bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
sobota, 27 lutego 2016
Notki

W najnowszym wywiadzie z panem Tarasiewiczem padły dwa sformułowania, które obudziły we mnie dzwonek. Jedno to o przerzuceniu demonów na kwiaty (nagle zrozumiałam, że jest to rzecz, o której sporo i tajemniczo pisał Nostradamus), a drugie o koszczakach. Przypomnialo mi się, że i mnie śnił się niegdyś jakiś koszczak, czy kościej, o tej nazwie właśnie, lub podobnej. I zaczęłam z tego względu przeglądać stare notatki, z czasów „epizodu psychotycznego”. Część z nich weszła w skład „Przemian w ultrafiolecie” i tam można je znaleźć. Część jednak pozostaje jedynie zanotowana. Jak dotąd nie natrafiłam na opis owego snu, ale znalazłam za to zapis snu sprzed prawie 17 lat, który teraz chyba łatwo nam odcyfrować. Zresztą, dodam, że snów o zatajonych w archiwach dokumentach dotyczących pochodzenia i współpracy polskich prominentów było więcej.
Dodatkowo, na bazie tego snu może łatwiej będzie komuś zrozumieć, gdy mówię, że mam "cudze sny" i śnię "cudzymi oczami", albo, że jestem człowiekiem-lustrem. 

8.VIII.1999. Ndz. Sen: atmosfera komunistycznych czasów. Wchodzę do wielkiej sali w magazynie wojskowym, prowadzi mnie jakiś tutejszy szef magazynu, dalej idziemy wąskim korytarzem jakby w jakichś podziemiach. Facet jest lojalny wobec swoich przełożonych. Ja chcę odnaleźć kartoteki z badań robionych 30 kwietnia dawno temu i tłumaczę to jakimiś urzędowymi względami, w które ten zupełnie wierzy. Tak naprawdę chcę je jednak stąd podstępem zwinąć i zniszczyć wszelkie ślady...
Przedstawiam mu się, pokazując jakieś dowody czy zaświadczenia. Pamiętam jedynie z nich, że moje nazwisko składa się z czterech, a może nawet pięciu członów, a z tych 2 słowa, pierwsze i ostatnie: Manager... Rousseau. Żołnierz odchodzi na chwilę, potem wraca z plikiem podłużnych, wąskich karteczek (fiszek z kartoteki). Mówi:
- Badań, o które ci chodzi z 30 kwietnia nie ma wcale. Kazał już je sobie przynieść Dzierżyński i zupełnie znikły. Może interesują cię inne dni. Np. 10-13 kwietnia...

Udaję, że się zastanawiam, bo nie chcę, aby się połapał, że mam swój ukryty cel. Odpowiadam jednak:
- Naprawdę nic nie zostało z tamtego dnia? Wszystko znikło? Może coś się zawieruszyło?
Człowiek pokazuje fiszki trzymane w dłoniach, jako jedyne ślady. Wtedy nagle okazuje się, że za pancerną szybą korytarza, na którym odbywa się rozmowa pojawił się znienacka fotoreporter. Mam ułamek sekundy do namysłu, bo sytuacja jest niebezpieczna politycznie, teraz archiwista może się zorientować i poruszyć Wielki Mechanizm. Jednak udało się!
Dokładnie wraz z błyskiem flesza wywalam język i robię najgłupszą minę, jaką tylko mogę wymyślić. Żołnierz również jest zadowolony, bo i jemu groziłoby to konsekwencjami. Śmiejemy się przez szybę z reportera. Epokowe zdjęcie jest spalone...

12:15, transwizje
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 lutego 2016
Pod obserwacją

We śnie wchodziłam pośpiesznie po schodach do domu rodzinnego. Nad podwórzem na wysokości kilku metrów wisiał błękitny dyskoidalny pojazd, pokryty jak gdyby powłoką z plandeki, a nie metalu. Byłam zaniepokojona, czułam śledzącą mnie inteligencję. Weszłam do domu, zamykając za sobą szybko drzwi na klucz i przeszłam do pokoju. Wyjrzałam przez okno. Pojazd przysunął się bliżej domu, wisiał tuż za szybą, czułam na sobie czyjś uważny obserwujący wzrok. Nie wiem czemu, ale wiedziałam, że ten kosmiczny pojazd jest produkcji rosyjskiej.

10:51, transwizje
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 08 lutego 2016
O epizodach psychotycznych po mojemu

Obejrzałam niedawno z pewnym zainteresowaniem wywiady „Monitora Polskiego” (robione na wzór sławnego „Projektu Camelot”) z Krzysztofem Tarasiewiczem. Krakowskim psychologiem, doświadczającym od jakiegoś czasu wizji i stanów poza ciałem. Jeszcze niedawno można było też znaleźć w necie jego bloga, gdzie zostały one opisane. Został już skasowany przez autora, lecz zdążyłam go przeczytać.

Oglądając wywiad, (bo o wiele mniej przy lekturze, która z początku dlaczegoś słabo mnie zainteresowała), w pierwszej chwili wydało mi się, że jego przeżycia są bardzo podobne do moich. Po pewnym czasie i namyśle doszłam do wniosku, że niekoniecznie, lub raczej nie do końca. Niemniej trzeba przyznać, że pewne zasady psychologiczne tych przeżyć są identyczne, lub zbieżne.

Pojawiają się nagle i całą serią, noc w noc, albo kilka razy w tygodniu, trwają po wiele godzin, są bardzo intensywne i tak wciągają psychikę, że człowiek na jawie, w rzeczywistości jest jak potrzaskany, w najlepszym razie nieobecny umysłem i sercem. 
Zmuszają do zakwestionowania i zmiany poglądów, widzenia świata, a także każą dokładnie wszystko notować i myśleć o tym, porównywać, zgłębiać, szukać podobnych u innych.
Sny (dla porządku nazwijmy je wszystkie snami, w odróżnieniu od fizycznej jawy) odczuwane jako przekazy z zewnątrz, występujące spontanicznie i kompletnie niesterowalne ze strefy woli, zawierają pewne indywidualne przesłania, które wręcz grożą na jawie zachwianiem równowagi psychicznej.
Przede wszystkim, choć delikwent się broni jak umie i racjonalizuje te dominujące odczucia, nagle ma się wrażenie wielkiej misji dla świata. Że trzeba głosić, przekazywać, nauczać, tłumaczyć, pisać, uzdrawiać, jednym słowem prorokować. Odbierane wizje z innych czasów i osobowości stapiają się z żyjącym ego i zaczynają wpływać na mniemanie o sobie (przeważnie zawyżone i rozdymające owo ego). Bardzo trudno jest się przed tym uchronić w okresie, gdy sny i wizje trwają i są intensywne. One poruszają tak mocno emocje, wyobraźnię, podświadomość, że człowiek traci obiektywizm, dystans, rozwagę w stosunku do samego siebie. Nadmiernie się boi, albo nadmiernie cieszy tym, czego tu i teraz koło niego nie ma i najczęściej wcale go osobiście nie dotyczy.

Po latach wiem, że to złudzenie, złudzenie wynikające z braku perspektywy oglądu. Jedna półkula mózgu jest tak poruszona i bombardowana informacjami, a narzędzia drugiej, tej logicznej są tak niedoskonałe, że zanim zostaną wypracowane, popada się w skrajności i co najmniej dziwaczne przekonania o sobie.

Pewnie niektórym może to zostać,  psychoza (bo jest to mówiąc za Jungiem: epizod psychotyczny) zamienia się w manię albo nawet jakieś rozszczepienie, i jest to w zasadzie niebezpieczne dla ogólnego zdrowia psychicznego.
Pan T. zapewnia i stara się robić takie wrażenie, że kontroluje swoje odczucia, ale daje się zauważyć, że niekoniecznie z pełnym skutkiem. Wciąż „jest" kapłanem egipskim, aniołem, który spadł z nieba, świadkiem bożym, a w każdym razie psychologiem, który o ludziach z podobnymi przeżyciami mówi „klienci” i ustawia się w pozycji lepiej wiedzącego. Mimo, że zastrzega sobie, że nie uważa swoich interpretacji za ostateczne i jedynie słuszne, a swych klientów uważnie słucha.
Jednak zgodnie z prawem domniemania niewinności przyjmuję, że to mocny facet i rozumie czyhające na wolnego ducha niebezpieczeństwo, nawet, jeśli zbudował sobie wspierającą psychikę legendę o sobie samym tylko na podstawie doświadczanych wizji.

Wydaje się zaskakująco pewien swoich interpretacji, ale:

1) tak to bywa, gdy jest się pod wpływem i te przeżycia są aktualne. O ich sile trudno jest opowiedzieć komuś, kto tego nigdy nie zaznał. Albo i zaznał, ale sporadycznie i nie w intensywnej serii, która bardzo wzmaga poczucie, że jest się “wybrańcem". 
2) Pewnie tak jest tym bardziej, gdy jest się do tego mężczyzną.
3) A jeszcze bardziej, gdy jest się mężczyzną, dbającym o swój zawodowy wizerunek, bo z tego jest status, utrzymanie i bezpieczeństwo. No, i dalsza kariera uzdrowiciela, oświeconego guru itp.

W końcu przychodzi moment, nawet po kilku latach, gdy to zjawisko, jego intensywność zanika, zmniejsza się, a nawet można powiedzieć cofa. A gdy w trakcie zbudowało się jakiś ekstra-wizerunek, może tak być, że człowiek poczuje się jak nadmuchany balonik, nagle całkiem pusty wewnątrz.
I może (ale nie musi, rozważam teraz sytuację hipotetyczną) zacząć dąć w ten balonik sam, trzymając na siłę pion, którego już nie czuje. Bo nic z zewnątrz mu tego nie daje. 

Przypominam sobie, że Gustaw Jung, gdy zaczął doświadczać tych stanów wycofał się na kilka lat z pracy zawodowej, gdyż intuicyjnie czuł, że będąc w pewnym sensie ofiarą sił psychicznych bombardujących go, nie może występować w roli lekarza i arbitra.

Moim zdaniem najlepsze, co można wtedy zrobić, to zapisywać owe przeżycia i próbować je badać, rozumieć, a nawet z niektórych składać jakieś historie, wstępne teorie, albo utwory literackie czy malarskie. Lecz w żadnym razie nie opierać na nich swojej tożsamości, nie głosić szokujących twierdzeń i arbitralnych opinii duchowych i religijnych (jak to się przytrafiło znanemu polskiemu tarociście), ani nie aspirować do wielkości z tego powodu. Znam osoby, które uderzyły wtedy w sztukę, malarską i literacką i nieźle im idzie, nawet po latach, gdy wizje ustały, lub przestały być intensywne. Jung również napisał wtedy swój najwspanialszy mistyczny i zupełnie nienaukowy utwór, podyktowany mu przez ducha.

Ja nie musiałam się z nauczania innych wycofywać, z racji tego, że zawsze byłam zwykłym człowiekiem i jedyne, co mi się zawsze marzyło, to pisać książki. Choć poniekąd tak, zdarzało mi się spotykać osoby, które chciały ode mnie czegoś w rodzaju pomocy, rady, nauki duchowej, tylko dlatego, że kilka razy w tygodniu na wiele godzin spontanicznie rozjeżdżało mi się ciało fizyczne z niewidzialnymi. Intuicyjnie czułam wtedy niepewność i wolałam milczeć, w swojej skromnej radzie oprzeć się na kanonach (teoriach mądrych psychiatrów i psychologów, mistykach i pismach świętych różnych religii, bądź wyroczniach, astrologii, Księdze Przemian, feng-shuei czy tarocie), albo odmówić, gdy cudzy problem nie był mi znany i rozwiązany przeze mnie samodzielnie. Zresztą przychodziły zbyt często całe okresy (tygodnie, a nawet miesiące), gdy rozbicie wewnętrzne, szok emocjonalny, wstrząsy powodowane przez przerażające wizje i spotkania z istotami z różnych stron, jasnej i ciemnej były zbyt ciężkie do zniesienia dla mnie samej na co dzień. I tylko dzięki cierpliwości Ani, wrodzonej radości mego pieska, wrodzonemu samotnictwu i grafomanii, a w końcu wyprowadzce na wieś, udało mi się je przezwyciężyć i zdrowo do nich zdystansować.

U pana T. tego nie ma (lub nie umiałam tego zauważyć). I to właśnie sprawia, że jego osoba mnie trochę niepokoi. Nie chodzi w tym o mnie, bo mnie nic z jego strony nie grozi, ani o to, czy jego wizje przyszłości się spełnią, czy nie, ale o to, czy – będąc w trakcie tego procesu doświadczeń - prawidłowo omawia światy, które mu się ukazują, umiejscawiając je tak, jak one funkcjonują. Dla ludzi takie wnioski miewają zaskakujące czasem znaczenie i przywiązują się do nich, jak do dyszla wozu, który niekoniecznie może pojechać tam, gdzie by sobie życzyli. Podobnie ci, którzy szukają przepowiedni mogą zbyt mocno na nich oprzeć jakieś swoje decyzje. Nie wątpię, że są tacy.

Kolejny wywiad tej samej ekipy, który właśnie się ukazał na YT, wydał mi się już nieco nudny i niestety, nie chce mi się oglądać go drugi raz, aby dociec, co konkretnie jest przyczyną tego mojego wrażenia. Wspomnę tylko o tym, co uderzyło mnie najbardziej:

1) pan T. w opisie i interpretacjach posługuje się językiem matrixu, który powstał zupełnie niedawno i używają go z zapałem niektórzy spece z branży ezoterycznych takich i owakich.

Co do moich wizji, mimo, że znałam odpowiednią fantastykę, filmy tego rodzaju, posługiwałam się grami komputerowymi i bywałam w środowisku zapalonych graczy, a także czytałam jasnowidzów i ezoteryków w typie Bławatskiej, Steinera czy spirytystów albo podróżników poza ciałem, przestudiowałam Biblię, święte księgi wedyjskie, buddyjskich mistrzów i największych psychoanalityków, oraz interesowałam się ufologią, poznałam wziętych i tzw. gwiezdnych ludzi, to muszę stwierdzić, że żadnego z moich przeżyć nie potrafiłam (choć czasem próbowałam nieudolnie) do tych informacji od innych podciągnąć. Żadne z nich nie było tym, co opisywali inni oraz różne teorie i techniki mentalne, a raczej objawiało się zawsze jako całkowite zaskoczenie dla serca i umysłu. A tym samym także dla języka ich opisu, który wciąż wydaje mi się zbyt ubogi, choć ostatecznie jakiś sobie zbudowałam na własny użytek. Wręcz uważam, że rozróżnienie tego, co jest matrixem a co nie, jest racjonalizacją na bazie kulturowej, która niekoniecznie bywa zgodna z prawdziwym stanem rzeczy. Dlatego wolę nie używać modnego języka stworzonego na potrzeby komunikacji z ludźmi i między ludźmi, którzy w przeważającej większości takich przeżyć nie mieli i znają je głównie z opowieści. Jakim przypisują etykietki mniej lub bardziej zręcznie na podstawie swej erudycji i „otrzaskania z tematem”. Otóż ten właśnie język, nawet nie rodem z psychologii, lecz z modnych ruchów ezoterycznych i niuejdżowych, a także niektóre wizje zawierające potwierdzenia istnienia czegoś takiego jak rodzaj wibracji, promieniowań, czakr, światów i planet, umowne w owym języku strefy itp. nie budzą we mnie entuzjazmu dla treści, które z nich płyną. To jest sztucznie zbudowane, najpierw na jawie przez umysł racjonalny studiujący zagadnienie opowiedziane przez innych, a potem ewentualnie przeżywający ilustracje owych treści w stanie snu.

2) Moje doświadczenie spotkania z archontami jest całkiem inne. Inne wnioski. Choć widywałam wysokich i diabolicznych blondynów, to jednak nie są to archonci w swej prawdziwej postaci. A raczej ludzie, którzy im służą, którzy podpisali z nimi pakt. Może zresztą jest to też ich, owych archontów, forma matrixowa, rodzaj maski? W ostatnich koszmarach, które mi zaserwowali za takich się właśnie poprzebierali. Jednak akcja tych zwidów działa się w świecie wirtualnym i skomponowanym symbolicznie (wizyjnym), a nie sferze wolnej od wpływów manipulacyjnych. To rodzaj filmu, wyświetlanego dla naszych oczu i zmysłów działających we śnie, od początku do końca oszukańczego. Chwila zauważenia iluzji jest najczęściej chwilą wybudzenia się, film się urywa, a istoty go wyświetlające są tym niemile zaskoczone i rozczarowane. Próbują podpinać się pod nasze lęki, kompleksy, wypartą złość, pożądanie czy niespełnione ambicje, są inteligentne i sprytne, ale czystym sercem łatwo je rozpoznać. Znikają i czekają na następną okazję. Nie są to jednak sami archonci, lecz ich słudzy. Ich prawdziwa postać i twarz nie pozostawiłaby widzącej ją osoby w tak błogim przekonaniu, że człowiek jest w stanie sprostać ich mocy i nie dać się zjeść jedynie wyrażeniem swej woli. Takie mam swoje z nimi mroczne doświadczenie.

18:21, transwizje
Link Komentarze (7) »
Archiwum