bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
piątek, 17 lutego 2017
Jeszcze nam zakwitną konwalie...

Zaraz po zaśnięciu wpadłam w trans. Gdzieś zza pleców jasno-usłyszałam rozmowę po polsku dobiegającą, jakiegoś pewnego siebie młodego mężczyzny, mowa była między innymi o Szkocji. Potem znalazłam się w grupie dziewcząt wewnątrz dużego kościoła, my w ławkach przy ołtarzu, na stopniu przed ołtarzem zaś stał w czerwień ubrany biskup, szczupły, młody, razem z drugim podobnie ubranym, rozmawiali, uzgadniali coś. Następnie wraz z rytmicznym śpiewem pojawiła się laleczkowata sylwetka złączonej pary, mężczyzny i kobiety, on z karykaturalnie dużą głową, gitarą w ręku, ona u jego boku przyklejona, śpiewali rytmicznie jakiś dość prostacki melodyjny przebój, którego słowa zapomniałam (po polsku). Po nim zaś znowu pojedynczy piosenkarz, też gitarzysta, jakby zza okna śpiewał, (bo zdawało mi się, że znalazłam się w moim nastoletnim pokoju w domu rodzinnym), w tekście zaś było o kwitnących konwaliach
Ocknęłam się naprawdę zdziwiona. Jeszcze w trakcie wydało mi się, że to duchy i robiłam znaki odpędzające. Jednak nie czułam na jawie ich ataku, wpływu czy obecności. Zjawy znikły bez śladu. Doszłam do wniosku, że nie mają związku z moim ostatnim dociekaniem, czyli pamięcią rodową. Ale z jakimiś sprawami tyczącymi się realizacji planu politycznego, populistyczno-propagandowego, inkarnacyjnego. 

Później wizjosen: zjechał z Anglii, długo tam przebywający „perma-kulturowiec”. Był spod znaku Barana, przystojny (nieco podobny do młodego Brando) młody mężczyzna o silnym charakterze. Odebrałam go z dworca, jako jego znajoma. Przyjechał robić karierę, był mocno zdeterminowany. Pokazał komuś wydane w Anglii po wielkim trudzie swoje poezje, czy może tłumaczenie poezji. W otwartej grubej książce widziałam strofy długiego poematu, tytuł rozdziału literami greckimi wydał mi się podobny do wyrazu Georgiki, ale po chwili w to zwątpiłam. W Anglii ciężko pracował i imał się każdego zajęcia za pieniądze, w Polsce postanowił zostać uznanym poetą, wieszczem. Miał jakąś wizję, projekt, które chciał zrealizować. Na dworcu wsiadł do samochodu. Otoczyło go kilku witających młodych ludzi. W pewnej chwili rzucił do jednego, który niedbale i poufale położył w jego samochodzie swój plecak, aby zapłacił mu 15 złotych za podwiezienie jego bagażu. Nie było to przyjemne, ale pouczające i nieznoszące sprzeciwu. Człowiek ów, niemile zaskoczony wysupłał żądaną kwotę. Potem szliśmy szerokimi mało ludnymi alejami, w słoneczny dzień. Towarzyszył mu jakiś kolega, dość luzackiego usposobienia, na którego „perma-kulturowiec” nie zwracał uwagi, pozwalał mu po prostu być koło siebie i nie martwił się o niego. Kolega wszedł na jedno z drzew przy ulicy i obsunął się zręcznie „dla jaj” po zwisającej gałęzi na chodnik z powrotem, urywając trochę liści i pędów. Idący koło mnie nawet nie zwolnił kroku, aby mu ułatwić dołączenie do nas. Rozpoczynał od małego kampanię reklamową swojej osoby, najpierw przy pomocy dawno temu popularnych, a teraz nieco zramolałych aktorów, w jakichś niedużych salkach i kawiarenkach.

