bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 30 stycznia 2018
Roty cudzej pamięci

Sen; jechałam sporym białym busem Aleją 900-lecia w kierunku przejazdu. Samochodem kierował jakiś mężczyzna (kojarzący mi się z JB), ja siedziałam po jego prawej stronie. Patrzyłam w kierunku wnętrza auta, było puste, bez żadnych dodatkowych siedzeń, niezaładowane, a tylne drzwi, dwuskrzydłowe nie miały zamka i w trakcie jazdy majtały się swobodnie na boki. Wychyliłam się podczas jazdy na zewnątrz, jak w kabriolecie i musnęłam gałęzie starych drzew rosnących po prawej stronie alei. Coś z nich spadało, jakieś nieduże, zamknięte w formach podobnych do okrągłej spłaszczonej puszki świadome byty, ale będące na prostym poziomie, jak podświadomość względem świadomości, zwane wirami (bądź wirkami), puste formy świadomości (takie określenie Bzomy przyszło do mnie już we śnie). Przyczepiały się do nóg, rzeczy, wlatywały do auta i kryły w zakamarkach. Było ich tam wiele, głos śnienia stwierdził, że mieszka ich tam (na „polu pańskim” przy drzewach) jakieś 70 tysięcy... Nie chciałam tego i choć nie wydawały się jakoś groźne, to jednak były upierdliwe i nieprzewidywalne, dlatego prosiłam kierowcę, aby uważał i że trzeba zamknąć otwarte tylne drzwi, aby nie mogły tak swobodnie się tu dostawać. Ale on to lekceważył.

Wnioski: droga w ciele subtelnym na przestrzeni 6-9 (Aleja 900-lecia), z przewodnikiem po krainie snu (funkcja JB), który był po mojej wyobrażeniowej stronie. Wirki były rotami spadającymi z drzew rodowych, czyli pamięcią ich członków, którą mi się czasem udaje doświadczać we śnie. Pamięć ludzi, którzy już umarli, przeszli przez granicę 8/9 i pozostawili po sobie taką „pustą formę” nie jest ze mną związana, a „doczepia się” w dość przypadkowy sposób na poziomie 7. Niektórymi się rzeczywiście interesuję (wychylenie się), ale niektóre pchają się same. Winny jest brak zamka w drzwiach, zbytnie otwarcie na takie przypadki.

11:56, transwizje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 stycznia 2018
Czerwona pętla

Nie wiedząc do kogo zwrócić się z intencją snu poprosiłam wszystkich na górze, zainteresowanych bądź powiązanych ze sprawą, aby pomogli mi zajrzeć do informacji związanej z tajemnicą głębin Labiryntu i ją zrozumieć.

Zaczęłam śnić ciemne podziemne pomieszczenia, zamknięte, a w nich niebieskie dinozaury. Wyglądały na drapieżne, ale nie były groźne. Po prostu snuły się tam, były, mieszkały. To był dość płytki sen, zanurzałam się w niego z przerwą na krótkie przebudzenie dwa albo trzy razy. Z tego zaczął się głębszy sen:

Stadko takich łagodnych dinozaurów (stosunkowo niedużych, wielkości konia czy krowy, może w wyprostowanej postaci wyższych) pasło się w zagrodzie, okalającej piętrowy murowany dom. Zagroda była ogrodzona płotem drewnianym, jak u nas, a dom przypominał nieco mój dom rodzinny. Miał okno w podmurówce prowadzące do pomieszczeń mieszkalnych w podpiwniczeniu, tam siedziała moja ciotka, dawniej główna księgowa gminna. W wyglądzie domu były czerwone elementy, cegła, obramowania okien. Dinozaury były przyjazne i nie stanowiły żadnej groźby. Pasły się wśród nich też inne zwierzęta. Weszłam do domu, wewnątrz w pokoju gabinetowym wisiał na ścianie na wprost wąski wysoki obraz zaokrąglony u góry. Przedstawiał jakiegoś przodka, ale był już tak pociemniały ze starości, że nic nie dało się zidentyfikować. Tymczasem właściciel domu, stary mężczyzna ubrany we frak w stylu z początku XIX wieku leżał na czymś (miałam wrażenie, że na stole, ale może w łóżku). Nie wiem co mu było, nie było ważne czy jest żywy czy umarły. Po prostu tkwił tu, jak element wystroju gabinetu. Przyjrzałam mu się, spod rozpiętego przodu fraka wystawały dziwne zapięcia koszuli. Był to rodzaj szeregu pętelek, w czerwonym kolorze, zaczynały się na brzegu kołnierzyka dookoła głowy i szły w dół. Kończyły się gdzieś na wysokości serca, może trochę niżej.
Nagle zrobiło się groźnie. Przez otwarte okno usłyszałam, że na zewnątrz powstało zamieszanie. Coś groźnego wydarzyło się w zagrodzie. Zwierzęta były spłoszone. Wyjrzałam. I miałam świadomość i pamięć tego, co się stało. Pod moją nieobecność z lasu za drogą biegnącą wzdłuż płota wypadł tyranozaur i porwał jedno ze zwierząt ze stada. Ono pasło się blisko w lesie, znając teren, za zagrodzeniem. Był to słoń. Duży, czarny. Bestia ugryzła mu trąbę i zostawiła go tak, uciekając. Słoń wyglądał tragicznie i bardzo smutno. Przytuliłam go, miał dwie przednie nogi w czarnych spodniach i długich czarnych wojskowych butach. Huśtał mnie na nich pocieszająco (a może to było wspomnienie moich relacji z nim w dzieciństwie). Ten rozpaczliwy smutek! I jednocześnie strach. Wróciła bestia. Może znów zaatakować.
Dinozaury skupiły się blisko domu pod oknami. Weszłam do środka i kazałam zamknąć wszystkie okna i wejścia. Drżąc z jakże mi znanego dobrze strachu. Wtem ktoś zapukał do drzwi. Jacyś ludzie w kolejce tłoczyli się za nimi. Niechętnie otworzyłam i kazałam szybko ukryć się we wnętrzu. Dowiedzieli się o strasznym kłopocie i przyszli wspomóc mnie w obliczu takiego potwora. Pomyślałam, że nie zdają sobie sprawy z jego potęgi i grozy takiego spotkania. Obudziłam się roztrzęsiona. Moje ciało reagowało jak pod wpływem adrenaliny, silne bicie serca, przyspieszony oddech, itp.

Uspokajałam się do rana. Już mi łatwiej opanować ten dziki strach, po tylu doświadczeniach. Musiałam zajrzeć w pamięć kogoś z rodu Rotszyldów. Mniejsze dinozaury to może sprzymierzone i sprzysiężone rody bogaczy, królewskie, „błękitnej krwi”. Poza tym dinozaury w moich snach to też symbol korporacji, te największe i najstraszniejsze - odczłowieczonej dzikiej struktury, w której pojedynczy człowiek traci wszelkie humanitarne cechy.

11:25, transwizje
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 stycznia 2018
Wcześniej, niż później

Było to w nocy z 6 na 7 stycznia tr.

Wieczorna prośba do Czachulca była mało precyzyjna. Ot, prowadź mnie w jakieś ciekawe rejony!

Nad ranem przyśniło mi się, że Ur. K., znajoma pisarka w starszym wieku razem z moją dawną koleżanką, Iwoną spod Strzelca, z którą kiedyś odbyłam wycieczkę w Tatry i zdobyłyśmy jakąś jaskinię w górach wybrała się w podróż morską. Dryfowały obie na jakimś mini-pontonie, czy skrzyneczce z wiktuałami i pamiątkami (wszystko w kolorze białym) dość długo pośród fal oceanu. W końcu woda zaczęła je zalewać, więc Ur. K. nadmuchała jakiś zapasowy stateczek, w rodzaju koła ratunkowego (chyba w kolorze niebieskim) i na nim spędzała bezpieczniej drogę. Nagle poczułam, że jestem chyba w transie spowodowanym przez jakąś istotę. Zdało mi się, że jest ciemno, po ciemku wchodzę w jakąś bramę w kamienicy, staję w drzwiach po lewej stronie, wewnątrz – wiem – jest duża sala i moi znajomi, wielu ich, ale wciąż jest ciemno. Czuję jedynie wyciągające się ku mnie ręce i słyszę radosne chóralne powitanie. W tym momencie zorientowałam się, że mam przyczepionego ducha i ktoś mnie wizytuje.

Pojawiła się wizja: rozświetlony jasnym światłem cmentarz, jakoś trochę prawosławny, sądząc po pomnikach w kształcie archaniołów chranitieli, złoto-niebiesko-czerwonych, oraz złotych posągach świętych w długich szatach. Czuję ducha, przylgnął do moich pleców. To stara kobieta, intuicyjnie kojarzę, że to ktoś jak moja znajoma.. Coś się stało? Pytam.

- „Słuchaj” - zaczyna opowieść rozbawionym głosem, ale swoiście rozwlekłą – Słuchaj, co się porobiło. Wszystko było w porządku, ale zachciało mi się wstać...” - tu było opowiadanie zdaje się o jakichś perturbacjach zdrowotnych i kłopotach z poruszaniem się i głos zaczął nagle zanikać. Brzmiał coraz bardziej skrzekliwie i rozbrzmiewał z wysokości mojego gardła, czyli czakry odpowiadającej granicy 8/9, Szczeliny. Ukazała się wizja leżącej nieboszczki, której układa się ręce złożone na piersi, jak umarłym do trzymania świecy. Uznałam, że duch utracił energię i odszedł, więc skoncentrowałam się i nie otwierając oczu powiedziałam najgłośniej, jak potrafiłam do A,  (ale wyszedł z tego tylko szept): „Wiesz? Ur. umarła”... ale nie było to na jawie, jak się okazało, bo odezwał się znowu wizytujący mnie duch, który usłyszał tę konkluzję.

- Ja? Nie jestem... - stwierdził skrzekliwy głos, chcąc mi więcej wytłumaczyć. Wtedy obudziłam się naprawdę.

Dzisiaj dowiedziałam się o śmierci Ursuli K. Le Guin. Zrobiła to 2 dni temu.

Najzabawniejsze, a może najdziwniejsze z tego, że nigdy nie przebrnęłam przez żadną z jej książek.Choć ostatnio wrócił do mnie Labirynt.

 

19:33, transwizje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 stycznia 2018
Saturn tak ma!

Kontynuacja zadanego tematu Saturna.

Sen: brałam udział, jako zaproszona z ramienia jakiejś lokalnej stacji telewizyjnej czy prywatnych mediów w imprezie urządzonej nad niedużym jeziorem. Zjechało się kilka stacji informujących, takich jak moja, z różnych stron i byliśmy zdziwieni, bo do tej pory interesowały się tym tylko media, że pojawiły się największe szychy polityki. Były też kilkuletnie dzieci z jakiejś szkoły, które pełniły rolę specjalnych gości, niby w celu edukacyjnym, miały obserwować coś, co jest ważne dla całego świata i świadczyć o czystości i prawdziwości zdarzenia. Pływałam, ubrana w różowo-pomarańczowy kostium, wraz z nimi, jezioro nie było zbyt wielkie. Dzieciaki wychodziły czasem na brzeg, zawsze podśpiewując sobie wtedy refren z piosenki Cohena: Alleluja! Alleluja! Co było najdziwniejsze, to fakt, że zjawił się na zdarzeniu prezydent Trump ze swym zastępcą, wiceprezydentem mającym jakąś funkcję szefa służb specjalnych. Obaj jednak, aby ponoć nie zakłócać filmowania (a raczej sami nie chcąc być zarejestrowani) zanurzyli się pod wodę i stamtąd wszystko obserwowali. Pływając widziałam tylko takie ciemnoniebieskie “pagórki” wody w miejscu, gdzie stali, nie wychylając głów. W pewnej chwili pomyślałam sobie nawet, że podglądają pływające dziewczynki i może onanizują się jak sprośne dziady! Nie ośmieliłam się jednak zanurkować, żeby to sprawdzić. Kiedy wreszcie wszyscy wyszliśmy z wody uczepiliśmy się amerykańskiego transportera, z przodu, z tyłu, na dachu, z boków i jechaliśmy wraz z żołnierzami wiwatując ulicami miasta. To było jakby naśladowanie chwili zwycięstwa w czasie II wojny, upozowane teraz po to, aby młodzież i dzieci (oraz my, pracownicy mediów) mogły poczuć jak to było i przekazać tę świadomość innym, świadcząc prawie osobiście. Przyglądałam się twarzy żołnierza, całego w triumfalnych uśmiechach szczerej dumy i radości i pomyślałam, że trudno sobie wyobrazić, że to wszystko hucpa, że nikt tego tak nie czuje naprawdę. Następnie dawałam wywiad jakiejś dziennikarce.

Potem znalazłam się w Rosji, w dużym państwowym budynku, jakby wystawienniczo-muzealnym. Chodziło się długim korytarzem oglądając różne eksponaty wystawione po lewej stronie korytarza (gdy się szło z lewa na prawo). Moją uwagę przykuła nieduża kamienna “komnata”, imitująca jednak wyjątkowo duży odbiornik radiowy, to był jakiś znany niegdyś model, powiększony oczywiście dla zwiedzających. W ściance przedniej miała dwa otwory, większy i mniejszy, w kształcie kwadratowych okienek. W jednym spała na boku, z głową skłonioną na ramię figura jakiegoś brodatego grubego mnicha. W drugiej była to rzeźbiona głowa jakby Chrystusa Ukrzyżowanego, podobnie skłoniona, właściwie identyczna, tylko mniejsza. Mnich był łudząco do niego podobny. Jakież było moje zdumienie, gdy nagle przyszła obsługa budynku, otworzyła ściankę przednią owego “odbiornika” i przesunęła mnicha w głąb, dość bezceremonialnie. Okazało się, że to był żywy facet, tylko stary i upity piwem, które mu dostarczano w dowolnej ilości, dla niepoznaki cały pomalowany na kolor mosiądzu, jaki miewają figury z brązu.

Sen pokazał - bardzo dowcipnie - manipulację władz. Można by go zatytułować jednym słowem: Propaganda. Saturn utrzymuje kontrolę struktur przekonań (o gospodarce nie było mowy we śnie, lecz o przepływie informacji w krajach i na całym świecie sterujących przekonaniami społecznymi).

10:45, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 stycznia 2018
Powichrowane wzgórza

Wracam na powichrowane pagórki Yorkshire, na brukowane spadziste uliczki miasteczka, do stóp kościoła o kwadratowej wieży, w pobliże przepełnionego cmentarza z kamiennymi płytami masowo wymierających, w kamienne mieszkanie pośród targanych wiatrami wrzosowisk. Straszna historia dręczonej klątwą licznej rodziny, której Bóg pomagał tylko na jeden sposób, zabierając jej członków z tego świata. To żadne wytłumaczenie teraz dla nas, że winne były bakterie i zarazki, może pite wraz z wodą pochodzącą z cmentarnych cieków. Próbuję odsłuchać recenzje yutuberów najbardziej znanej książki, napisanej w tych smutnych i zimnych warunkach i na cztery tylko jedna jest pozytywna. Dzisiejsza młodzież nie jest w stanie zrozumieć ciężaru życia, zakazanych uczuć, tłumionej rozpaczy i złości, dzikich namiętności skrytych za pobożnym gestem. Nie zna Biblii, ani wrażeń jakie mogły budzić jej historie, czytane przy kominku drętwym głosem ponurego ojca gromadce nadwrażliwych osieroconych dzieci. Niemniej chociaż młodociani recenzenci powinni docenić mistrzostwo stylu i opisu, którego już brakuje większości piszących pod publiczkę, albo pod scenariusz autorom, to nie są w stanie. Nawet im to do głowy nie przychodzi. Dla nich najważniejsze jest polubienie głównej postaci, nie wykreowany świat.

Ja doceniam, dlatego wracam. Odsłuchajcie tę opowieść choćby tylko od 36 do 44 minuty. To opis snu pana Lokwooda, którego położono spać w dawnym pokoju Katarzyny Linton. Tak, Emily była Śniąca, bez żadnego wątpienia. Znam te stany i upiorne sny na jawie, od dziecka, a i moja rodzina do najszczęśliwszych nie należała, i tylko one tłumaczą to moje dziwne niemodne literackie upodobanie...

17:29, transwizje
Link
piątek, 12 stycznia 2018
Tabu

Obejrzałam przed snem „Tajemnicę Syriusza”, film oparty na noweli Philipa K. Dicka, spodobał mi się, ale i trochę mnie roztelepał i umechanicznił. Musiałam pooddychać z afirmacjami i puścić luzem umysł, aby to wyciszyć. Niemniej teraz wiem, co oznaczały w moich dawnych snach ślepe szczury bez oczu, wyłażące z czeluści podziemnych. Zapewne i Dickowi przyśniły się w ten sposób i rozszyfrował ich znaczenie. Świadomość, w formie tzw. SI zaczyna penetrować głębsze materialne regiony, tracąc więź ze Światłem i możliwość powrotu do Źródła. Ostrzegał mnie przed tym głos śnienia: "Nie wchodźcie tam! Nie wchodźcie tam! Nie wchodźcie tam!".

Sen drugi z kolei pominę w szczegółach, byłyby zbyt szokujące dla niektórych. Na koniec orgiastycznej historii znalazłam się przed bramą kościoła. Niby byłam na zewnątrz, ale czułam się jak na wewnętrznym dziedzińcu, patrząc w górę ponad murem okalającym i bramą widziałam sterczące wieżyczki, wyrastające wokół głównej wieży, ze srebrzysto-kryształowymi kopułami, w ilości jak to się ma w wielkich wschodnich cerkwiach.

Wizja: sięgam do skrzynki pocztowej na ścianie przed drzwiami, strzeże jej mechaniczny wąż.

Symbol kóz, pojawiających się od jakiegoś czasu w moich snach ujawnia swoje znaczenie. To obraz nieokiełznanej energii seksualnej, tej nie liczącej się z żadnym tabu. Wracając z ograniczonej zakazami materii ku Źródłu trzeba cofnąć się i zlekceważyć owe niższe tabu, wchodząc w nie na nowo. Ono jest jak granica poziomów. Jeśli mamy zakodowany lęk przed grzechem nieczystości, winą i karą za przekroczenie przykazań, Źródło nie przyjmie nas, znów zlecimy w dół, i to często w rejony piekielne. Jarek Bzoma słusznie mówi: „Seks w snach pełni inną rolę, niż się to powszechnie rozumie, nawet związki kazirodcze, o czym wiedzieli już starożytni, nie obciążają moralnie śniącego, a opowiadają o stopniu połączenia z wyższymi warstwami Świadomości.” Ewangelia Tomasza zaś opisuje to tak: „105 Rzekł Jezus: „Kto pozna swego ojca i swoją matkę, tego nazwą synem rozpusty".


11:51, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 stycznia 2018
Czerwony gwóźdź

Wieczorem obejrzałam kolejny 10 odcinek wywiadu z Jarkiem Bzomą, o stwarzaniu własnego wszechświata. I kolejne, 3 już pouczenie pana Tarasiewicza, który zmienił image i stosuje też pewne formy MK. Oraz relację z wyższych wtajemniczeń w metodę Przewodnika. Z tym położyłam się spać. Poprosiłam Czachulca o prowadzenie, przy czym zainteresowała mnie też kwestia, co reprezentuje sobą KJAT.

Trans: słyszę, ktoś mówi, kobieta, treść zapomniałam.

Sen: niewielka cela, w suterynie, po lewej łóżko, po prawej okno, wychodzące na ulicę, widoczną od połowy, jak to w suterynach bywało. Na łóżku leży jakaś drobna kobieta, chora starsza zakonnica? Jest w trakcie badania, siedzi. Na wysokości jej serca w pościeli widać sterczący czubkiem do góry zakrwawiony gwóźdź (przy czym krew to nie krew a coś jak czerwona farba, ot, czerwony kolor). Pytają mnie, co jej jest. Mówię, że to rzeczywiście Jezus Chrystus, nic nie poradzę. Mogłaby jej może pomóc [w domyśle: przestać odczuwać cierpienie serca] tylko psychoterapia. Podchodzę do okna i patrzę na ulicę. Po prawej stronie widać wieżowiec, a blisko, zaraz za szybą stadko rozbawionych trzech-czterech moich kóz. W pewnej chwili znieruchomiały wpół ruchu, zdziwiło mnie to. I zaraz już ich nie ma, w to miejsce stoi dwójka maleńkich jednakowych chłopaczków, bliźniąt w wieku może roku, może dwóch, nie więcej. Uśmiechają się wyraźnie do mnie od ucha do ucha, są biali, pucołowaci i mają długie czarne brody à la żydowscy prorocy. Coś mnie odwraca. Słyszę znów jakąś wypowiedź, kobiety leżącej na łóżku? Nie wiem czego dotyczyła, były w niej liczby 22, może godzina, może data. Odtąd zaczęłam odczuwać obecność KJATa, jakby ton jego głosu, dziwnie straszące okrzyki, pomyślałam, że ma wgląd w energie i coś ustawia.

Wizja: czarny gruby sznur, a właściwie rura zwisa na wysokości rąk, obok po prawej wanna pełna czarnej cieczy, pewnie to krew z pępowiny (pamiętam swoje sny o przecinaniu jej w wannie, teraz też jest przecięta, ale czarnej krwi jest tyle, że nie chce spłynąć). Odtykam dziurę w wannie, świeci przez nią jasne światło, wygląda trochę jak światełko w tunelu. Trzeba czasu, żeby spłynęła cała.

Na chwilę przebudziłam się, aby powtórzyć sobie w pamięci całe przeżycie. Zaraz potem znalazłam się w świadomym śnie. Zacząć muszę od tego, że w dzień kilkakrotnie słychać było na południowym wschodzie, gdzieś wzdłuż granicy głębokie niskie dźwięki, warkot ciężkich samolotów transportowych, może wojskowych. Teraz też usłyszałam warkot z powietrza, ale były to lżejsze i szybsze samoloty, może też helikoptery bojowe. Nalot szedł od wschodu. I nagle odgłos zrzuconej wybuchającej bomby, jeden, potem drugi i trzeci, strzały. Przestraszona zrywam się i próbuję obudzić A. Trzeba wstawać, ubierać się, uciekać, wojna! Ale w tym punkcie przekonałam się, że nie mogę wydobyć z siebie głosu, zatem zorientowałam się, że śnię. Chwilę potem obudziłam się w zupełnej ciszy.

11:27, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 stycznia 2018
Złoty miód

Staram się śnić każdej nocy w jakimś określonym celu, aby nie marnować czasu. Tranzyt Saturna w Koziorożcu, najpierw przez Wenus, teraz przez Marsa, potem Słońce i Merkurego, w odpowiednich relacjach do punktów kardynalnych i innych planet chcę wykorzystać maksymalnie do rozgrzebania spraw dawno ukrytych i pracowicie chowanych przed świadomością. Drugiej takiej okazji nie będzie. Bo raczej kolejnego zazębienia się cyklu nie dożyję. Lub te sprawy staną mi się już całkiem obojętne i dalekie emocjonalnie.

Uwagi JB zwróciły mnie ku przyczynom ciągle żywionych kompleksów, ale także podatności na przyklejanie się głodnych duchów. Całą ubiegłą zimę pracowałam z pamięcią genetyczną przodków i nad przebaczeniem im ich nieświadomie powielanych win wobec mnie. W efekcie poprawiło mi się zdrowie, dość niebezpiecznie szybujące w dół. Ale to jeszcze nie koniec, jak się okazuje.

W jednym z pierwszych snów z zadanego cyklu, znów wisiałam okręcona pępowiną, jak na szubienicznym sznurze, czując ból, bezradność, strach i cierpienie bez końca, bez nadziei. W kolejnym śnie (kolejność nie odnosi się do tej samej nocy, czy nawet kolejnych nocy, ale kolejnych snów z tym powtarzającym się tematem i motywem) szłam schodami w górę prowadzona przez przewodniczkę o nazwisku Czarnowa, która zajmowała się ustawieniami hallingerowskimi, po schodach ciągnął się czarny giętki sznur. Przewodniczka przeszła przez drzwi i zniknęła. Weszłam za nią, była tam klatka schodowa prowadząca na piętro w moim rodzinnym domu. Na szczycie schodów chwiało się niezręcznie na nóżkach małe dziecko ubrane w śpioszki. Zdążyłam podbiec i chwycić je na ręce. Byłam to ja sama, moje wewnętrzne dziecko. W trojgu drzwiach, za odgrodzeniem z gęstej moskitiery tłoczyli się milczący staruszkowie, jak w domu starców.

Czym był czarny sznur ukazał mi inny sen którejś następnej nocy. Chodziłam wszędzie z moją matką obejmującą mnie zza pleców. A raczej to ona trzymała mnie ściśle jakby w swoim brzuchu, wspierając mnie w swoim mniemaniu w każdej sytuacji życia. Zrozumiałam. Nieprzecięta pępowina! Natychmiast w półśnie, nie wybudzając się z tego snu do końca, weszłam do wanny, odcięłam tę długą czarną pępowinę, upadła i śliskim prędkim ruchem została wciągnięta z wodą do kanalizacji. Poczekałam, aż krew z rany wypłynie, i polałam ją złotym miodem, który kupiłam w sklepie w innym wcześniejszym śnie. Potem przyłożyłam kompres i zabandażowałam. Dopilnowałam także wybrania szamba i wylania zawartości na ugorny kawałek ziemi, który zaraz porósł świeżą zieloną gęstą trawą.

Co do ubezwłasnowolnionych staruszków na piętrze, czyli przodków, jak domniemam chętnych pić moją krew, wyśniłam właśnie wysokie, czarne, ogołocone z liści i gałęzi martwe drzewo rosnące przy bramie na podwórze. Bawiło się pod nim dziecko. Nagle drzewo samo z siebie złamało się na kilka części i opadło na zbutwiałą kupę przy płocie. Pobiegłam ratować dzieciaka, nic mu się na szczęście nie stało. Za to brak drzewa odsłonił wysoki metaliczny rurowy słup stojący tuż za nim. Był zwieńczony jasną żółtawą kulką i rozchodziły się od niego na różne strony świata, w tym w kierunku mojego domu, trzy albo cztery przewody energetyczne. Ciekawe.

Teraz, idąc wciąż jednym śladem wracam na Saturna i w jego układ.

14:06, transwizje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum