bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
niedziela, 31 stycznia 2010
Carownie
Czytam "Księgę ukrytą" z wielką uwagą, a potem rozmyślam o tym co przeczytałam w nocy, bo znów są bezsenne. Wiem dobrze, że styl wszystkich świętych ksiąg polega na tym, że trzeba zadawać pytania i szukać odpowiedzi w tekście, z pewnością są, gdyż najpoważniejsze pytania są sugerowane zagadkowością zwrotów.
Dziś przebrnęłam przez marsz dzieci Izraela przez pustynię i wojny zdobywcze pod wodzą Jozuego. JHWH był wtedy pełen potężnej mocy, dziś powiedzielibyśmy poza-fizycznej, spektakularnej i zadziwiająco mechanicznej. A jednocześnie wymagający bezwzględnej wierności swoim przykazaniom pod karą śmierci dla wątpiącego. I okrutny w tym, co czynił innym narodom i ludziom niewiernym. Bardzo to jest wstrząsające, gdy się czyta. I poruszające głęboko, i budzące odrazę. Dlatego zadałam pytanie: JHWH, kim i czym jesteś, jeśli to naprawdę ty stworzyłeś człowieka i dałeś mu swoje geny?
I przyszła do mnie odpowiedź. Zagadką mocy, jaką dysponują istoty zjednoczone we wspólnej świadomości Starego Boga, Ojca, JHWH jest ich jedność. Ich jest nieskończoność, a on jest dla nich i z nich jeden. I nie może być dwóch, ani żadnego podziału. I to jest najdoskonalsza tyrania.
Reszta z tego, rozwija się niby zwój, pełen wiedzy.
Nieskończoność samotności jedynego boga pchnęła go do zajęcia pozycji opozycji.
Pamięć pokazuje Konrada, krzyczącego w zapamiętałości swej więziennej wielkiej improwizacji: "Boże, tyś car!" Omdlał wtedy i upadł, a o jego duszę szarpał się diabeł z aniołem. 
17:58, transwizje
Link
Niedzielnie
Dziś rano pani Wiera stwierdziła ochoczo:
- Jak odśnieżycie to zawołajcie mnie, pomogę pchać samochód!
:-)
Ale ja zaparłam się.
- Odmówiłaś Sławkowi? Widocznie masz siłę to zrobić. Odśnieżaj sama!
No, więc zapanowała w domu niedziela. Nikt nic nie robi. Psy i koty śpią. Jeden Łacio wykorzystał wczoraj wieczorem odśnieżoną autostradę do wsi, radośnie podsikał oba słupki bramy, cztery koła samochodu i pomknął w sobie tylko znanej męskiej sprawie na wioskę. Nie ma go, buja się gdzieś daleko.
13:02, transwizje
Link
sobota, 30 stycznia 2010
Użytecznie
Bezużyteczność wróżb tak oto wygląda w konkretnym przypadku. Wczoraj losnęłam sobie tak sobie 4 karty. Wypadło po kolei:
1. odwr. Mag
2. odwr. Umiar
3. Sąd
4. odwr. Moc
Skojarzenie przyszło natychmiast, więc mówię:
- Jutro zadzwoni mechanik, że auto jest do odbioru, choć nie będziesz wierzyć, że skończy robotę. Dlatego pójdziesz po nie pieszo i kiedy wrócisz zakopiesz się w śniegu przed domem, bo odśnieżyć też ci się nie będzie chciało.
I co?
Kiedy kupowałam chleb, sąsiadki zapytały mnie o samochód i same naraiły odśnieżacza, jednego z dalszej rodziny Dudusiuków, niejakiego Sławka. "Toż on aż piszczy, żeby zarobić... Chleje co prawda od katolickich świąt, ale już mu się zapasy kończą i pewnie nada się do roboty...".
Niewiele czekając Sławko sam przybył i zastukał do drzwi. Otworzyła mu A., którą akurat głowa bolała. I... kazała mu przyjść do odśnieżania w poniedziałek.
- Coś ty zrobiła! - ja na to - Teraz będzie telefon, że samochód do odbioru i jak wiedziesz do garażu?
- Daj mi spokój! Na pewno mechanik nie zrobi. Już tyle czasu mnie zwodzi. A te twoje wróżby sobie wsadź, wiesz gdzie...
