bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
niedziela, 28 lutego 2010
Ciii...
Za to Wiera miała dzisiaj sen. "Dziwny", jak stwierdziła.
- W waszym domu, w pokoju odbywało się wielkie nabożeństwo, msza. Wszyscy szli na nią.
15:05, transwizje
Link
Zamknięcie
Wycofałam się z różnych "strasznych" tematów profilaktycznie. Przez wzgląd na doroczny tranzyt Słońca oświetlającego z punktu Dna Niebieskiego moją górującą piekielną planetę Pluton. Dziś owa opozycja ma swoją kulminację w postaci pełni księżycowej na nieboskłonie.
W efekcie wycofania się nie sypiam, a gdy już zasnę po jakichś długich modłach albo, jak dziś w nocy po zmianie kierunku leżenia w łóżku to sny są albo nijakie, albo niezrozumiałe. Wieczorem oglądam po kolei wszystkie posiadane odcinki "Północnego przyczółka", po polsku "Przystankiem Alaska" nazwanego. Lub czytam wielce ciekawy podręcznik serowarstwa.
To nie brak odwagi do zmierzenia się z mrokiem, jak co roku. Ale brak poczucia sensu, by się wciąż mierzyć i mierzyć. On sam przychodzi, więc po co jeszcze dodatkowo wywoływać?
Być może nadszedł teraz w postaci pacyficznego tsunami po trzęsieniu ziemi w  Chile? Na który tym razem wcale nie patrzę przez oko telewizji?
Wzięłam i obejrzałam kilka dni temu "Mulholland Dr.", już bez najmniejszych depresji ani nocnych strachów. I odkryłam:
- Wiem, wiem skąd pochodzi motyw! To labirynt i "Cube" w innej postaci...
09:48, transwizje
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 lutego 2010
Lutowo
Poranna rozmowa.
- Jadę do mechanika. I do sklepu. Co kupić? Czego nam brakuje?
- Czekaj. Chleb jeszcze jest, a jutro robimy następny, więc nie kupuj. Masła od Jury starczy jeszcze na 2 tygodnie. Twarożek właśnie z jego mleka zrobiłam, zostało trochę zsiadłego, więc serków i jogurtów nie kupuj. Powidła są twojej roboty. Wędliny na razie nie trzeba, bo jest pieczeń z koziołka na zimno. Mleka koziego wystarczy. I jajek po pachy. Hm, wychodzi na to, że głównie nam brak napoju wyskokowego!

Nu, i pajechali! Choć nie obyło się bez problemów.
Najpierw samochód nie chciał z garażu wyjechać, koła buksowały na lodzie. Otóż śnieg, zgromadzony na dachu auta, gdy stało kilka dni na dworze, stopniał w garażu i zamarzł na betonie w istne lodowisko. Trzeba było odkuć żelazną "łapką" i wybrać duże kawały lodu. Kiedy już Gienka wyjechała, utknęła na drodze do bramy w jakiejś miękkiej kałuży. Pchanie nie pomagało, nawet gdy pomocna Wiera przydreptała i zaparłyśmy się z tyłu obie. Rzuciłam pod przednie koło piasek z kociej kuwety, a A. zauważyła, że tylne koło nie kręci się i pedał hamulca nie daje się wcisnąć. Po rozmowie telefonicznej z mechanikiem popukała w owo koło od środka młotkiem i puściło. Uch, ruszyła z kopyta i nawet dość zgrabnie przejechała za bramą wielką kałużę (w której Gusia z lubością się dzisiaj tapla i kąpie) i wyjechała z pod-drogi na drogę.Hejja!
12:15, transwizje
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 lutego 2010
Przedszkolnie


Kozie zabawy. Walentynka, Tynią zwana mierzy siły z Jóźkiem.



A to jeszcze nie wszystkie, bo brak trzech "nieśmiałych" kaziuczków, wypisz wymaluj w tym samym umaszczeniu.
Kola tutaj jako pani przedszkolanka, a może troszeczkę "wilk w owczej skórze".
Byłam dziś świadkiem pojedynku Klapka z Kolą "na czółka", w którym Klapek był stroną inicjującą. Niestety, nie zdążyłam złożyć się do dobrego zdjęcia. Koźlęta są tak ruchliwe i zmienne, że właściwie trzeba by je filmować, a nie fotografować, aby uchwycić wydarzenia. Ich najważniejszą zabawą jest wskakiwanie na stos słomy w oborze, odbijanie się od niego i szalone wyścigi aż do garażu i z powrotem.
18:28, transwizje
Link
Piwnicznie
Śnieg stracił swoją nieskazitelną biel. Podwórze pokryte jest teraz szaro-żółto-zgniłą breją, urozmaicaną kałużami, w których "pływa" namiętnie Kaczka. Kury i gęś zdobią ową przestrzeń żyznymi kupkami, psy również, choć mniej żyznymi, z dodatkiem żółtych znaków moczu gdzie nie spojrzeć. Widać nawet te jeszcze z początku zimy. Robione nie tylko przez moje dwie suki, ale przede wszystkim przez psy zaglądające tu nieustannie miesiąc temu w porze cieczki. Do tej chwili robi to codziennie wielki kundel Niektórego, który Ufo się zwie. Kiedy się pojawia biegnąc truchtem przez podwórko mówię zawsze:
- O, Ufo przeleciało!
O tej porze roku docenić można usytuowanie domu na wzniesieniu. Wszelka topniejąca woda spływa w dół szybko i sprawnie. Mądrzy byli ludzie, którzy tak umieścili chatę, choć tym sposobem całe obejście stanęło tyłem do drogi głównej, jedyne tak zbudowane we wsi.
Także dzięki temu jesteśmy właścicielkami gospodarstwa z czterema wielkimi piwnicami, wybetonowanymi jak się patrzy. Poprzedni gospodarz miał ideę piwniczną i wykorzystywał z lubością położenie obejścia na piaskowej wydmie. Piwnice służyły mu do przechowywania zbiorów ziemniaków z 6-hektarowego pola i owoców z sadu. Inni we wsi mają o wiele gorzej w tej sprawie. Problemem są tu dziki łase na zakopcowane kartofle, albo wiosenne zalewanie piwnic wodą z roztopów. Większość wioski leży na dawnym bagienku, które zostało wysuszone sztucznie, przy pomocy melioracji i tak skutecznie, że płynąca przez wieś struga całkiem wyschła i tylko najstarsi pamiętają, że tu kiedyś była.
Dwie piwnice znajdują się w domu. Pod kuchnią najgłębsza, 3-metrowa na wysokość, z betonowym dnem. Tam jest teraz hydrofor i bardzo dobrze się ma, ani go nic nie moczy, ani nie ma prawa zamarznąć. Mniejsza i niższa, bo 2-metrowa znalazła się pod komorą, a teraźniejszą łazienką.
Trzecia piwnica, a właściwie klasyczna piwniczka winna jest tuż koło chaty, od strony północnej. Wymagała oczyszczenia i przesuszenia z wieloletnich zaniedbań, ale udało mi się to zrobić całkiem dobrze w lecie. Dostała nowe półki w pomieszczeniu środkowym. Nic z przetworów tam nie zamarzło ani nie przemarzło, a kapusta kiszona w beczce, ziemniaki i warzywa przechowują się w idealnym stanie. Trzecie, najgłębsze pomieszczenie z wywietrznikiem (rodzaj komina) i półokrągłym oknem nie jest jeszcze zagospodarowane. Na razie magazynujemy tam farby do sitodruku. I pobieram stamtąd piasek do kociej kuwety.
W tym roku jest w planie rozwinięcie warzywnika, postawienie folii, w sadzie wypada owocowanie (co dwa lata, bo to stare odmiany), więc będzie co w niej trzymać. Przechowywana w owej piwnicy na próbę od jesieni jedna głowa sera ma się świetnie, jest pokryta ciekawą, pomarszczoną pleśnią pachnącą grzybowo.



Ser był próbnie "zakażony" rokpolem, ale do końca nie wiem, czy to akurat ten zapach i smak. Kiedy bowiem przysmażyć kawałek (właśnie zjadłam drugą z przechowywanych głów) to okazuje się, że ser ma posmak kotleta lekko grzybowego, coś w guście smażonej kani. Nie zdziwiłabym się, gdyby coś się takiego przyplątało, bo mieszkam na kaniowej działce. Te grzyby rosną tu w lecie wszędzie, na podwórku, przy domu i w sadzie tak obficie, że kosić można.
Czwarta piwnica dopiero powstanie. W miejscu betonowego silosu, który nigdy nie był używany i w zeszłym roku trzeba było wyciąć wyrastającą z jego dna potężną próchniejącą wierzbę. Zadaszy się go, wykorzystując pozostałości drewna z budowy i może do czegoś się nada. Tak czy siak trzeba ten dół zakryć porządnie, bo kozy upodobały sobie w niego wskakiwać. Z samodzielnym wyskoczeniem zaś mają już kłopot.

