bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
środa, 25 stycznia 2006
Czarne i czarne

Śniłam, że zostałam powołana na sekretarkę samego Jarosława Kaczyńskiego. Przyszłam na spotkanie nieco stremowana, ale bardzo dumna i rada z siebie. Szefa podziwiałam bezkrytycznie. Był już stary, pomarszczony, zmęczony, z nieogoloną siwą szczeciną na twarzy i pożółkłymi zębami. Miał kiedyś żonę, jedni mówili, że na pokaz, ale nikt teraz w to nie wnikał. To było tak dawno! Niektórzy szepczą między sobą, że nachodzą go potajemnie ci w sutannach, z Watykanu, czegoś chcą, śledzą bacznie wszystkie kroki, przyjeżdżają i wyjeżdżają do Rzymu, bez słowa wyjaśnienia. To podejrzane, trudne, ale on jest niezłomny, nie ugnie się, gdy trzeba będzie wyjawić całą prawdę. Ten człowiek swoje życie osobiste całkowicie poświęcił naprawie Polski! Uzgadnialiśmy w gronie jego najwierniejszych współpracowników, stojących przy nim murem, że należy wyjść do ludzi, tłumaczyć im strategię i cele, zyskać poparcie mas dla szczytnych celów wskazywanych przez Szefa. Naród na pewno zrozumie i poprze to, co sprawiedliwe, prawe i najlepsze dla kraju...

12:51, transwizje
Link
wtorek, 24 stycznia 2006
Kocie oko
Wpatrujące się we mnie uważnie zwężone oko Kociej Babci, Wróżki Dębu, Sybilli. I zaraz taka historia w wizyjnych obrazach:
Z Turynu wyruszył w drogę prosto na Południe, kierując się bardzo dokładną, renesansową mapą ten nieco otyły, dziwnie śmiejący się mężczyzna. O, Jezu, co jest z jego palcem wskazującym? Fuj!... odarty ze skóry?... On oblizuje go czasem ze smakiem kompletnego dewianta...
Po obudzeniu się rozumiem tyle: to jakiś Inkwizytor, któremu sadystyczną przyjemność sprawiało obdzieranie ludzi żywcem ze skóry, aby wydobyć od nich wskazówki odnośnie jakiegoś bardzo ważnego miejsca na Południu?
08:50, transwizje
Link
niedziela, 22 stycznia 2006
Szarym na pohybel

To się stało dawno, gdy byli jeszcze mali obydwaj i przebywali poza miastem, w lesie, na wakacjach. Drugi został wzięty przez szaraków i wszczepiono w niego misję i moc jej zrealizowania. Działa odtąd pod jej wpływem, z bladawą, poszarzałą twarzą i zgaszonym spojrzeniem.
Być może zwycięstwem dla Bliźniaka jest zwycięstwo poprzez zyskanie zaprzeczenia sobie, typu: "Jestem tym, który zło czyniąc sprawiam, że nadchodzi dobro"...?

09:18, transwizje
Link
sobota, 21 stycznia 2006
Bieguny w ruchu

Wśród opisów snów na tematy Graala, zagadki Rennes-Le-Chateau, wtajemniczeń diabelskich i duchowych różnego rodzaju, znalazłam coś adekwatnego do obecnej i rozwijającej się sytuacji politycznej w Polsce i na świecie. 

Posłuchajcie na przykład, ten wizyjny sen przyszedł do mnie w nocy 23 października 2003 roku:

Obserwuję lewicowego polityka, wysoko postawionego członka rządu (jest trochę podobny do Włodzimierza C., ale dużo młodszy). Wyraźnie zdradza w drobnych gestach i minach, że "ma dobrze w czubie", choć przecież występuje publicznie, przed kamerami TV. Kamera wyłapuje wszystkie te wpadki, nawet wtedy, gdy operator stara się skierowywać obiektyw na coś innego. Polityk orientuje się w końcu, że rzecz się wydała i nagle, czując, że to jego ostatni moment na jakiekolwiek działanie - przestaje się czaić. Zagrożony ostracyzmem i skandalem zaczyna mówić rzeczy, których do tej pory nikt nie mówił publicznie, na temat relacji jego partii z kościołem i ludźmi głoszącymi hasła religijne. Okazuje się, że tamci działają niegodnie, podstępnie, brutalnie, manipulująco, sami grzesząc złym przykładem.
Ta wypowiedź niespodziewanie budzi całe społeczeństwo i zamiast klęski, wpadka polityka lewicy wzmacnia pozycję jego partii. Ludzie zapragnęli prawdy i chcą działać w zgodzie z nią. Wznosi się nowe hasła i nad głowami zbierającego się tłumu powiewa ogromny transparent z napisem: "Niech żyje Nowa Prawdziwa Demokracja!"...
Wkrótce trzęsie się ziemia. Uciekamy, a ona rozpęka się pod naszymi stopami na pół i trzeba natychmiast wybrać, na którym brzegu stanąć, bo pomiędzy otworzyła się otchłań. Jedna płyta stoi nieruchomo, a druga zaczyna się obracać szybkim ruchem do przodu, wraz z domami, miastami i krajami, które na niej są. Polityk, którego widziałam na początku, staje na jej czele i wygląda, jakby płynął na szczycie fali globalnych przemian. Popieram go.
Kiedy ruchy ziemi uspokoiły się robimy przegląd zmian, które wszędzie zaszły. Dzieje się to po wielu latach, albo nawet spoza 3-wymiarowego czasu. Odnajdujemy kilka ogromnych jaskiń, wchodzących w głąb ziemi, w których tkwią kawałki lądów, oderwane w trakcie przemiany od dwóch głównych płyt, pochłoniętych przez ziemię. Kolor owych skał jest ciemnoniebieskoczarny. Znajdują się tam ruiny dawnych betonowych miast i resztki technicznej cywilizacji. Badamy je i stwierdzamy w końcu, że życie trwało tam jeszcze dość długo, choć podlegało stopniowej i nieuchronnej degradacji. Miasta niszczały, technika zamierała, ludzie stopniowo wymierali z powodu chorób i głodu.... W żaden sposób nie potrafili znaleźć drogi do spokojnego świata, w którym my się znaleźliśmy.

11:12, transwizje
Link
piątek, 20 stycznia 2006
Syberiada

Sen dzisiejszy: były w nim jakieś niemiłe głęboko utajone w duszy rzeczy o Drugim Bracie oraz wypowiedź kobiety, nieco podobnej do Szanownej Małżonki Pierwszego, lecz młodszej, ładniejszej i - jak znam swoje sny - egregorki zbiorowej. Rzekła mniej więcej tak:
- To, co się dzieje i szykuje nie jest dobre i pozytywne. Ale wynika z ogromnych napięć i urazów wypieranych w świadomości społecznej przez długie lata. 

12:26, transwizje
Link
środa, 18 stycznia 2006
Za tarczą
Nagle ujrzałam, że od strony południowo-zachodniej sunie w naszą stronę drogą potężna ciężarówka o pace w kolorze ciemnoniebieskim. Szybkość, którą rozwijała na tej szutrówce najpierw mnie zadziwiła, potem przeraziła. Jechała bowiem wprost na chatkę, lekceważąc istnienie zakrętu i skrzyżowania. Zadrżałam, stojąc sparaliżowana w oknie i patrząc na rozwój wydarzeń. Ciężarówka pokonała rów dzielący naszą działkę od drogi tak, jakby go wcale nie było i zatrzymała się gwałtownie na łączce tuż przed starym sadem. Z samochodu wysiadła liczna i hałaśliwa ekipa operatorów kamer i dziennikarzy, którzy prześcigając się jak paparazzi okrążyli i obsiedli stare kamienne tablice nagrobne, sterczące tam spokojnie od niezliczonych lat spośród trawy. Filmowali historyczne napisy, notowali szczegóły. Jeszcze chwila, a zauważą mnie i ruszą na chatkę, jak stado brzęczących, wściekłych os. Przykucnęłam i tylko łypałam okiem znad parapetu na to, co się dzieje w ogrodzie. Postanowiłam za żadne skarby nie ujawniać się.
12:40, transwizje
Link
poniedziałek, 16 stycznia 2006
Dach i Duch

Przebiegam umysłem miejsce, w którym jestem i uczę się rozpoznawać jego wewnętrzną alchemię wg praw feng-szuei. Przyniosło to w nocy sen o dziewczynie spod znaku Strzelca, w dzieciństwie chowanej przez babkę zakonnicę. Trójkątny, ostro zakończony dach kościoła z wieżą i spiczastymi ozdobami sterczącymi na szczytach kłująco boleśnie, niczym święci męczennicy chrześcijaństwa - "nie sprzyja zamieszkiwaniu w tym miejscu", lecz także nie przeszkadza zbieraniu się tam ludzi na krótko w ciągu dnia. Dziewczyna, dorósłszy próbowała otworzyć się na przyjemności świeckiego życia, czemu sekundowały jej lubiące życie koleżanki. Widziałam dachy stawiane jako wiaty na czterech słupach, giętkie, obłe, pagodowe, pod którymi lud urządzał latem zabawy i potańcówki. Sprzyjały zawieraniu znajomości, rozrywce i bezproblemowemu syceniu zmysłowych potrzeb. Dziewczyna jakiś czas usiłowała te kształty wykorzystywać, bywając w takich miejscach, miała kilka krótkich romansów, lecz nie przywiązała się do żadnego mężczyzny i nagle porzuciła swoje żądne zabaw znajome (które jej z tego powodu bardzo współczuły i próbowały odwieść od samotności). Na strychu swojego domu, pod trójkątnym, spadzistym dachem urządziła miejsce spotkań z innymi dziewczętami w celach pogłębiania duchowej wiedzy. Ściany, utworzone przez dach, zbiegające się ku górze wyłożone były półkami, na których "leżakowały" drewniane beczułki (tu wydaje się ważny symbol tebański: "Mężczyzna robiący beczkę", oznaczający budowanie skrytki, zbieranie dokumentacji, danych i zaświadczeń, izolowanie się od świata). Tego rodzaju kształt sprzyja zatem ukierunkowaniu na duchowe i mistyczne zainteresowania. Na koniec wylądowała dobrowolnie w zakonie i żyła w całkowitym celibacie. Sen  podjął temat duchowości zachodniej skonfrontowanej i porównanej ze światopoglądem wschodnim.

16:44, transwizje
Link
niedziela, 15 stycznia 2006
Niebieskie buty

Znalazłam się gdzieś na dalekiej Syberii, gdzie wielkie zalesione przestrzenie oddzielają od siebie miasta i sioła tak, iż człowiek ma wrażenie uwięzienia, a jednocześnie stania na skraju nieskończoności. Przywieźli nas tam, dużą grupę nie wiadomo skąd zebranych osób, do jakiegoś wielkiego gmachu szkoły, albo urzędu i czekaliśmy na coś ważnego, lecz nikt zbytnio nie rozumiał na co. Mieliśmy powitać jakąś nadzwyczajną delegację, tyle wiedziałam. Miała coś wspólnego z kosmosem, to też. Władza nie była skłonna do wyjaśnień. Ludzie też byli dobrani bez żadnego klucza. Wśród wielu prostych, religijnych kobiet wziętych z polskich wiosek była na przykład znana, utytułowana pisarka rosyjska w średnim wieku. Zaprzyjaźniłam się z nią od razu i zwierzyłam, że dostałam od mojego bliskiego znajomego z wczesnej młodości kartkę z tekstem, który chciałabym odczytać wobec przybywających. Tekst jednak był po rosyjsku i nie dawałam sobie rady z jego odczytaniem. Pomogła mi go odcyfrować, był rzeczywiście jakiejś nadzwyczajnej wartości artystycznej. Przy okazji spytała o nazwisko owego pisarza, lecz nie mogłam go sobie przypomnieć. Zresztą, z jakichś powodów wolałam je ukryć przed dopytującą się.
- Ma na imię Borys. Stał się szybko kultowym pisarzem młodego pokolenia Rosjan - tyle jej powiedziałam - Korespondowaliśmy ze sobą, gdy byliśmy nastolatkami.
Kobietę nazywałam Pasza. Nagle, wieczorem padł rozkaz wymarszu wszystkich zgromadzonych być może na dworzec, który był wiele kilometrów stąd. Wszyscy rzucili się do ubrań i szybko sformowali szeregi. Ja, jak zawsze na końcu zobaczyłam ku swojemu zdenerwowaniu, że ktoś ukradł mi buty. Moje włoskie, niebieskie trapery, "po 45 złotych każdy but". W zamian zostały jakieś lekkie botki, warte najwyżej 10 złotych. Nie chciałam ich włożyć. Byłam wściekła do łez. Kolumna powitalna wyszła już na drogę, a ja ciągle przeszukiwałam wszystkie zakamarki, aby odnaleźć swoje ukochane buty. Cholera! Rozzłoszczona postanowiłam iść na boso. Nie włożę tego badziewia! - powiedziałam sobie i poszłam w samych skarpetkach. Ruszyłam inną drogą, na skróty przez las, którą przypadkiem odkryłam dzięki temu, że zauważyłam, iż kilka spóźnionych samochodów z urzędnikami pojechało właśnie tamtędy. Instynkt kazał mi się ukryć przed nimi, gdy mnie mijali. Coś tu było nie tak...
Oczywiście, nie wygłosiłam wspaniałych, uczuciowych zdań mojego przyjaciela Borysa, napisanych specjalnie na powitanie delegacji gości z kosmosu i mających podkreślić wartość humanitaryzmu. Ledwie zdążyłam na samo zakończenie uroczystości powitalnych, gdy już dziwnie ponurzy osobnicy w jednakowych strojach, którzy przybyli nie wiadomo skąd wsiadali do samochodów i odjeżdżali. Było w nich coś bardzo nieprzyjemnego, a nawet śmiertelnie groźnego, lecz w zamian za powitanie i możliwość rozejrzenia się po naszej planecie nasi urzędnicy otrzymali od nich nasiona niezwykle żyznych roślin jadalnych i pewnie jeszcze wiele innych praktycznych wynalazków.
Od razu zaczęłam patrzeć na buty na nogach zgromadzonych, w poszukiwaniu moich niebieskich traperów. Zauważyłam, że wszyscy mają jednakowe, skórzane, eleganckie trzewiki w kolorze brązowym z jasnym paskiem. Moje buty na pewno będą się odróżniać... W tłumie kobiet rozpoznałam nagle zmarłą w tamtym roku starą ciotkę. Obudził mnie głos jakiejś kobiety, stojącej nade mną i mówiącej sympatycznie: "Ewa, wstań..."

13:19, transwizje
Link
 
1 , 2 , 3
Archiwum