bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
niedziela, 31 stycznia 2016
Granice sennych światów

W nocy wizjosen: znajduję się w jakimś domu o XIX-wiecznym wystroju. Pojawia się tam postać, o której wiem, że jest zjawą. Dręczącą. Mężczyzna o wykrzywionej okrutnym i szyderczym uśmiechem twarzy. Boję się go i staram mu uciec na jawę, czy może obudzić się w innym, swoim czasie. Uparcie atakuje, pojawiając się znienacka znów i znów. Staję przed oszklonymi drzwiami wychodzącymi na werandę i ogród. Widzę siebie z zewnątrz, zza pleców. Jestem młodą kobietą ubraną w XIX-wieczną suknię. Uciekając od straszydła rozbijam ręką, czy może rzutem całego ciała szybę w drzwiach. Ona pryska i ukazuje się za nią rzeczywistość jawy, czy może innego czasu. Nie ma werandy, a stoi tuż przede mną stara murowana z cegły kapliczka, zdobiona kwiatami, ale sypiąca się już nieco. Czuję przypływ spokoju, tak jakby coś zostało odkryte i ostatecznie załatwione. Wtedy przyszedł mi do głowy czterowiersz Nostradamusa:

7.41

Kości nóg i rąk zgniecione,

Z powodu wrzawy dom długi czas niezamieszkany,

Zostaną z pomocą snów wydrążających odkopane,

Domostwo zdrowe i bez hałasu zamieszkane.

a z nim myśl, że to sen jakoś z nim związany.

Ocknęłam się na krótko, po czym znów ogarnęła mnie transwizja. Tym razem obserwowałam przez szybę jakiegoś młodego człowieka, mężczyznę, siedzącego dość daleko na ulicznej ławce. Wiedziałam, że obraz jest jakby zdjęciem sytuacji z przeszłości, lub ilustracją jakiejś zamkniętej już historii, a jednak czułam lęk wobec niego i starałam się nie przyglądać się mu zbyt intensywnie, aby nie zwrócił na mnie uwagi, tak jakby jeszcze miał taką moc. Dlaczegoś był groźny. Przez moment wydało mi się, że widzę żywy błysk zainteresowania w jego oczach, więc natychmiast spuściłam wzrok. Gdy po jakimś czasie spojrzałam tam znowu trwała inna sytuacja za szybą. Na pustej ulicy stał samochód, pochylał się przy nim jakiś człowiek, widocznie szukając przyczyny awarii, tuż za nim siedział na ławce ów młody mężczyzna, którego się nieco bałam. Teraz wlepiał wzrok w pochylonego przed nim właściciela samochodu i wyraźnie coś knuł wobec niego. Zauważyłam, że unosi nieco górną wargę, szykując się do ugryzienia. Był wampirem.

Poczułam napływ lęku, znów spuściłam oczy. I gdy po chwili spojrzałam ponownie w to miejsce, właściciel samochodu leżał bezwładnie obok na ziemi, a młody wampir z zadowolonym uśmiechem na twarzy wstawał. Biła od niego energia Panów, więc ze strachu obudziłam się na jawie, nieco wstrząśnięta.

Sny tej nocy były bogate i rozwlekłe, niewiele z nich zapamiętałam. W następnym przebywałam w pomieszczeniu, które było moim i mojej siostry mieszkaniem. Było tam wiele okien, przeszklone drzwi. Takie nowoczesne w wystroju. Wśród jakichś gratów po dzieciach odkryłam swoją starą zabawkę, małe plastikowe pianino na baterie, teraz wybebeszone. Kiedy je oglądałam pojawiła się dawna moja koleżanka z pracy, Asia, która była informatorką. Przyznała, że dostała to pianino od mojej siostry dla swojego dziecka do pobawienia się. Wściekłam się, zaczęłam krzyczeć, że siostra nie miała prawa ruszać moich rzeczy, że ją ostrzegałam byłam, aby nie brała tej akurat zabawki. Asia była nieco stropiona i zawstydzona i zaczęła mnie przepraszać, choć to nie było jej winą.

- Widzisz, to pianino nie było zwyczajną dziecinną zabawką. Można było do niego podłączyć laptop i gdy się grało na nim dowolną melodię lub tylko wymyślone przez siebie dźwięki specjalny program przerabiał dźwięki na obrazy i ukazywał je na ekranie. One były przepowiedniami, ukazywały różne sytuacje z przyszłości i przeszłości! Teraz pianino jest pewnie popsute, nie da się go już uruchomić…

Wykrzyczawszy się zaczęłam się powoli uspokajać. Pomyślałam, że w końcu przecież zabawka dawno już przestała mnie interesować, poza tym generowała we mnie różne dziwne stany umysłu i ukazywane przez nią wizje zbyt zbliżały mnie do świata Panów, którego się bałam i wolałam do niego nie zaglądać.

Z tego nagle wpadłam w trans i ukazała mi się wizja: wchodziłam obok jakiegoś mężczyzny do mojej tutejszej chaty. Przeszliśmy podwórze, mój towarzysz sięgnął ręką do charakterystycznego uchwytu na zielonych drzwiach wejściowych. Zaraz uchyliły się i okazało się, że za nimi akurat, stoi w sieni grupka wychodzących osób. Wśród nich ja i jakichś dwoje, może troje nieznanych mi osób, chwilę jeszcze wszyscy rozmawiali. Pierwszy wyszedł za próg wysoki szczupły mężczyzna z wąsami.

11:43, transwizje
Link Komentarze (15) »
wtorek, 26 stycznia 2016
Dłoń rzeki

Większość nocy śniłam swoją rzekę życia, była dość dziwnie rozgałęziająca się, odchodziły z niej niewielkie odnogi, sztucznie robione, po czym znów się łączyły z głównym nurtem. Służyło to być może jej oczyszczeniu. Z biegiem rzeki stawała się ona szersza, czystsza, aż wreszcie znalazłam się w jakimś dużym betonowym przejściu, jak pod mostem. Wychodziły na niego z boku wysokie biało malowane drzwi, były tam ponoć sale, gdzie organizowano spotkania na temat sprawiedliwości. Potem wchodziło się po schodach w górę na światło dnia. Motywem przewodnim tej długiej, śniącej mi się do rana wycieczki była osoba Prezesa, który w tej mojej rzece przechadzał się, rozmawiał ze mną, szliśmy razem, mieliśmy jakieś wspólne sprawy. Kiedy wyszłam po schodach w górę i stanęłam na wale wybudowanym wzdłuż mojej rzeki zobaczyłam najpierw kilka wiat zbudowanych wzdłuż jej brzegu, pod którymi siedzieli jacyś pojedynczy ludzie. Wiedziałam o nich, że wolą pozostawać w spokoju i samotności, że są prawdziwymi autorytetami, i warto, aby tu te osoby były, by móc je odwiedzać i rozmawiać z nimi. Potem zauważyłam, że po drugiej stronie wału toczy swoje wody druga, o wiele większa rzeka. Szerokości co najmniej Wisły, jej nurt był wartki, nieco błękitny w słońcu, woda czysta i zdrowa.

Obudziłam się i zasnęłam znowu. Tym razem moja rzeka stała się dopływem drugiej, również biegnącej przez moją miejscowość (w rzeczywistości jest na odwrót). Objaśniałam komuś rozmiary obszaru dawnych wylewów rzecznych, na którym z tego powodu do tej pory nic nie zbudowano, lub budowano tymczasowo, mimo, że wylewów po regulacji nie było od dziesiątek lat. Poczułam czyjąś rękę w dłoni, starą, o gładkiej delikatnej, suchej skórze. Zaskoczona zaczęłam się budzić, bo było to wrażenie bardzo realne. W momencie powrotu świadomości wiedziałam już, że to dłoń Prezesa. Wrażenie rozwiało się bardzo szybko. 

10:27, transwizje
Link Komentarze (11) »
niedziela, 24 stycznia 2016
Sens

Dzisiejszej nocy jakaś Chinka-chiromantka obejrzała wnętrze mojej lewej dłoni i znalazła na jednym wzgórku pewien znak, który ją zaniepokoił i zastanowił. Nie chciała mi go objaśnić, ani tego, co zobaczyła. Zrazu tłumaczyła, że sama nie rozumie sensu, znając mnie. W końcu wydębiłam z niej informację, że znak zapowiada karę więzienia, lub silny zakaz pod karą zamknięcia. Nie rozumiała tego. Ale ja zrozumiałam i tym samym pojęłam swój los. Obiecałam Chince, że jej wytłumaczę sens, ale jakoś nie było okazji tego zrobić.

20:39, transwizje
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 stycznia 2016
Odszedł

No, i przyszła śmierć. Zmarł sąsiad, stary Mikołaj. Bardzo lubiłam tego człowieka. Choć w ostatnich czasach prawie już nie wychodził i rzadko można było pogadać. Dziś w nocy zaglądał przez okno, wyglądał jak upiór. Zrobiłam znak krzyża, natychmiast znikł. W dzień odbył się pogrzeb.

16:27, transwizje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 stycznia 2016
Zimowanie

No, więc niewiele się dzieje. Zimuję. Dłubię ostatnio w Nostradamusie (Wróżby i centurie), palę w piecu, karmię zwierzaki. Zdrowie lepsze, już nie pamiętam, że chorowałam. Sny pospolite, zapominam szybko.

21:28, transwizje
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Wcielenie

Zbierało się od kilku dni. Wraz z nadchodzącym nowiem Księżyca w Koziorożcu w koniunkcji z Plutonem. Najpierw skończyłam pisać książkę. W tym czasie wykociła się młodziutka Frania, pierwiastka. Dla której ten pierwszy poród musiał być istnym szokiem. Koźlęciem zajęła się bardziej Fela, jej matka, wylizała je i powitała macierzyńskim chrumkaniem na tym świecie. Koźlątko jest drobne i ciche, nie wydaje żadnego głosu. Dokarmiamy je co kilka godzin, dla pewności, udojonym mlekiem. Pojawił się ten problem, że wydalanie łożyska zatrzymało się.

Czekałyśmy 24 godziny, w końcu A. zadzwoniła do weterynarza o poradę. Kazał delikatnie spróbować pociągnąć to, co wystaje. Jeśli się nie uda i nic się nie zmieni przez noc, obiecał przyjechać rano z pomocą. No, więc ciemnym popołudniem zajęłyśmy się własnoręczną próbą wyciągnięcia łożyska. A. umyła ręce, namydliła, tak jak kazał lekarz i ciągnęła delikatnie, aby nie urwać zwisający pęcherz, ja trzymałam kozę za rogi, żeby się nie poruszyła i przyświecałam operacji latarką. Trwało to kilkanaście minut, z miernym efektem.
Odpuściłyśmy sobie wysiłki, decydując się zaczekać do rana. Może jednak koza sama wydali łożysko. Po co o tym piszę?

Otóż cała ta porodowa i fizjologiczna sytuacja  – wraz z sytuacją na niebie – połączyła się w mojej podświadomości tak mocno, że niespodziewanie obudziło się przypomnienie.
Po kilku godzinach siedziałam na brzegu łóżka w ataku emocji, które chwyciły mnie za gardło i dusiłam się nieomal, jak astmatyk przez wiele minut. Płacz, lęk, zdenerwowanie, rozpacz, odczucie bezsiły, a razem z tym próby wyrównania oddechu wyglądające jak chorobowy bezdech. Jednocześnie przypomniało mi się, że podobny niezrozumiały atak miałam raz w życiu, podczas andrzejek, na kilka tygodni przed naglą śmiercią ojca A. I że to może być taki zwiastun teraz, zapowiedź czyjejś śmierci…

Rano, kiedy zajrzałam na FB od razu uderzyła we mnie wieść, że Dawid Bowie zmarł, właśnie wczoraj, choć nie znam godziny śmierci. W jednej chwili wróciły mi wszystkie emocje, zalałam się łzami, jak dziecko.
To poruszenie wciąż we mnie jest. Znam je, miewałam takie, intensywnie ćwicząc przed laty sztukę rebirthingu i pragnąc uzyskać przypomnienie swoich narodzin. Bezskutecznie. Przychodziło wtedy wiele różnych niesamowitych przeżyć i wzruszeń, trwających nawet po kilka dni, ale nigdy nie było to pierwsze wspomnienie. Tym razem jednak to było to.
Urodziłam się po prawie trzech dobach trudnego porodu, wyciągnięta nieomal siłą przez moją babkę położną, okręcona pępowiną i prawie nią uduszona, jakiś czas trwało łapanie tchu i zipanie na tym świecie…
I tak nów księżycowy z Plutonem w tle (mam urodzeniową koniunkcję Księżyca, Plutona i MC w trygonie do Słońca) zamanifestował się przeżyciem emocjonalnego odrodzenia wobec przejścia przez śmierć. O tym, kim i czym dla mojej podświadomości (nie tylko świadomości) był David powiem w skrócie. On dał mi siłę bycia ze swoją innością na tym świecie. Dawno, wtedy, gdy jej nie miałam. Taki wcielony w obce sobie ludzkie ciało kosmita.

Dzisiaj zaś, rano, zgodnie z obietnicą przyjechał weterynarz, wykonał konieczny zabieg fachowo, dal kozie zastrzyk antybiotykowy i Frania zaczęła wracać do życia i świadomości, wyraźnie poweselała, wreszcie interesując się swoim dzieckiem.

17:07, transwizje
Link Komentarze (6) »
Archiwum