16:08, transwizje
Link
czwartek, 16 lutego 2017
Solidarna trawa

Wczoraj:
- Miałam dziwny sen.
- Opowiedz.
- Na naszym gołym podwórzu było tyle zielonej trawy! Byłam zachwycona! Urosła, taka gęsta i soczysta! Co to znaczy?
- Dobry znak. Popularność i zgoda społeczna...

Dzisiaj:
- Słuchaj, znowu miałam ten sen!
- Jaki?
- Na naszym podwórzu rosła gęsta zieloniutka trawa. I jakieś piękne konie brykające po pastwisku, zresztą chodziły gdzie chciały. Co to znaczy? To musi coś znaczyć!
- Dobre czasy nastaną. Solidarność obywatelska. W Polsce rządzić będą odpowiednie, urodzone do tego osoby, a nie pierwszy lepszy spryciarz życiowy, jeden z drugim.  
- Pierdzielisz, wiesz?
- Wiem. Samej trudno mi w to uwierzyć. A jednak... coś się obudzi w wielu ludziach. Obym tego dożyła. Chciałabym zobaczyć.

11:30, transwizje
Link
środa, 08 lutego 2017
Pociąg-widmo

Senwizja na początku nocy: siedzę z kimś w pociągu, patrzymy przez okno. Nasz skład stoi na drugim torze, może na jakimś dworcu. Na sąsiedni tor wjeżdża właśnie długi towarowy pociąg.

- Jak dziwny, patrz – pokazuję.

Wagony przypominają duże żeliwne ocynkowane puszki, rodzaj starych czajników, jakichś kotłów parowych, teraz już przerdzewiałych, dziurawych, pewnie wiezionych jednym składem na złom. Sprawiają wrażenie starych, z epoki powstawania kolei żelaznej. Dużo ich, obserwuję z zaciekawieniem i takim plastycznym zadziwieniem długą paradę szczególnego kotlarskiego pociągu przed naszym oknem.

W końcu rusza i nasz pojazd. Z wolna wyjeżdża z bocznego toru i przyśpieszając wjeżdża na główny. Nagle widzę, że tym samym głównym torem sunie za nami złomiarski skład. Ciągnie go równie stary i dziurawy parowóz. Szybko spostrzegam niebezpieczeństwo. Nasz pociąg nie nabrał jeszcze prędkości, a staroć jest już rozpędzona i nie ma hamulców.

- Może zdążymy – mówię jednak pocieszająco.

Ale nie. Nagle dochodzi do zderzenia. Pociąg-widmo uderza całą siłą w ostatni wagon, w którym siedzimy. Wagon, wraz z nami wylatuje z torów… Obudziłam się.

16:22, transwizje
Link Komentarze (2) »
niedziela, 05 lutego 2017
Graloleczenie

Na początek po zamknięciu oczu nagle zaczęłam jasnowidzieć jakieś wyglądające na gliniane naczynie, dawno potłuczone. Zlepiałam je mentalnie, kawałek po kawałku, jakby z puzzli, w całość. Przypominającą nieco donicę. W jasnym kolorze.

Pierwszy sen: przyciemnione, wieczorne światło. Oglądam wielki kilkukondygnacyjny budynek bez okien i drzwi, ze starej kruszącej się cegły, jakby stary zamek, nieco w kształcie pałacu kultury, ale bez szpicy. Z prawej strony na pierwszym planie wejście do kościoła. Taki stoi we Francji. Wiem to jak gdyby z ust przewodnika turystycznego. Tam niegdyś przetrzymywano ludzi chorych psychicznie, całkowita, beznadziejna izolacja. Wyobraziłam sobie przez moment ten ogromny strach i szaleństwo wyklęte instytucjonalnie i zamknięte w głębi murów bez wyjścia.

chateauGisors1

Potem poszłam swoją ścieżką, wąską i nieco wzniesioną, jakby podwyższoną wobec otoczenia, pokrytą białym śniegiem. Trafiłam do starego kredensu, w nadstawce zza drzwiczek wyciągnęłam przesyłkę. Papierowa biała torebka z wydrukowanym moim adresem. Była nieco naruszona, sprawdziłam, w środku były ziółka odkażające, których czasem używam. Zdziwiło mnie to, bo takie ziółka rozsyłała na zamówienie moja firma, nie zleciłam nikomu przesyłki do samej siebie. W tle majaczy mi jakaś informacja o mężczyźnie, znanym dawno i przebywającym gdzieś daleko, który uparł się mi to przesłać i namówił pracownicę firmy, aby to zrobiła, niby przez pomyłkę.
Odłożyłam torebkę na miejsce i zauważyłam, że nadstawka kredensu stoi w metalowym okręgu wystającym z ziemi. To był rodzaj dużej beczki, a najpewniej koniec jakiejś wielkiej rury wkopanej głęboko, wystający na powierzchni. „Rura” owa była zamknięta od góry drewnianą okrągłą deską tak, jak zamyka się drewniane beczki. I to jej deko, oprócz kredensowej nadstawki, przyciskał spory polny kamień. Nie pojęłam o co chodzi, do czego ta rzecz służy, odwróciłam się i zaczęłam wracać tą samą wąską, podwyższoną nieco dróżką, którą tu przyszłam.
Wtedy zorientowałam się, że okrywa ją wcale nie biały śnieg, a biała kołdra, czy może raczej rodzaj prześcieradła. Jednocześnie pod stopami wyczułam czyjeś ukryte pod nim ciało. Pomyślałam, że jakiś trup, morderstwo i przerażona zerwałam się do panicznej ucieczki. Wtedy nagle, jak gdyby z owej beczki-rury, zostawionej teraz za mną, wychylił się ktoś i objął mnie mocno, uspokajająco przez plecy. Uspokoiłam się, zaskoczona. Istota milczała i nie miała zamiaru nic wyjaśniać poza tym, co przekazywała gestem: Nie bój się! Wszystko jest w porządku!
Siła zdziwienia wyłowiła mnie ze snu na jawę. Czułam jeszcze ucisk kołdry na plecach tak, jak realne dotknięcie.
Po czym zaraz jasnowidzenie: leżący człowiek, nie wiem czy śpi, czy umarł, ma białą głowę, jakby czaszkę. Coś się działo z tą jego głową, trudno powiedzieć, co. Jak gdyby twarz się przekształcała. Może była to istota kosmiczna, może wyschnięty chudy trup z białą czaszką, nie wiem. W każdym razie owa czaszka skojarzyła mi się po chwili z ową zlepianą wcześniej donicą.

11:49, transwizje
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 lutego 2017
Wdruki

Wspomnę tylko, bo opisywać cały proces zbyt niewłaściwe chyba by było na tym etapie. Od kilku miesięcy prowadzę coś w rodzaju autoterapii, choć trudno temu przypisać jakąś jedną metodę. Idę swoją ścieżką, wypracowanymi przed laty nawykami (np. mam nawyk rytmicznego oddychania z mantrami), przywoływaniem snów i wizji. Doszło do tego oczyszczanie organizmu z toksyn, bo męczą mnie różne dolegliwości właściwe dla wieku, który nadszedł. Czyli pewien rodzaj diety, tak to nazwijmy, czy regulacji żywienia się, herbaty ziołowe, soki. Ostatnio doszła homeopatia. I rewelacja, niespodziewanie lekarstwo uderzyło w coś ważnego, co próbuję od dawna ujawnić i przyjrzeć się temu. Zaraz po pierwszym zażyciu kapsułek zaczęły pojawiać się napisy, pieczęcie. Dawne klątwy i zaklęcia, genetyczne, bo widuję przy tym całe sekwencje DNA. Rzecz bardzo interesująca z kilku względów, które pozostawiam sobie do przemyślenia. Ponadto nagle ruszyły pewne sprawy, dotąd bytujące poza świadomością, w praktyce i w krótkim czasie dostałam wiele przyjemnych głasków. Brnę w to dalej, bo cóż innego robić mam? Czuję, że czai się za tym kolejna transformacja. Choć bywa strasznie.

12:04, transwizje
Link
Archiwum