Godzinę później zadzwonił mechanik, że można zgłosić się po auto, gotowe.
I co? Sławko już w swojej domowej tancbudzie z Dudusiakami popija. A. wskoczyła w buty, kurtkę i szalik i pomaszerowała piechotą do miasteczka. Ja w tym czasie, jak prawdziwa czarownica miotłą na kiju zamiatałam ze śniegu drogę od garażu do bramy. A jest ona długości 26 metrów, ni mniej ni więcej. Zabrało mi to prawie dwie godziny.
W tym czasie A. doszła do miasteczka i warsztatu, odczekała, aż mechanik ostatnie śrubki dokręci, wyjęła pieniądze z bankomatu, zapłaciła i wskoczyła za kółko. Przyjechała bez problemu, tyle, że zaryła na zjeździe z drogi w (na szczęście odśnieżoną świeżo przez pług) pod-drogę wiodącą do naszej chaty. No, więc po ciężkim zamiataniu przypadło mi jeszcze pchać samochód, aby wrócić nim na drogę główną. Nie dałabym rady, ale zatrzymał się przejeżdżający właśnie syn Sali i pomógł mi w pchaniu, i jeszcze doradził, jak najlepiej wjechać w pod-drogę, żeby ominąć ostry zakręt. Rada była dobra, udało się.
Dalej to już A. odśnieżała 10-metrowy fragment drogi wiodący do bramy, ja padłam. Kiedy zaryła po raz drugi wyszła z domu pani Wiera i dalejże, mimo swojej 75-ki pchać ze mną samochód, i dzięki temu udało się po raz drugi. A. wjechała szczęśliwie za bramę i... zaryła znowu kilka metrów za nią. Ale to już pikuś. Jeszcze 20 metrów to się jutro dopieści.
Przyznać muszę, że jak na swój wiek pani Wiera ma krzepę nie lada. Dawne pokolenie ludzi-dębów, już takiego nie będzie.

18:29, transwizje
Link Komentarze (5) »
Słonecznie
Łacio wrócił w nocy, cały rozśpiewany. Przez godzinę opowiadał barwnie i z podnieceniem co robił, kiedy go nie było, chodząc od pokoju do pokoju, po czym zajął swoje ciepłe miejsce przy kominie i spał głęboko do rana.
Mnie przejęło słońce, ściślej mówiąc drugie słońce, galaktyczne centrum, odkryte w Genesis. Żywe słońce, utworzone przez nieskończoność istot połączonych wspólną świadomością jedności. Ukazujące się co kilka tysięcy lat. To na nie czekamy. Ukazanie się go niesie ze sobą wielki upał. O tym wspomina Popol Vuh. Trwa na niebie jakiś czas, po czym znika, pozostawiając tych, którzy nie okazali się zdolni do przemiany w duchowe ciało. Jakiś czas jeszcze trwa na ziemi grupa wolontariuszy, którzy usiłują nadać jakiś kierunek nowemu cyklowi rozwoju, aż w końcu i oni znikają.
Trzeba wrócić do Popol Vuh. Problem w tym, że trudno o tę książkę, jeśli przypadkiem nie znalazło się jej w jakiejś wiejskiej bibliotece albo w antykwariacie. Kiedy opracowywałam materiały z niej do "Przemian w ultrafiolecie" obeszłam wiele antykwariatów i bibliotek osiedlowych w Warszawie, w końcu znalazłam jeden egzemplarz w Bibliotece Narodowej. Dostępny tylko w czytelni. Był nowiutki, z nieporozcinanymi kartkami, prosto z drukarni. Notatki, które wtedy zrobiłam są niewystarczające teraz.
10:09, transwizje
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 stycznia 2010
Dobrze, że
No, i płynę swoją ukochaną rzeką myślenia-badania-medytacji, ku czemu? Ku temu samemu, czego już doświadczyłam i wiem, nie tylko biorę na wiarę. Że Duch i Moc przychodzą same, gdy chcą i jeśli chcą, i tak jak one chcą, a nie człowiek sobie wyobraża, i nie człowiekowi tym zarządzać, choćby nawet całe życie spędził na kajaniu się, pokłonach, pokornych modłach i ekspresyjnych kamłaniach.
Samo owo płynięcie jest szczęściem i kontaktem i współ-obecnością i nie mnie żądać więcej, gdy tylu nie ma pojęcia o czym teraz mówię.

Poza tym sypie. I Łacio nie wraca już trzeci dzień. A tu termin się kończy i trzeba pity firmowe wysłać do US na poczcie. Dobrze, że chociaż nie mrozi.
09:57, transwizje
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 stycznia 2010
Troiście-dwoiście
Księga, która odkrył R. E. Friedman wewnątrz kanonicznej Biblii, pierwotna historia scalająca ze sobą w jedną literacką przypowieść dzieje dzieci Adama od jego stworzenia po wspaniałe królestwo Dawidowe rozkwitłe na ziemi obiecanej, rozpoczyna się w 2 rozdziale znanej nam Genesis. Relacja o 7-dniowym stworzeniu świata z 1 rozdziału pochodzi z innego podania. Tam Bóg nosi hebrajską nazwę elohim, w liczbie mnogiej. Od 2 rozdziału jest to JHWH. Jego stwórcza działalność zaczyna się "w dniu, w którym uczynił JHWH ziemię i niebo", a zatem wedle wcześniejszego opisu musiało być to w dniu trzecim stworzenia, gdy elohim (elohowie) oddzielił niebo od ziemi oraz stworzył roślinność. Zaiste, bardzo dawno temu, bo jeszcze przed gadzią erą i jeszcze przed momentem, gdy nad atmosfera ziemi stała się przeźroczysta i ukazały się oczom istot żyjących gwiazdy i wszelkie inne ciała niebieskie. Wtedy ukształtował człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza oddech żywota, i nazwał go istotą żyjącą. Ów pierwszy człowiek był obupłciowy, albo pozapłciowy. I on towarzyszył elohom jako jego namiestnik w świecie, w którym zaczęły pojawiać się także zwierzęta.
JHWH, cztery litery, z których 2 są tożsame, bliźniacze, czyli trzy. Kiedy Abraham siedział u wejścia do namiotu w dąbrowie Mamre w samo południe (górujące słońce) ukazał mu się JHWH. Gdy podniósł oczy w górę ujrzał trzech mężów "stojących nad nim". Zaprosił ich do środka, w cień i chłód namiotu, zwracając się do nich wspólnie: "Panie". Nakarmił ich i napoił, w zamian otrzymał błogosławieństwo potomka, choć był już bardzo stary. Następnie "JHVH rzekł", że zstąpi do Sodomy i Gomory, bo wielki krzyk skrzywdzonych doszedł go z tych miast, a on chce znać prawdę. "I odwrócili się stamtąd mężowie i poszli do Sodomy. A Abraham stał wciąż przed JHWH..." i wynegocjował łaskę dla dziesięciu sprawiedliwych z tych miast, jeśli tacy się znajdą.
Zatem dwóch oddzieliło się od trzech i zstąpiło. JHWH jako pełnia pozostawał wciąż na miejscu wysoko.
"I przyszli dwaj aniołowie do Sodomy pod wieczór." (zachodzące słońce). Lot, tak jak Abraham siedział w bramie do miasta i natychmiast zaprosił gości do siebie.
Owe wejścia, bramy oznaczają strażników, także progi i inicjacje.
Pozycje słońca to cykle rozwoju światów i cywilizacji.
16:46, transwizje
Link
Troiście
Od wczoraj wiatr, zwiewający najpierw szron z drzew, teraz zawiewający śniegiem, znów zakrywa odśnieżone ścieżki na podwórku i wdziera się na taras, ścieląc grubą warstwę na kupie drewna. Aby wziąć do domu kolejną naręcz opału trzeba grzebać w śniegu i wyszukiwać bierwiona grabiejącymi palcami w mokrych rękawiczkach. Jeszcze jeden aspekt zimy.
- Łoj, dawno takiej zimy u nas nie było - mówią sąsiedzi. i dodają zerkając na nas na poły poważnie, na poły dowcipnie - To pierwsza po waszym osiedleniu się na wiosce. Przywiozłyście ją ze sobą.
A. po wyprawie na drugi koniec wsi do Jury po mleko przyniosła pełny zestaw nowin. U mamy Piet`ki i u Niektórego pozamarzały  rury od wody w mieszkaniu. Mama Piet`ki radzi sobie, bo ma drugą studnię z żurawiem, więc zwierzęta są napojone, a Niektóry wyciąga wodę wiadrem na sznurze ze swojej, wyłączywszy pompę elektryczną. U chromego Nykoły komin się zatkał w największe mrozy i jego stara siostra musiała interweniować. Wybiła trzy cegły z komina ze strychu, przez dziurę udrożniła kanał i przepaliła go pakułami polanymi naftą, po czym zalepiła ją tymi samymi cegłami i gliną. Piec odzyskał cug. Poza tym Jura chce krowę sprzedać... najlepiej nam. Bo dobrym ludziom najlepiej oddać bydlę. Gdy sprzeda się złym, wszystko co dobre odchodzi z gospodarstwa i nic się już nie mnoży i nie udaje. Są na to jakieś czary zabezpieczające, ale A. wstydziła się dopytywać.
Białoruska żona Jury, stara Marusia nie nadąża z przerabianiem mleka, w domu pełno naczyń, dużych i małych pełnych białego płynu. A robi świetne masło, twaróg i ser prawie-twardy o żółtym kolorze (powstaje przez zagotowanie twarogu w świeżym mleku). A. wstępnie rozesłała wici o możliwym kursie serowarczym z zaznaczeniem, że służy darmowym podwiezieniem do miasteczka na zajęcia i z powrotem. Co najmniej trzy osoby oprócz nas są zainteresowane, ale koszt mocno gasi ich zapał. I pewnie, gdyby doszło co do czego zrezygnują.
Wczoraj wieczorem przeczytałam Genesis w tłumaczeniu Richarda Elliotta Friedmana, które zamieścił w pracy pt. "Księga ukryta w Biblii". Uderzyło mnie kilka rzeczy. JHVH = Stary Bóg, gadzi bóg, który pierwszy porzucił gadzie ciało i gady mu służą. I trójca, która w tłumaczeniu Friedmana jest wyraźna podczas wizyty trzech nieznajomych u Abrahama. Stąd pojawił się Rublow w głowie, a raczej jego arcy-dzieło. Nie wnikam w Sodomę i Gomorę, to zbyt niepojęte.  
11:22, transwizje
Link
środa, 27 stycznia 2010
Świadomie
Należę do ludzi roztargnionych, przeważnie zanurzonych w swoich myślach. Np. nagle wyrwana w chwili, gdy poprawiam tłumaczenie albo coś piszę, nie mogę sobie przypomnieć zwykłych słów.
- Jak nazywa się, nooo... to, czym prasujesz?
- Żelazko.
- No, właśnie, żelazko...
Podobnie jest przy nagłym budzeniu mnie (dlatego lubię budzić się sama i wolno dochodzić do przytomności, bo wtedy wszystko wraca mi do głowy w swoim zgodnym tempie). Ostatnio nie mogłam sobie przypomnieć co to jest Misiaczek.
- Misiaczek? Jezu, my mamy taką kozę? Która to?
I dopiero po dobrych kilkudziesięciu sekundach przypomniała mi się biała Misia.
Może to jakiś zwiastun alzheimera, a może nie. Było już dawno temu w moim życiu, w czasach, gdy pracowałam na zmiany i przychodziło mi wstać o 4 rano, że nie pamiętałam jak się nazywam, kim jestem i co robię. Był to bardzo wielki stres, największy, jaki przeżyłam w związku z pamięcią.
Dlatego lubię stan medytacji, może on zresztą ma z tym wszystkim związek. Zawsze lubiłam i lubię odrywać się i trwać w stanie równowagi, poza słowami i ponad obrazami. Mogłam to kiedyś robić całymi godzinami, a nawet dniami i nocami! Od chwili, gdy przeniosłam się na wieś chęć do medytowania aż w takim stopniu zanikła i odzywa się rzadko. Głównie wchodzę w nie podczas bezsennych nocy, tak, żeby nie tracić uzyskanego czasu.
Różnie to robię. To zależy od energii, które są wokół. Sposób przychodzi zawsze spontanicznie. A więc albo jakaś mantra (pacierz np.), albo najczęściej liczenie oddechów do 10 i wstecz. Dość szybko wtedy zasypiam, ale to nie jest zwykły sen, a półtrans. Dziś czułam jak uruchamiają mi się wewnątrz głowy różne punkty energetyczne i otwierają świadomość. Snów jednak nie zapamiętałam.
 
10:17, transwizje
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum