bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
poniedziałek, 27 lutego 2006
Powitanie Dziadka Mroza

We śnie znalazłam się w domu mojej babki. Trwało śmiertelne zagrożenie z zewnątrz. Wchodzili przemocą do domów i puszczali gaz, trując nim ludzi, jak szczury, czy karaluchy. Wymierali wszyscy, czasem uciekły jakieś dzieci i błąkały się samotnie po pustych ulicach. Teraz przyszli do nas. Walili wściekle w drzwi wejściowe, w kuchni. Rozejrzałam się błyskawicznie za jakimś miejscem ratunku. Ale drzwi do sypialni były zamknięte zbyt mocno, nie miałam czasu, aby je otworzyć kluczem. Opanowała mnie nagle siła, taka sama jak zawsze w dramatycznych sytuacjach podbramkowych. Podeszłam do drzwi wejściowych i krzyknęłam pogrubionym, niskim głosem (takim samym, jaki używała moja babka udając świętego Mikołaja w wigilijny wieczór): "Tu nie macie czego szukać! Idźcie dalej! Ja tu jestem. Wszystko w porządku!" - i odeszli. Zrobiło się cicho... 
To wspomnienia moich przodków. Tłumaczące, dlaczego nie przekazali dzieciom wiedzy o swoim pochodzeniu. Dlaczego "zgodzili się" na komunizm.

12:18, transwizje
Link
czwartek, 23 lutego 2006
Piorun z nieba
Zaległe wizje sprzed kilku dni:
- Dąb zaczął tajać w ciepłym powietrzu przedwiosennym i całą noc kapały z niego na chatkę liczne, spore krople, uderzając z hałasem deszczu o blaszany dach. Wsłuchałam się w nie i ze zdziwieniem zaczęłam słyszeć głos Tomasza Lisa, wygłaszającego różne komentarze polityczne. Wyłapywałam całe wyrazy i zlepki słów. Znów całkiem na jawie.
- Stado czarnych ptaków na niebie krążyło nad polem pokrytym białym śniegiem, potem osiadły w jednym miejscu. Przypomniała mi się nowela Żeromskiego "Rozdziobią nas kruki, wrony" i obrazy klęski Powstania Styczniowego.
Dzisiaj wizyjny sen: moi rodzice pojechali wczesnym rankiem po coś do miasta. Ja miałam tam dojechać późniejszym autobusem, uczyłam się jeszcze. Zadzwonili stamtąd i powiedzieli, że wpadną do mnie do szkoły, aby mi "podrzucić jakąś stówkę" i pogadać. W trakcie tej rozmowy wyszłam przed dom, mając na uszach słuchawki z mikrofonem. Coś było nie tak. Na niebie, od strony miasta (północny wschód) utworzyły się nagle ciemne chmury i skupiły się najbardziej nad kapliczką z Matką Boską, stojącą po drugiej stronie drogi przed moim domem. Koło kapliczki stał wysoki słup trakcji elektrycznej i to on pewnie ściągnął piorun, który nagle uderzył w niego z hukiem. Rozległ się ogłuszający trzask, a ja - w słuchawkach na głowie - komentowałam wydarzenia rodzicom, przebywającym w mieście.
- Słuchajcie, dzieje się naprawdę coś niebywałego! Ludzie z całego naszego miasteczka się ruszyli. Wszyscy wyszli z domów na ulice, idą wielką falą, wciąż dołączają nowi. Idą naprzód nie zwracając uwagi na ogrodzenia, bramy. Przechodzą na skos przez miejscowe posesje, wszyscy zgodnie kierują się na wschód. Co dziwne, nikt nie krzyczy, idą w zupełnym milczeniu, całkiem zdeterminowani!... Tato, słyszysz mnie?... Mamo, słyszycie mnie?... Halo, halo!...
Połączenie nagle przerwało się. Na próżno wołałam do słuchawki, nikt mnie nie słyszał. Niebo jakby złagodniało w barwach i więcej piorunów już nie było, ale nastrój wydarzeń był niezwykły, podniosły, dziwny... 
Mimo, że rzeczywiście dzisiaj doszły mnie wieści o kłopotach znajomych za granicą, to myślę, że tym wypadku chodzi naprawdę o wydarzenia w skali kraju. Ze snu wynika, że gniew Boga zagrzmi nad Radyjem i z niego wyjdzie impuls, przepowiedziana "iskra", która odnowi oblicze tej ziemi. To się zacznie dziać w 2007 i przeciągnie się na 2008 rok.     
19:24, transwizje
Link
środa, 22 lutego 2006
Radio Zetka

Sen o innym, o wiele milszym i serdeczniejszym młodzieńcu, który - mimo mojej niewielkiej aktywności korespondencyjnej - pomógł mi zdobyć jakieś prezenty, drobne nagrody w konkursie internetowym, a także sprzedać je potem z zyskiem. Z początku traktował mnie podejrzliwie. Uważał, że różne wpisy w komentarzach jego bloga to głupie dowcipy jakiejś jednej napalonej na niego panny. Dopiero po pewnym czasie przekonał się, że to prawda i zgłosił się z chęcią nawiązania rozmowy. Polubiliśmy się.
Po udanej transakcji handlowej słuchałam piosenki, śpiewanej przez skromnie ubranych młodych ludzi, stojących obok naszego stoiska. To był modny w pewnych kręgach utwór jakiegoś zespołu w rodzaju "Armii". Nie znałam słów. Traktowały o tym, że oni (ta grupa śpiewających) są pewni, że miłość na pewno otworzy przed nimi bramę wyzwolenia i dlatego niczego w życiu się nie boją. Było to opozycyjnym poglądem wobec innej grupy młodych ludzi, którzy właśnie wsiedli do pociągu i mieli odjechać z pobliskiego dworca. Do śpiewu dołączył mój nowy kolega.
- Nie znasz tych słów? - zdziwił się.
- Nie.
- Nie słuchałaś nigdy Zetki?
Nawet nie wiedziałam co to. Przypuszczałam, że szło o audycje jakiegoś kultowego Radia Zet.

16:03, transwizje
Link
Golf sybilliński

Sen, który napełnił mnie nieprzyjemnym odczuciem. Śniłam go z punktu widzenia jakiegoś młodzieńca, który analizował moją osobę na podstawie informacji zawartych w internecie. Jego myśli pełne były pogardy i kompleksów niższości. "Cóż ona zrobiła? Napisała ten głupi, prosty sennik? Pomogli jej ci i ci. Twierdzi, że pamięta kim była? Zmyślenie. Każdy głupi może pójść do biblioteki i wybrać sobie jakąś postać z historii". Spieszył do mnie z wielkiego dworca, na którym zegar wskazywał godzinę 5:21, a dyspozytor ogłaszał właśnie odjazd busu do innej miejscowości ze stanowiska nr 5 o godzinie 5:31. Jego kierowcę znano z tego, że za pieniądze, lub inne korzyści sypiał z mężczyznami homoseksualnymi, choć sam homoseksualny nie był. Mój bohater (nazwę go ojMem) wsiadł jednak odważnie, mimo, że w busie był jedynym pasażerem. Kierowca prezentował się okazale i ojM postanowił, że - nieważne jakim kosztem - będzie kiedyś taki jak on. Wysoki, wysportowany mięśniak w stroju amerykańskiego kowboja, w kapeluszu z rondem i krótkim karabinkiem, który nosił w pochwie doczepionej do łydki. Temu wszystko się, kurczę udawało. Strzelał szybko, zdecydowanie i prosto do celu.
Wkrótce jednak zaczęły się dziwne nastroje. Mój pies wbiegł pomiędzy uroczysty kondukt żałobny, sunący przez miasto i jakimś cudem uczepił się dachu karawanu. Musiałam wybiec z tłumu i budząc zdziwienie i żarty ściągnąć stamtąd moją zgubę.
Trafiłam w internecie na stronę tego młodzieńca, którego oczami śniłam przed chwilą. Była nowoczesna, zawierała blog filmowy. Przez dłuższą chwilę przeglądałam zawartość, aby zobaczyć jego twarz. W końcu znalazłam taki zapis. Zawiódł mnie, jakbym spodziewała się kogoś innego. Był szczupły, niewysoki i mizerny jakiś, jakby chory. Z zapisów wynikało, że mieszka teraz za granicą, gdzieś na północy, z cudzoziemską dziewczyną o imieniu Saray. Mogła to być Norwegia, może Szwecja. Chłopak brał jakieś środki, które zmieniały jego świadomość. Mógł tego wziąć ograniczoną czasem ilość. Miał przed sobą jeszcze kilka odmierzonych porcji. Widziałam je jako trzy okrągłe zegareczki pokazujące godzinę 19. Wyjechał, aby przeczekać przepowiedziane kłopoty i teraz czekał na wyliczone kłopoty. Wziął jedną przed czasem. I wtedy nagle dopadła go kotka i wgryzła się szaleńczo w jego palec serdeczny, aż do kości. Z trudem dało się ją oderwać. A on udawał, że to tylko iluzja, że go to nic, a nic nie boli... 

16:01, transwizje
Link
poniedziałek, 20 lutego 2006
Czarny komin

Ujrzałam swój dom rodzinny z lotu ptaka. Dach, który od dawna prosi się o generalny remont, był zdjęty i częściowo pokryty srebrzystą, cienką blachą. Komin był nieco przyciemniony od dymu, ale z ulgą oceniłam, że nie wymaga naprawy. Przez dziurę w dachu widziałam, że na podłodze mieszkania na piętrze również leży płat srebrzystej blachy, przygotowany do zatkania otworu. Uniosłam się swobodnie siłą wizji i poleciałam przed siebie. Przede mną wznosił się wielki, nowozbudowany budynek w kształcie zamku z wieżyczkami i stożkowymi dachami na nich, pomalowany na kolor jasnozielony. Był to wielorodzinny blok mieszkalny, apartamentowiec, z licznymi balkonikami wychodzącymi na ulicę. Wyglądał jak wymarzony dom z bajki. Poleciałam wzdłuż drogi, mijając szereg pojedynczych, murowanych domków. Były to przedmieścia, które wkrótce przeszły w wieś. Wylądowałam. Za drewnianym płotem czaiły się gospodarskie psy, niektóre przypominające rasowe owczarki, ale wszystkie naprawdę kundle, duże i skore do bitki. Na ścieżce pojawiły się moje psy, biegnąc z całkowitą ufnością przed siebie. Przybliżyłam się, aby w razie ataku na nie, interweniować i odgonić burki, które lubiły gryźć się między sobą i niektóre z nich miały bolesne rany na ciele. Skończyło się jednak na zagrożeniu. Psy przyglądały się tylko, gotowe do ruszenia w razie naruszenia ich terenu, ale nie drgnęły ku obcym na neutralnej drodze. A moje podbiegły radośnie do dwóch kotów, przycupniętych pod śmietnikiem. Jako wychowane z kotami, były przyjaźnie nastawione i wyrażały całymi sobą chęć zabawy w gonionego. Koty jednak nastroszyły się groźnie, a jeden nadął się jak ropucha. O ile pierwszy skłonny był pobawić się z psami, to ten znieruchomiał i trwał w obrażeniu, odsuwając głowę do tyłu z wyraźnym i nieprzejednanym wstrętem. 

Późniejsze obrazy były zbyt prędkie, aby je zarejestrować. Akcja działa się gdzieś na "świeczniku społecznym", sukcesy, nagrody, potem przeszła do gabinetu lekarskiego, w którym stawiano karty, coś nagle się wydało i lekarze byli mocno zbulwersowani, stropieni i szukali sposobu na ukrycie czegoś przed pacjentką. To być może nie był gabinet lekarski, a szkoła tarota. Atmosfera jak w serialu "Daleko od noszy".  

14:53, transwizje
Link
niedziela, 19 lutego 2006
Studnia

Przed snem ukazała mi się czysta woda źródlana. Zaczęłam się jej przyglądać z uwagą, aby uspokoić podświadome odruchy ciała, wychwytującego cudze napięcia. Źródełko tryskało w słonecznym klimacie, na jego dnie widniał żółty żwir z kolorowymi kamykami. Szybko jednak zauważyłam cień i skierowałam tam swój umysł. Żródełko graniczyło z wielką, twardą, granitową skałą. Zbadałam ją, w chłodnej ścianie była wąska szczelina. Odruchowo zamieniłam się w maleńką, prawie przeźroczystą rybkę z okrągłymi, złotawymi oczami i porwana prądem wody wpłynęłam w rozpadlinę kamienia. Po przebyciu kilku ciasnych zakrętów, żłobanych pracowicie przez wodę źródła wpadłam wraz z nią w otwarty skalny kanał, wiodący w przepastną głąb ziemi. Ściany kanału, z początku omszałe, pokryte nalotem zmieniły się na pierwotnie nieskażone. W końcu upadłam na dno. To nie było miejsce dobre do życia dla rybki. Straciłam więc łatwo rybie ciałko (które opadło w dół, zamieniając się w proch) i stałam się czystą, spokojną wodą, której powierzchni nigdy nie mącił żaden podmuch, ani ruch z zewnątrz. Chłód i cisza głębi ziemi, wnętrza świętej góry sprawiał, że woda trwała w swojej czystości przez wieki...
To nie było trudne. Rozpoznawszy treść 48 heksagramu "Studnia" zajęłam się przekładaniem trigramów I-Cing na kierunki świata i odprawiłam w umyśle taniec prawie tai-chi na bazie Układu Późniejszych Niebios. Stojąc po środku podwórza, przed chatką.
Ponieważ nadal nie mogłam zasnąć zatańczyłam raz jeszcze, czyniąc znaki runów, odpowiednich do kierunków świata, po 3 na każdy z ośmiu, tak jak w każdym trigramie są po 3 linie, twórcza, stała i zmienna.
W końcu zasnęłam, pewnie było już nad ranem. Przyśnił mi się nieznajomy facet, stojący prosto, bez ruchu. Robiłam do niego miny, jakieś głupie cmokania, uśmiechy, ale on prawie nie reagował, w końcu skrzywił się obojętnie. Nagle zamieniony w szarego wilka uciekł, znikając szybko gdzieś w oddali. Wszystko to działo się na brzegu niewielkiej, ale rozlewistej rzeczki o podmokłych brzegach. 

12:27, transwizje
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 lutego 2006
Wiosna idzie

W nocy jechałam pełnym ludzi autobusem Aleją 900-lecia w kierunku przejazdu kolejowego. Był otwarty, ale i tak wysiadłam na wcześniejszym przystanku i podeszłam spacerkiem do szlabanu. Zafascynowało mnie jedno ze starych drzew, rosnących w szpalerze po prawej stronie drogi. Spośród trzech dębów jeden, ten najbliżej przejazdu, wysunął się o krok do przodu. Tak, jego korzenie przesunęły się i wraz z nimi pień. Drzewo jakiś czas rosło niepewnie, lecz z biegiem czasu ostało się w nowym miejscu i zapuściło głębiej korzenie. Obawiałam się, że może stanowić niespodziewaną przeszkodę dla jadących drogą i doprowadzać do wypadków, ale gdy oddaliłam się nieco, żeby zyskać perspektywę przyznałam, że jednak nie przeszkadza pojazdom, ani pieszym. 

Potem dojechałam do chatki, wraz z dziewczynkami Sandry i jeszcze jakimiś znajomymi. Na podwórzu kiełkowała pierwsza, wiosenna trawa. Pośród niej odnalazłam miejsca z czarnym popiołem po zeszłorocznym wypalaniu liści i śmieci, a może jakimś pożarze. Były już prawie zarośnięte. Zebraliśmy walający się chrust i stare drewno i z tego zapaliliśmy niewielkie ognisko, aby się rozgrzać. Z naprzeciwka szła ku nam, przecinką uczynioną w brzozowym lasku, nieznajoma kobieta. Była podobna do mnie.

11:52, transwizje
Link
środa, 15 lutego 2006
Graalowanie
Czy to świat demonów, próbujących wprowadzić mnie w błąd? Jest to do pomyślenia, najpierw lepiej kogoś przekonać, niż straszyć. Na przykład, że herb Korczbok nigdy nie miał nic wspólnego z Graalem i to tylko modna w Germanii średniowieczna stylizacja...
Rodzinne przyjęcie, zastawiony duży, prostokątny stół. Pomagam kuzynce przygotować kielichy do użytku. To takie zmyślne urządzenie na metalową śrubkę, którą gdy pokręcić szklanka przybiera formę kielicha, lub beczułki. W kolorze czerwonym. Nagle wśród zebranych zauważam mojego dziadka S. Wiem, że to duch, dziadek nie żyje już od ponad trzydziestu lat. Nie boję się, spotykam często duchy, pomagam im. Zdaję sobie też sprawę, że jestem teraz w transie i inni nie widzą tego, z kim rozmawiam.
- Dziadku! Witaj! Jak miło cię widzieć! - wykrzyknęłam z radością. - Już tak dawno odszedłeś! Chyba więcej, niż dwadzieścia pięć lat.
Uścisnęliśmy się. Dziadek był szczupły, nadal w starym wieku, widać też było trupie zmiany na jego ciele. Starałam się traktować to zwyczajnie i nie brać pod uwagę, jako zwykłą iluzję.
- Jesteś świetnie zakonserwowany. Dobrze cię pochowano - pochwaliłam jego wygląd.
Wydawał się wzruszony moim widokiem. Odeszłam z nim trochę na bok, aby nie zwracać powszechnej uwagi na fakt, że rozmawiam z niewidzialnym.
- Dziadku, powiedz mi, jak tam jest... Czy widziałeś Boga? - spytałam.
I tu doznałam zaskoczenia. Dziadek, za życia zagorzały polski patriota, wrześniowy ułan, potem partyzant odpowiedział mi pełnym niemieckim zdaniem. Zapamiętałam jedynie:
- Nein, Ich... nichte...
Lecz, mimo, że kompletnie nie znam niemieckiego, wydało mi się, że rozumiem doskonale odpowiedź, która brzmiała:
- Nie, nigdy nigdzie Go nie spotkałem...
Znowu moje zdziwienie. Dotarł do mojego umysłu koszmar istnienia w postaci ducha po tamtej stronie. Ducha, zależnego od stanu pozostawionego na ziemi, zwolna rozkładającego się własnego trupa.
Dziadek zniknął, wprawiwszy mnie w osłupienie. Potem zjawiła się w naszym domu jakaś nieznajoma, wysoka, szczupła, dość bezczelna dziewczyna, która wpadła tutaj poczynić druzgoczącą krytykę kogoś z rodziny (może mojej osoby?). Weszła z impetem do pokoju mojego ojca, który - powiadomiony o tym wcześniej - przybrał pełną godności pozę w rogu błogosławieństwa i zasłonił się chmurą dymu z cygara. Na ten widomy dowód wrodzonej szlacheckości dziewczyna momentalnie spuściła z tonu i zaczęła nas wszystkich przepraszać za najście. W tym czasie przekręciliśmy starą, dębową szafę po babce do góry nogami, aby przybliżyć jej i wszystkim innym złote, ozdobne kratki znajdujące się w drzwiczkach. Były wykonane z cennego starego złota, w kształcie gwoździ. Po przekręceniu szafy wylał się z nich stary, czarny atrament.          
13:04, transwizje
Link
 
1 , 2 , 3
Archiwum