bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
sobota, 23 lutego 2013
Trzydziestnie

Wizjosen w nocy: rozmawiam z jakąś kobietą rosyjskiego pochodzenia, reprezentującą wtajemniczonych ruskich Słowian. Relacjonuje mi szczegółowo i z powagą to, co wiedzą już za pośrednictwem wglądu duchowego.
Otóż przyszła historia świata uległa już sporemu skróceniu, z powodu przyspieszenia rozwoju zbiorowej świadomości. Z możliwych początkowo 155 lat (rozumiem, że trzeciego milenium naszej ery) przeznaczenie ma wypełnić się już do 95 roku. Pytam o Polskę.
- Ach, Polacy - uśmiechnęła się tak, jakby coś sobie mało ważnego przypomniała. - Tak, odegracie pewną rolę w latach 30-40 tych.
Jaką, nie dowiedziałam się.
08:36, transwizje
Link Komentarze (6) »
czwartek, 21 lutego 2013
Winnie
Sen fabularno-wizyjny, już rano, może z okazji przejścia Słońca przez Neptun w Rybach:
Widzę ludzi wybierających się na ryzykowną wyprawę, wymagającą odwagi i twardości charakteru, pierwszy sunie ktoś podobny do D. Kwietnia, z pałającymi oczami. Pokazują przed sobą cel, któremu trzeba się dobrze przyjrzeć, aby go w ogóle dostrzec. Daleko na horyzoncie, ponad lasem wznosi się ogromna góra tonąca w chmurach, przez to prawie całkowicie niewidzialna. Jest tak stroma i wielka, że zwykły człowiek nie jest w stanie przejść odległości z dołu na szczyt w ciągu całego swego życia. Tu wyświetla mi się przełożenie: jeden krok jakiejś powołanej istoty równa się stu krokom maluczkiego, co przekłada się na rachunek 100 na milion [sic!] kilometrów. Strome, ale sypkie zbocze sprawia, że trzeba piąć się często długo poziomymi ścieżkami, aby trafić na przejście na wyższy poziom. I nie daje się użyć żadnego wspomagającego pojazdu, aby skrócić czas wejścia.
Tymczasem przed wyruszeniem owej wyprawy dotarła tam wcześniej grupka młodych kobiet, artystek. Odczuwam klimat modernizmu, początku XX wieku. Na szczycie bowiem, w drewnianym schronisku z oszklonymi drzwiami i oknami oraz niedużym tarasem mieszkała niegdyś ich artystyczna idolka, już nieżyjąca zbuntowana poetka i feministka. Grupie przewodzi młoda pisarka, która nagle podchodzi blisko do górskiego domku i w nagłym porywie gniewu rozbija szybę w drzwiach.
Towarzyszki są zdumione tym gestem rozpaczy, złości, nie wiadomo czego. Może chodziło o rozczarowanie, że nie było tam ich gwiazdy poetyckiej? W każdym razie niespodziewanie huk tłuczonego szkła wywołał z dalszej głębokości chaty młodo wyglądającego szczupłego mężczyznę, który tam najwyraźniej mieszkał. Wyszedł na zewnątrz i okazało się, że był niegdyś partnerem zmarłej poetki, i jednocześnie jej duchowym guru.
Obecna przywódczyni popada natychmiast w fascynację, ubiera papierową maskę na twarz, odchodzi z owym człowiekiem na bok, gdzie jej towarzyszki nie mogą ich słyszeć. O czymś rozmawia z owym dziwnym nauczycielem. Jako śniąca dowiaduję się, że mężczyzna nazywa się Isakowicz, lub może Sakiewicz (nazwisko wyleciało mi dokładnie z pamięci po obudzeniu) i praktycznie jest nieśmiertelny. Jednak wcale z tego powodu nie jest szczęśliwy, wygląda na bardzo znużonego i nadmiernie obciążonego psychicznie. Dziewczyna pyta go o to, czy nie wystarcza mu wewnętrzny związek z Bogiem, ale ten tylko milknie.
Padła także w pewnym momencie (nie pamiętam jednak którym) nazwa Heyres, lub Heyeres, co już we śnie skojarzyło mi się z miejscowością w Prowansji o nazwie Hyères, którą kilka razy wymienił Nostradamus).
Rozmówczyni pozwala się uwieść, ale chyba jest sprytniejsza, niż on wziął to pod uwagę. Podkrada książkę autorstwa zmarłej poetki i w jej wnętrzu znajduje ukrytą maleńką buteleczkę z czerwonym winem wewnątrz. Otwiera koreczek, wysypują się z wnętrza najpierw jakieś maleńkie drewniane krążki, a potem wylewa kilka kropel wina.
Kiedy Sakowicz to odkrywa jest wściekły, ale i bezradny. Jak gdyby pozbawiony jakiejś możliwości na przyszłość?

Na tym obudziłam się.

11:26, transwizje
Link
niedziela, 17 lutego 2013
Chornie

Dieta działa powoli, nie tak jak sądziłam, że po paru dniach będą z głowy dolegliwości. Jednak widzę polepszenie w ważnych kwestiach, wręcz zanik objawów, więc sądzę, że wybrałam właściwy sposób postępowania ze sobą. Niemniej, zaczęły się od dwóch-trzech dni nasilać bóle opasujące i punktowe, świadczące o podrażnionym woreczku żółciowym i trzustce. Nie jest to jakiś wielki ból, rodzaj ucisku, tak jakby się było mocno przepasanym w połowie tułowia. Miałam już raz dość długo ten objaw, jeszcze za czasów warszawskich. Do tego stopnia mnie zaniepokoił, że wylądowałam w końcu na ostrym dyżurze o 22 w nocy w pewnym szpitalu. Przebadali mnie tam dość dokładnie, krew, mocz, USG nie wykazało nic, także żadnych kamieni na wątrobie. W końcu zmęczona lekarka zasugerowała "delikatnie", że ściemniam i tak się tym przejęłam, że już w drodze powrotnej do domu wszystkie bóle mi przeszły. I to aż do teraz! Mimo to widzę, że są powiązane z tranzytem Saturna, pierwszy impuls zaczął się w 1999 roku, w czasie nasilających się objawów nowotworowych u mojej Mamy. Towarzyszyłam jej na badaniach, wizytach u lekarzy, w koncu przejęłam ból rosnącego w brzuchu guza. Ona właściwie go nie czuła dzięki znieczulającym plastrom, za to ja tak. I nie pomagały żadne diety, ograniczenia ani leki przeciwbólowe. Przez ostatni tydzień jej życia nic nie jadłam ani nie piłam, ani kropli wody! Dopiero w kilka godzin po jej śmierci wypiłam łyk, siłą woli. Ból ustąpił właściwie dopiero po pogrzebie. Objawy warszawskie zaś pokazały się przy kwadraturze Saturna do tego punktu czasu. A teraz mam opozycję, hm. I okazuje się, że jednak ujawniło się trwałe zaburzenie w organizmie.

Wczoraj około południa, gdy usiadłam na chwilę do komputera nagle zakręciło mi się mocno w głowie i poczułam, że odlatuję. Cholera, czegoś takiego, od czasów dziecięco-młodzieńczej choroby Menieura, i dwóch ostrych zapaleń błędnika wyleczonych antybiotykami, nie czułam. No, może podczas spontanicznych odjazdów z ciała w nocnym transie. Pierwsza myśl: ktoś się przyczepił, duch! czegoś chce! zagląda we mnie? Musiałam na drżących nogach odejść sprzed biurka i położyć się na chwilę, po kilku minutach zaburzenie zaczęło przechodzić. W dzieciństwie też tak mi przechodziło. Czasem jeszcze musiałam do siebie głośno mówić, aby uciszyć gadające szepty w głowie, iście diabelskie. Ale zawsze pomagało mi to utrzymać się na jawie i zgubić link.

Wieczorem odezwała się do mnie na czacie Ela IV, także od kilku lat na diecie bezglutenowej. Podpytałam ją o objawy i skutki, po czym ona sama zaproponowała, że zajrzy we mnie w medytacji reiki, już teraz zaraz. Przez pół godziny leżałam zatem na łóżku, a ona u siebie w Krakowie robiła mi mentalne badanie. Po czym streściła mi wszystkie swoje odczucia. Zgadzało się z różnymi moimi dolegliwościami, nawet boląca prawa ręka. Jedno tylko było nie tak. Odczuła, że boli mnie serce. Podczas, gdy nie mam żadnych kłopotów z tym organem i ból znam jedynie z kilku przypadków, gdy go przejęłam od bliskich, cierpiących na nerwicę i palpitacje serca. Zastanawiające!

Kazało mi to skierować myśli znowu na obecność ducha. Jeśli już takowy się zjawia, to zawsze doczepia mi się od strony pleców do czakry serca.

Obiecałam Eli, że się z tym prześpię. No, i w nocy zaczęłam się spontanicznie modlić o wyrównanie energii i odnalezienie harmonii duszy z ciałem fizycznym. Otworzyłam się. Udawało się (a czasem nie potrafię tego robić, po prostu nie wychodzi i już). I pojawił się w umyśle Sławko, nasz pomagier wioskowy przy pracach polowych. Jakiś miesiąc temu bodajże znaleziono go po zwyczajnej dla niego biesiadzie w gronie wioskowych pijaczków, martwego (ludzie gadają, że zadźganego nożem we własnym domu). Śledztwo jeszcze trwa, niby kogoś ujęto, niby ktoś się ukrywa, nieważne. Ot, pijacka burda i kłótnia między alkoholikami z przeszłością, i pewnie nagła bijatyka po pijaku. Przyjęłam, że to on odnalazł mnie wreszcie po okresie błąkania się w szarości międzyświata. I stąd ten dziwny objaw w ciągu dnia. Modliłam się za niego dość długo, miał problemy z zaakceptowaniem siebie, zmarnował swoje życie, wiedział o tym, czuł, że nie zasługuje na pójście do światła. Czuł się chory. Wcześniej już zresztą narzekał na ból brzucha, wątroby, kiepsko wyglądał. W końcu zasnęłam.

I pojawiła się senwizja: szłam drogą polną koło naszej chaty, zrywając i przystrzygając czasem nożyczkami, aby ładniej rosły, jakieś krzaczki i pędy ziół. Różnego rodzaju. Kilka metrów przed sobą zauważyłam parę miejscowych ludzi, jadących wolno na rowerach. Po chwili przystanęli, a ja do nich wolnym krokiem doszłam. Było to dwoje nieznanych mi staruszków, tutejszych, z Podlasia, nigdy dotąd ich nie widziałam jednak. Staruszek już był bardzo posunięty w latach i nic nie mówił. Ale jego żona była w lepszej formie i bystro na mnie patrzyła. Zaczęłam z nią rozmawiać, pytać o coś i domyśliłam się szybko, że to okoliczna "babka", szeptunka czyli. Jej odpowiedzi były szybkie, nie zapamiętywałam ich już w czasie snu, w końcu jednak doszło do tego, że uklękłam przed nią z rękami złożonymi jak do modlitwy, jednak dłońmi trzymanymi podobnie jak w reiki, gdy robi się zabieg na odległość i wyobraża sobie drugą osobę we wnętrzu dłoni. Prosiłam ją o uleczenie? Czy o dar leczenia? Tego nie wiem. W każdym razie poddałam się jej wyrokowi całkowicie. I dobrze usłyszałam ostatnie zdanie, jakie wymówiła:

- Nie mogę ci tego powiedzieć, księżniczko. Bo będziesz bardzo smutna.

W tym samym momencie staruszek u jej boku zniknął, a ja zrozumiałam, że umarł. Ona spojrzała na puste miejsce po nim ze smutną powagą. Ja nie rezygnowałam z proszącej postawy. I na tym się senwizja zakończyła.

Obudziłam się w lepszym samopoczuciu. Ból opasujący wreszcie zniknął. W dzień pojawił się śladowo.

Dziękuję Elu, za pomoc i inspirację!

17:06, transwizje
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 lutego 2013
Strupnie

Wczoraj w środku nocy wizja: z jakiejś piwnicznej jamy w ziemi, gdzie ukrywają się jacyś ludzie, wychodzi na powierzchnię młoda kobieta. Jej twarz jest jednym wielkim, białym strupem. Słyszę głos, nie pamiętam treści, mowa była o duszy.

To taka ilustracyjka do tłumaczonych właśnie treści. 

11:26, transwizje
Link Komentarze (3) »
środa, 13 lutego 2013
Bezglutnie

W środku nocy obudził mnie nagły i przejmujący strach i bicie serca, śniły mi się właśnie jakieś dramatyczne krzyki, odgłosy bieganiny, trzaskania drzwiami dobiegające z wioski. Na jawie było spokojnie. Może ma to związek z wizją walk przy ogrodzonych polach, ilustrujących przepowiednie Nostradamusa, kilka wpisów wstecz.

Bo poza tym przepowiednia Piotrka ze zmarszczek na serze ziściła się. Dostałam dość jak na mnie silnych i męczących zaburzeń pracy wątroby, bólu woreczka i ucisku w dołku. Drogą eliminacji poszczególnych pokarmów doszłam, że szkodzi mi chleb. Przestałam go wręcz trawić, zalegał mi w żołądku nawet dobę. Tym sposobem przeszłam na dietę bezglutenową i mam się coraz lepiej... 

15:20, transwizje
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 lutego 2013
Szamanienie
Ostatnio chcąc nie chcąc robi się u mnie szamańsko/szeptuńsko i trochę rodzimowierczo. A. znajduje różne filmy, wiedziona własnym gustem i nosem, a potem oglądamy popołudniami, sycąc się ostatnimi wolnymi dniami odpoczynku przed startem kolejnego sezonu ciężkiej rolniczej pracy. Zielarka podsyła tłumaczenia na polski starosłowiańskich Wed. W poszukiwaniu jakichś informacji o źródłach trafiłam na dwa merytorycznie i fachowo zrobione rosyjskie filmy na ten temat, począwszy od "Etruskije - eto ruskije". Dowiedziałam się z obu, że napisy etruskie na figurkach i grobowcach łatwo jest odczytać po starorusku! Podobnie treść dysku z Festos. Trzeba było zobaczyć minę pewnej rosyjskiej uczonej od wzornictwa, która pokraśniała na twarzy opowiada, że to Ruscy (Riśi) nauczali Hindusów duchowości i dali im pismo, które przeszło w sanskryt, i że za wzorami na tkaninie, która za nią wisi, jak i innymi słowiańskimi tkanymi do tej pory, stoi 20 tysięcy lat ich powtarzania. Mądrze zostało to zrównane z genetyczną pamięcią.
Na koniec obejrzałam amatorskie polskie filmiki spod Ślęży i z jakichś rodzimowierczych obrzędów i niestety, jedno daje się powiedziec, Polacy nie mają się czym popisać. Chyba żaden profesjonalista filmowy tym tematem się nigdy nie zajął i nie ma takiej oficjalnej "potrzeby" w mediach, aby dumę Polaków podeprzeć czymś innym, niż husarią i papieżem Polakiem.
No, dobrze, z tego puszczono mi filmy w niezamierzony inny sposób, fabularne z wątkami szamańskimi, "Zaklinacz koni", "Egzorcyzmy Emily Rose", "Hobbit", a dziś film o chłopcu chorym na autyzm, którego rodzice zabrali do Mongolii i uleczyli go tamtejsi szamani. Wspominam, bo to niezależny i toczący się samoistnie wątek.
Dzisiaj zaś był sen wizyjno-fabularny: znalazłam się w grupie młodych ludzi otaczających Szamana (to autentyczna postać w polskiej branży szamańskiej, ale pownieważ rzecz idzie o symbol, to nie będę wymieniać kto, bo to nie ma sensu samo w sobie). W szerokim "amerykańskim" uśmiechu pokazywał liczne krzywe zęby, bielutkie, na sztucznej szczęce, wetkniętej na dziąsła pozbawione już własnych zębów. W pewnym momencie zechciał zrobić mi zabieg. Kazał usiąść przed sobą i zamknąć oczy, a sam nałożył ręce na moją głowę.
- Ja i tak nic nie zechcę powiedzieć... - zastrzegłam się i wewnętrznie zmobilizowałam, aby nie dać się zahipnotyzować.
Chwilę to trwało, zapadłam w jakiś błogi stan i zdawało mi się, że milczę. Lecz po ocknięciu się powiedziano mi, że robiłam wymowne gesty dłońmi, czego w transie wcale nie zarejestrowałam. Ponoć poruszałam rękami jakby piorąc, wyciskając ubranie, myjąc ręce.
- Chodzi więc o "własnoręczne" oczyszczenie... - domyśliłam się.
- Zapewne - przyznał Szaman.
Potem jakaś dziewczyna pytała mnie jak mi się mieszka na Podlasiu, bo i ona dojrzewa do poszukania sobie własnego miejsca.
17:50, transwizje
Link
Archiwum