieszyć,
Kiedy twój dawny mężczyzna cię zawiódł
Niczym głupiec zakochałem się w tobie
Wywróciłaś cały mój świat do góry nogami.
Wykorzystajmy tę sytuację najlepiej, jak się da
Zanim kompletnie oszaleję
Nie mów mi, że nie ma wyjścia
Powiedz mi, cała ma miłość jest na próżno?

I jeszcze:

Figura retoryczna w muzyce to np. struktura melodyczna, ale też użycie w określony sposób pauz, środków harmonicznych, a nawet świadome zastosowanie zakazanych, błędnych z punktu widzenia sztuki kompozytorskiej, harmonii i kontrapunktu, skoków melodycznych, nierozwiązanych czy nieprawidłowo rozwiązanych dysonansów itp., które mają za zadanie wyrażać z góry określone pojęcia, uczucia i emocje, np. ilustrując tekst, na którym oparta jest kompozycja.

Koda lub coda (z języka wł., w dosłownym tłumaczeniu: ogon) – zakończenie utworu muzycznego. Koda jest typowa dla większych form muzycznych: formy sonatowej, fugi, również niektórych tańców. Może być krótkim ozdobnikiem, kilkoma akordami ujętymi w kadencję lub dłuższym fragmentem, niekiedy utrzymanym w narastającym tempie i dynamice. Koda, wykorzystując motywy utworu, ma stanowić jego podsumowanie i zamknięcie.

Wniosek: Im głębiej w las, tym więcej drzew.

11:15, transwizje
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 lutego 2018
Niewidzialni władcy

W środku nocy poprosiłam o sen na temat Niewidzialnych Władców i ich statków powietrznych (nie tych z opowieści JB, ale z przepowiedni Nostradamusa).

Sen: miejsce na Ziemi nieokreślone, południe, ciepło, jakieś wyspy, wybrzeże, ocean. Moja siostra, w towarzystwie Adama, w malutkim jak taksówka dysku utknęła w powietrzu niedaleko rybackiego portu, gdzie się zatrzymaliśmy. Patrzę z ziemi i nie mogę jej pomóc, choć utrzymuję z nią kontakt słowny. Jest unieruchomiona. Za nią w pewnej odległości po prawej stronie wisi drugi podobny statek, o którym myślę UFO (to, w czym lata moja siostra i, że w ogóle lata mnie nie dziwi wcale, to normalne). Zawisł tam i obserwuje, ma jakąś ciemniejszą i drugą rudą plamkę zawarte jedna w drugiej. Mam nadzieję, że na tym się skończy. Towarzyszy mi znajoma spod Strzelca, z zawodu kartografka i geograf. Nagle pojawiają się Orbsy, chmury białych kulek płynących ku nam po niebie. Znajoma szaleje z radości i robi zdjęcia, woła, żebym ja też. Więc wyciągam aparat i wyginam się dziwnie do tyłu (90 stopni), żeby uchwycić te dziwy. W powiększającym obiektywie (zoomuję) widzę, że te kulki składają się z białych półprzeźroczystych łańcuszków jakichś biologicznych stworków, robaczków, bakterii (nie, nie przyszło mi do głowy ani DNA, ani chemtrailsowe nanocząsteczki). Moja siostra ma na pokładzie dwa zbiorniki skrzynkowe z jakimiś efektami swych łowów, rodzaj niedużych krabów pływających w wodzie, w drugim coś innego, co zapomniałam. Jest miłośniczką przyrody. W tym drugim, ale może jest też trzeci i niekoniecznie u niej na pokładzie, a u nas na ziemi, znajduje się samica kota karmiąca trzy rude tygryski (wygląda jak one, ale nie myślę o niej, że jest tygrysem, nie wiem czemu), zwierzęta są już całkiem spore i żadne nie ma tygrysich pasków. Mam wrażenie, że UFO pilnie przygląda się, co się stanie z tymi kotami. Trochę się boję, że zaatakuje, źle rozumiejąc to, co jest robione (dla badania i ochrony, nie dla zniszczenia). W końcu jednak odlatuje, siostra może wylądować, nic się takiego nie wydarzyło. Wypakowujemy ładunek zbiorników przy pomocy miejscowego rybaka, który je ustawia w jakimś kontenerze. Pytam, czy często zdarza się tutaj takie spotkanie z nieznanym pojazdem.

  • Tak – odpowiada.

  • Czy to jest groźne? - dopytuję dalej.

  • Nigdy nic złego się nie zdarzyło – odpowiada rybak – Ale lepiej być czujnym i uważać.

Trafiamy do sali restauracyjnej pustego o tej porze lokalu nadbrzeżnego. Zmieniam wespół ze znajomą krótkie ciemne spodenki na oczach Adama, nie przejmując się tym, co sobie pomyśli. Tak jakbyśmy były bezpłciowe.

Wnioski: Hm, ciekawy temat.

11:06, transwizje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 lutego 2018
Nad zatoką

Dałam wolną wolę wyższym bytom i czachulcowi. Oprowadzają mnie zatem po krainie snów, przy okazji udzielając diagnoz odnośnie stanu mojej przemiany i dojrzewania. Uczę się samodzielnie rozróżniać poziomy, miejsca, postaci, role i treść przekazywaną, wszystko na bazie pracowicie przyswajanego schematu Świadomości zrobionego przez J. Bzomę.

W pierwszym półśnie od razu moje myśli poleciały w stronę piramid (mimo, że przed snem oglądałam „Moby Dicka”). Jakoś tak abstrakcyjnie przeanalizowałam schemat JB, że wyszło mi na to, iż przedstawia piramidę, a raczej trzy piramidy, coraz większe, że mogące zmieścić się jedna w drugiej jak matrioszka. Zaraz, zaraz, w Egipcie są właśnie trzy! I stoją obok siebie, w równym szyku od największej do najmniejszej! W pobliżu był Labirynt. Tam zainstalowano grę na naszą erę. One projektują nasze ciała subtelne i drogę wejścia i wyjścia, a także czas jej trwania. To gigantyczna świadomie zbudowana machina! Zaczął odtąd prześladować mnie kopertowy płaski obraz, jakby piramidy widzianej z góry (lub raczej z dołu), albo brunatno-złotawego dachu blaszanego.
Wieziona przez szwagra Kaszuba ciągnikowym pojazdem wąską ścieżką między drewnianymi płotami, kończącą się drewnianą bramką, którą przejechaliśmy, dotarłam do jakiegoś miejsca na północy, na prawo w górę mapy, nad zatoką. Próbowałam ustalić gdzie to jest. Przyglądałam się srebrzystym wodom zatoki, ale nie widać było otwartego morza, przesmyk do niego był bardzo wąski. Nie była więc to Zatoka Gdańska. Po lewej stronie, daleko na horyzoncie, blisko wybrzeża, oddzielonego od miejsca, gdzie stałam ujściem wpływającej do zatoki rzeki, dostrzegłam malownicze stare miasto z wieżyczkami i kościołami, wskazałam je i zapytałam, jak się nazywa. „To Toruń” - powiedziano mi i zdziwiłam się mocno, bo byłam przekonana, że znajduję się w jakimś nadbałtyckim kraju, jak Estonia. Zobaczyłam mapę Europy tych regionów, morze i ląd wiodący ku półwyspowi skandynawskiemu po prawej idący w górę na północ. Nie było na nim żadnych miejscowości, tylko niezamieszkany teren lasów, pomalowany na zielono-żółtawy kolor. Zrozumiałam, że nie ma drogi, by okrążyć bezpiecznie morze.
Znalazłam się w mieście zbudowanym w stylu pruskim czy pomorskim, domy i kamieniczki szachulcowe, dachówka, dachy właśnie jak ten kopertowy obraz piramidy, który miałam wciąż w umyśle. Trafiłam najpierw do biblioteki, gdzie przeglądałam kartoteki książek w poszukiwaniu jakichś informacji o piramidach, one tam kiedyś – pamiętałam - były. Ale odkryłam, że zmieniono dotychczasowy porządek i wszelkie broszury i książki na ten temat znikły. Nikt nie umiał mi powiedzieć gdzie i dlaczego. Potem ruszyłam znów jakimś pojazdem, pewnie tym samym z tymi samymi niezidentyfikowanymi ludźmi, odbierałam ich jak członków rodziny. Na zakręcie w lewo dwupasmowej ulicy zauważyłam przechodzącego z drugiej strony uliczki kota Macieja. Kazałam się zatrzymać i poczekałam na niego, prosząc Boga, aby nic mu się nie stało przy przechodzeniu. Ale kot był sprytny i uważny, odczekał, aż kilka samochodów przejedzie i dopiero do nas dołączył. Znaleźliśmy się w okolicznym lasku. Tam zauważyłam, że Maciej jest dziwnie pobrudzony, jakby zwymiotował i ubrudził się mocno koło szyi. Albo może ktoś mu to zrobił. Wzięłam go na ręce, znalazłam pompę z wodą i umyłam go starannie, nie wyrywał się, choć byłam ostrożna myśląc, że może mnie podrapać.
Potem w jakiejś sali młoda kobieta trzymała na kolanach maleńkie niemowlę, synka. Był drobniutki, ale zabawny. Założyła mu na główkę miseczkę ze swojego białego stanika i obwiązała naokoło, wyglądał jak maleńki pirat, śmiał się zadowolony. Na koniec, jadąc już jakby Piotrkowską od domu rodzinnego w kierunku rynku w lewo zwróciłam uwagę, że w nowych plastikowych oknach w domach sąsiadów po prawej stronie jakieś maleńkie na palec humanoidalne białe istotki, śmiejąc się do rozpuku odkręcają śruby mocujące futryny do muru. Dostały takie pozwolenie, bo u mnie i u sąsiada naprzeciwko już dawno tych okien nie było.

Wnioski: mapa świadomości.

14:09, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 stycznia 2018
Roty cudzej pamięci

Sen; jechałam sporym białym busem Aleją 900-lecia w kierunku przejazdu. Samochodem kierował jakiś mężczyzna (kojarzący mi się z JB), ja siedziałam po jego prawej stronie. Patrzyłam w kierunku wnętrza auta, było puste, bez żadnych dodatkowych siedzeń, niezaładowane, a tylne drzwi, dwuskrzydłowe nie miały zamka i w trakcie jazdy majtały się swobodnie na boki. Wychyliłam się podczas jazdy na zewnątrz, jak w kabriolecie i musnęłam gałęzie starych drzew rosnących po prawej stronie alei. Coś z nich spadało, jakieś nieduże, zamknięte w formach podobnych do okrągłej spłaszczonej puszki świadome byty, ale będące na prostym poziomie, jak podświadomość względem świadomości, zwane wirami (bądź wirkami), puste formy świadomości (takie określenie Bzomy przyszło do mnie już we śnie). Przyczepiały się do nóg, rzeczy, wlatywały do auta i kryły w zakamarkach. Było ich tam wiele, głos śnienia stwierdził, że mieszka ich tam (na „polu pańskim” przy drzewach) jakieś 70 tysięcy... Nie chciałam tego i choć nie wydawały się jakoś groźne, to jednak były upierdliwe i nieprzewidywalne, dlatego prosiłam kierowcę, aby uważał i że trzeba zamknąć otwarte tylne drzwi, aby nie mogły tak swobodnie się tu dostawać. Ale on to lekceważył.

Wnioski: droga w ciele subtelnym na przestrzeni 6-9 (Aleja 900-lecia), z przewodnikiem po krainie snu (funkcja JB), który był po mojej wyobrażeniowej stronie. Wirki były rotami spadającymi z drzew rodowych, czyli pamięcią ich członków, którą mi się czasem udaje doświadczać we śnie. Pamięć ludzi, którzy już umarli, przeszli przez granicę 8/9 i pozostawili po sobie taką „pustą formę” nie jest ze mną związana, a „doczepia się” w dość przypadkowy sposób na poziomie 7. Niektórymi się rzeczywiście interesuję (wychylenie się), ale niektóre pchają się same. Winny jest brak zamka w drzwiach, zbytnie otwarcie na takie przypadki.

11:56, transwizje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 stycznia 2018
Czerwona pętla

Nie wiedząc do kogo zwrócić się z intencją snu poprosiłam wszystkich na górze, zainteresowanych bądź powiązanych ze sprawą, aby pomogli mi zajrzeć do informacji związanej z tajemnicą głębin Labiryntu i ją zrozumieć.

Zaczęłam śnić ciemne podziemne pomieszczenia, zamknięte, a w nich niebieskie dinozaury. Wyglądały na drapieżne, ale nie były groźne. Po prostu snuły się tam, były, mieszkały. To był dość płytki sen, zanurzałam się w niego z przerwą na krótkie przebudzenie dwa albo trzy razy. Z tego zaczął się głębszy sen:

Stadko takich łagodnych dinozaurów (stosunkowo niedużych, wielkości konia czy krowy, może w wyprostowanej postaci wyższych) pasło się w zagrodzie, okalającej piętrowy murowany dom. Zagroda była ogrodzona płotem drewnianym, jak u nas, a dom przypominał nieco mój dom rodzinny. Miał okno w podmurówce prowadzące do pomieszczeń mieszkalnych w podpiwniczeniu, tam siedziała moja ciotka, dawniej główna księgowa gminna. W wyglądzie domu były czerwone elementy, cegła, obramowania okien. Dinozaury były przyjazne i nie stanowiły żadnej groźby. Pasły się wśród nich też inne zwierzęta. Weszłam do domu, wewnątrz w pokoju gabinetowym wisiał na ścianie na wprost wąski wysoki obraz zaokrąglony u góry. Przedstawiał jakiegoś przodka, ale był już tak pociemniały ze starości, że nic nie dało się zidentyfikować. Tymczasem właściciel domu, stary mężczyzna ubrany we frak w stylu z początku XIX wieku leżał na czymś (miałam wrażenie, że na stole, ale może w łóżku). Nie wiem co mu było, nie było ważne czy jest żywy czy umarły. Po prostu tkwił tu, jak element wystroju gabinetu. Przyjrzałam mu się, spod rozpiętego przodu fraka wystawały dziwne zapięcia koszuli. Był to rodzaj szeregu pętelek, w czerwonym kolorze, zaczynały się na brzegu kołnierzyka dookoła głowy i szły w dół. Kończyły się gdzieś na wysokości serca, może trochę niżej.
Nagle zrobiło się groźnie. Przez otwarte okno usłyszałam, że na zewnątrz powstało zamieszanie. Coś groźnego wydarzyło się w zagrodzie. Zwierzęta były spłoszone. Wyjrzałam. I miałam świadomość i pamięć tego, co się stało. Pod moją nieobecność z lasu za drogą biegnącą wzdłuż płota wypadł tyranozaur i porwał jedno ze zwierząt ze stada. Ono pasło się blisko w lesie, znając teren, za zagrodzeniem. Był to słoń. Duży, czarny. Bestia ugryzła mu trąbę i zostawiła go tak, uciekając. Słoń wyglądał tragicznie i bardzo smutno. Przytuliłam go, miał dwie przednie nogi w czarnych spodniach i długich czarnych wojskowych butach. Huśtał mnie na nich pocieszająco (a może to było wspomnienie moich relacji z nim w dzieciństwie). Ten rozpaczliwy smutek! I jednocześnie strach. Wróciła bestia. Może znów zaatakować.
Dinozaury skupiły się blisko domu pod oknami. Weszłam do środka i kazałam zamknąć wszystkie okna i wejścia. Drżąc z jakże mi znanego dobrze strachu. Wtem ktoś zapukał do drzwi. Jacyś ludzie w kolejce tłoczyli się za nimi. Niechętnie otworzyłam i kazałam szybko ukryć się we wnętrzu. Dowiedzieli się o strasznym kłopocie i przyszli wspomóc mnie w obliczu takiego potwora. Pomyślałam, że nie zdają sobie sprawy z jego potęgi i grozy takiego spotkania. Obudziłam się roztrzęsiona. Moje ciało reagowało jak pod wpływem adrenaliny, silne bicie serca, przyspieszony oddech, itp.

Uspokajałam się do rana. Już mi łatwiej opanować ten dziki strach, po tylu doświadczeniach przed laty. Zaczęłam się modlić do Dobrej Matki o ochronę. Poza tym zrozumiałam sen. Musiałam teraz zajrzeć w pamięć kogoś z rodu Rotszyldów. To ich przodek przywołał tego smoka-bestię na strażnika swojej fortuny i rodu. Słoń obrazował jakiś wysoki ród innej, niż gadzia rasy, przywódcę wojskowego? Cesarza? a mniejsze dinozaury może sprzymierzone i sprzysiężone rody bogaczy, królewskie, „błękitnej krwi”. Poza tym dinozaury w moich snach to też symbol korporacji, te największe i najstraszniejsze - odczłowieczonej dzikiej struktury, w której pojedynczy człowiek traci wszelkie humanitarne cechy. To też obraz magicznych mocy wpływających na rzeczywistość.

11:25, transwizje
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 stycznia 2018
Wcześniej, niż później

Było to w nocy z 6 na 7 stycznia tr.

Wieczorna prośba do Czachulca była mało precyzyjna. Ot, prowadź mnie w jakieś ciekawe rejony!

Nad ranem przyśniło mi się, że Ur. K., znajoma pisarka w starszym wieku razem z moją dawną koleżanką, Iwoną spod Strzelca, z którą kiedyś odbyłam wycieczkę w Tatry i zdobyłyśmy jakąś jaskinię w górach wybrała się w podróż morską. Dryfowały obie na jakimś mini-pontonie, czy skrzyneczce z wiktuałami i pamiątkami (wszystko w kolorze białym) dość długo pośród fal oceanu. W końcu woda zaczęła je zalewać, więc Ur. K. nadmuchała jakiś zapasowy stateczek, w rodzaju koła ratunkowego (chyba w kolorze niebieskim) i na nim spędzała bezpieczniej drogę. Nagle poczułam, że jestem chyba w transie spowodowanym przez jakąś istotę. Zdało mi się, że jest ciemno, po ciemku wchodzę w jakąś bramę w kamienicy, staję w drzwiach po lewej stronie, wewnątrz – wiem – jest duża sala i moi znajomi, wielu ich, ale wciąż jest ciemno. Czuję jedynie wyciągające się ku mnie ręce i słyszę radosne chóralne powitanie. W tym momencie zorientowałam się, że mam przyczepionego ducha i ktoś mnie wizytuje.

Pojawiła się wizja: rozświetlony jasnym światłem cmentarz, jakoś trochę prawosławny, sądząc po pomnikach w kształcie archaniołów chranitieli, złoto-niebiesko-czerwonych, oraz złotych posągach świętych w długich szatach. Czuję ducha, przylgnął do moich pleców. To stara kobieta, intuicyjnie kojarzę, że to ktoś jak moja znajoma.. Coś się stało? Pytam.

- „Słuchaj” - zaczyna opowieść rozbawionym głosem, ale swoiście rozwlekłą – Słuchaj, co się porobiło. Wszystko było w porządku, ale zachciało mi się wstać...” - tu było opowiadanie zdaje się o jakichś perturbacjach zdrowotnych i kłopotach z poruszaniem się i głos zaczął nagle zanikać. Brzmiał coraz bardziej skrzekliwie i rozbrzmiewał z wysokości mojego gardła, czyli czakry odpowiadającej granicy 8/9, Szczeliny. Ukazała się wizja leżącej nieboszczki, której układa się ręce złożone na piersi, jak umarłym do trzymania świecy. Uznałam, że duch utracił energię i odszedł, więc skoncentrowałam się i nie otwierając oczu powiedziałam najgłośniej, jak potrafiłam do A,  (ale wyszedł z tego tylko szept): „Wiesz? Ur. umarła”... ale nie było to na jawie, jak się okazało, bo odezwał się znowu wizytujący mnie duch, który usłyszał tę konkluzję.

- Ja? Nie jestem... - stwierdził skrzekliwy głos, chcąc mi więcej wytłumaczyć. Wtedy obudziłam się naprawdę.

Dzisiaj dowiedziałam się o śmierci Ursuli K. Le Guin. Zrobiła to 2 dni temu.

Najzabawniejsze, a może najdziwniejsze z tego, że nigdy nie przebrnęłam przez żadną z jej książek.Choć ostatnio wrócił do mnie Labirynt.

 

19:33, transwizje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90
Archiwum