A. posiała wczoraj pomidory na rozsadę, a ja czytam podręcznik serowarstwa i poszerzam wiedzę, porównując teorię z praktyką własną, już co najmniej dwuletnią.

11:22, transwizje
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 lutego 2010
Przedwiośnie 2
Świat przyrody, piramida energii skoncentrowana w gospodarstwie jak w pigułce, ma w sobie piękno, spokój i dar.




Puk, puk w okienko, gęsi przyleciały?
12:39, transwizje
Link Komentarze (2) »
Strasznie
Kiedy wracam pamięcią do najdalej w głąb czasu pamiętanego dzieciństwa to przypominam sobie przede wszystkim sny. I kilka sytuacji, które musiały być snami, lecz ja wtedy zarejestrowałam je w świadomości jako wydarzenia rzeczywiste. Teraz wiem, że musiałam podlegać wizjom i wpadać często w spontaniczny trans, od urodzenia.
Pamiętam na przykład sen, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, bo był jak prawdziwy ogląd, w trójwymiarowym świecie jawy. Obserwowałam w nim siebie, jadącą na dziecinnym rowerku za tatą i mamą, która prowadziła przed sobą wózek spacerowy z moją młodszą siostrą. O jego nierealności wtedy, nawet jako dziecka przekonały mnie tylko dwa fakty. Pierwszy: ów spacer rodzinny odbywał się na... dachu ganku babcinego domu, gdzie wtedy mieszkaliśmy. Wszystkie postacie, choć całkowicie realne miały wielkość krasnoludków. I drugi: nie miałam wtedy jeszcze dziecinnego dwukołowca, tylko o nim bardzo marzyłam. Dostałam go kilka lat później, na komunię, klasycznie, jak w owych czasach większość dzieciaków. Zatem była to wizja przyszłości i przeznaczenia, tego co miało się stać, bo się stało.
Inna sytuacja, o której dłuuuugo byłam przekonana, że miała miejsce rzeczywiście, a nie miała, jak się upewniłam pytając o to rodziców, to historia z pszczołą. Otóż pamiętałam wyraźnie każdy szczegół, bawiłam się w ogrodzie babcinym, wśród kwitnących roślin i krzewów, gdzie kryły się w sadzie też ule, bo moi dziadkowie hodowali pszczoły. W pewnym momencie pojawiła się atakująca mnie pszczoła i mimo, że próbowałam się bronić, wpadła mi do nosa! Pamiętam swoje przerażenie i to, że z nosa poleciała mi istna fontanna krwi. I długo nie można jej było zatamować.
To niby-wspomnienie mogło być zakamuflowaną pamięcią o ingerencji niewidzialnych istot, umieszczających mi, lub wyciągających może z mózgu jakiś implant. Z takimi opowieściami można się spotkać w literaturze ufologicznej w miarę często.
Najstarszy sen wizyjny, który mną wstrząsnął przyszedł do mnie w przedszkolu, podczas poobiedniej drzemki. Byłam wtedy w grupie maluchów. Zawsze po obiedzie rozkładano nas na matach w pokoju i usypiano przy cichej muzyce z radia. Zasnęłam wtedy głęboko i nagle znalazłam się w momencie końca świata. Budynek przedszkola był ostatnią ostoją rzeczywistości, ale już atakował go piekielny buzujący mega-ogień, spalający ziemię i ludzi. Krzyczałam, bałam się, nie tyle śmierci, co tego złego ognia w ogromnej pożerającej ciemności, żywego piekła. Doznanie było absolutnie realne, jak na jawie.
Miewałam często koszmary. Strach nieustannie mi towarzyszył, od niemowlęctwa. Budził mnie i płakałam wniebogłosy w łóżeczku, nie umiejąc słowami wytłumaczyć zatroskanym rodzicom co mi jest. Nie znałam jeszcze wtedy ludzkiego języka. To coś pojawiało się jako cień i wciągało mnie w jakąś złą otchłań, gdzie traciłam władzę i stawałam się kompletnie bezbronna. Towarzyszyły temu głosy. Chór bełkoczących i szepczących szaleńczo głosów we własnej głowie, Legion. Broniłam się przed transem właśnie głośnymi wybuchami płaczu, a w miarę upływu lat nagłym głośnym mówieniem do samej siebie, bo to zawsze wracało mnie do rzeczywistości.
Czasem ukazywało się w wizji jako smoliście czarny wilk z błyszczącymi złośliwie oczami. Pojawiał się pod łóżkiem albo siedział na szafie.
Wiele lat później, w czasach młodzieńczej depresji miałam doznanie przemiany w tego wilka. Na jawie. Bałam się spojrzeć w lustro. Jak wilkołak. To nie było dobre. I od tej pory przestałam traktować opowieści o wilkołakach czy ludziach-lampartach jak bajkę, mit. Choć nie mam pojęcia co w tym jest. No, może trochę podejrzewam.
Jeszcze jako nastolatka miewałam także ataki utraty równowagi i władzy nad ciałem. Towarzyszyło temu uczucie zapadania się, odlatywania, bicie serca, szum i gwizd w uszach i w głowie. Osuwałam się wtedy tam gdzie mi się to przytrafiło, na ziemię, na podłogę, na ulicę, albo nawet w głąb wody, gdy było to w porze kąpieli czy pływania w rzece, jeziorze. Nie traciłam przytomności i wołałam o pomoc. Przeważnie szybko wracałam do siebie. Tata, który był lekarzem twierdził, że przejdzie mi to, gdy dorosnę i rzeczywiście przeszło. Pamiętam jednak jedną szaloną noc, gdy ten wir, ta straszna spirala energii usiłująca wyciągnąć mnie z ciała fizycznego nie chciała tak łatwo odejść i wiele godzin z nią walczyłam, krzycząc co chwila z panicznego lęku: "Tato, ratuj, to mnie zabiera!", gdy tylko zapadałam w sen, a tata przemawiał wtedy do mnie i pocieszał, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą. Aż zauważyłam w końcu strach i w jego oczach.
12:02, transwizje
Link Komentarze (6) »
środa, 24 lutego 2010
Przedwiośnie
Większość nocy padał, chwilami ulewny deszcz. Wygląda na to, że kończy się mój zimowy urlop. Przedwiośnie wisi w powietrzu. Czasem rozlega się znajomy śpiew ptaków nieobecnych w zimie, a najczęściej donośne pianie dwóch kogutów na podwórzu. Kury grzebią pracowicie odsłoniętą miejscami glebę albo wylegują się w promieniach słońca w otwartych drzwiach kurnika. Znoszą jaja w ilości 4 sztuk dziennie, a słyszę już jajeczne gdakanie dwóch kolejnych kokoszek. Także Gusia zniosła dzisiaj pierwsze jajo.
Wielką zabawą jest wypuszczanie w okolicy południa całej szarańczy z boksów. Biegają i skaczą radośnie w przejściu między boksami i częściowo na zewnątrz. Odbijając się od ściany naprzeciwko biegną do moich nóg i stają przymilnie nadstawiając rogaciejące główki do głaskania. Albo żują namiętnie spodnie.



Matki patrzą troskliwie między sztachetami na swoje pociechy. Wszystkie pierwiastki, czyli Luba, Bronia i przede wszystkim Gwiazda prawie od razu tęsknie beczą za dziećmi. Są do nich niezwykle przywiązane.



Na powyższym zdjęciu dwie mamy przejęte jednak ekstra-poczęstunkiem w postaci marchewki.

Wśród młodzieży widać już różnice charakterów. Kaziuki są najdziksze, krzyczą, gdy je brać w ręce, choć codzienna integracja przedszkolna swoje stopniowo robi i są coraz ufniejsze. Najbardziej ufna i przymilna jest Walentynka. Zdobyła już specjalne względy Koli, której sama okazuje różne uczucia, a Kola nie odstępuje jej na krok. Koziołki jeszcze nie wybijają się w gromadzie i nie odznaczają niczym szczególnym. Choć widać, że Klapaucjusz jest najśmielszy. Poza tym efekt oklapniętych uszu, u niego i Usi okazał się przelotny. Już nie można ich odróżnić od reszty na tej podstawie.
Zdajam trochę Misię, Gwiazdę i Lubkę, czyli wszystkie matki z jednym koźlęciem, bo mają nadmiar pokarmu i szkoda, żeby go straciły. W sumie daje to codziennie dwa pełne kubki mleka. Nie wiem, czy to efekt niedawnego macierzyństwa, czy rasowości Luby i Gwiazdy, ale mleko jest wyjątkowo słodkie.
Starcza zatem do kawy, nam do śniadania i kotom na codzienny posiłek. Od Jury kupujemy już tylko masło, w cenie 18 złotych za kg.   
10:28, transwizje
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum