bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
środa, 28 lutego 2018
Wizyty

Podsumowanie tego, co przeszłe... 

Mieszkam w domu rodzinnym, na dole. Na podwórzu ląduje ciemno-metaliczny helikopter, płynie z niego kilka istot, przyjaźnie uśmiechniętych i wyciągających do mnie ręce, przenikają ścianę i mam je już w pokoju. Nie chcę ich widzieć, robię znak krzyża, powtarzając „w imię...” itd. W końcu odlatują, wyraźnie zawiedzeni. Wkrótce wjeżdża na podwórze ogromna machina, sięga okna na piętrze, ociera się niebezpiecznie o dom. Wychodzą z niej podobne humanoidalne istoty, już z groźniejszą miną. Robię znak krzyża i nie pozwalam im do mnie nawet przemówić. Usiłują, coś tłumaczą podnosząc głos, ale ja powtarzam pacierz-mantrę, niczego nie słucham i w końcu muszą odjechać swoim sprzętem. Wtedy w oknie od balkonu na piętrze pojawiają się gadzie głowy. Gadoidy zajechały tak wielką machiną, że już na podwórze nie mogła wjechać, zaglądają stojąc pojazdem na szosie. Robię znak krzyża, podwójnie, jakby jeden nad drugim, jeden subtelniejszy od drugiego, obiema rękami, nie czuję lęku, obserwuję spokojnie co się dzieje, i oni też odlatują.

Czy zrobiłam jakiś błąd, nie chcąc widzieć pierwszych? Bo drugich i trzecich w zamian na pewno nie. W takim razie czemu nie przekroczyli bariery znaku?

12:58, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 lutego 2018
Z grubsza

Zdobywanie wiedzy ciurka z nocy na noc. Zagadka goni zagadkę. Już nawet nie zadaję pytań, zwyczajnie poddaję się prowadzeniu. Niekiedy tylko przez zastanowienie się nad jakimś szczegółem wymuszam drugą odpowiedź. Ta jednak bywa kolejną zagadką, hm.

Moja dusza jest niekompletna. Ma czarną plamę, jakby metalową wstawkę na twarzy. 

Próby dowiedzenia się, co jest przyczyną przyniosły pewne tropy. Być może muszę dojrzeć do prawdy, być może nie muszę jej znać. Lub nie mogę.

Jest jakiś problem w niepamięci. Związany z dinozaurami. Nie były drapieżne. Służyły do hodowli i hybrydyzacji z wyższymi istotami.

Gedula - matka brontozaur. Jak Gina`abul od Antona Parksa (przeczytałam dwa dni po śnie).

Inne aspekty mojej duszy ("kuzynostwo") próbują mnie odstręczyć od prób znalezienia sensu. Izolują się, ignorują. Tymczasem nawet na ich poziomie wykwitają blisko upiorne domy, albo przejeżdża upiorny pociąg ze Śląska.

W moim domu w piwnicy pozostała kaplica z grobem poprzedniego właściciela. Od grobu wiedzie korytarz nie wiadomo w jaką głąb. Jeszcze nie odważyłam się sprawdzić dokąd prowadzi. Gdy poskarżyłam się starej lekarce na dziwne stany, jakby wciągania umysłu w czeluść, zaleciła mi z uśmiechem pewną witaminę. Za to wynalazła mi kamienie żółciowe w woreczku, mimo, że nie mam żadnych objawów. Te kamienie, jak stream-ball w brązowym pasie wątroby. Inne aspekty duszy sprawę zignorowały.

Zgubiłam klucz w domu nawiedzanym przez duchy zamordowanych dzieci. A wynajmowanym przez moje kuzynostwo, które przybrało formy trojga znanych kołczów, którzy siłą woli przezwyciężyli swoje wrodzone kalectwo. Inne, trzy srebrne klucze znalazłam w starej szkole, sprawdzając prawidłowość obliczeń mojej matki.  

Koty świetnie obrazują aktywnych śpiących. Którzy po stronie snu wypracowali sobie pewne moce i świadomość. Moje czarne koty (mam dwa, Kicię i Kocieja) zaobserwowały istoty zrzucane z 7 i 8 piętra na ziemię, które nie mają ludzkiej pamięci, wielu z nich dostaje sztucznie wszczepioną pamięć jakiejś znanej osobistości. Pewnie, by móc się poruszać jakoś w życiu, jako człowiek. To służy grze. 

Komputerowy głos, sztuczny głos zza Szczeliny, w uchu, zza zębów mówi i pisze po angielsku. Globalnie przemawia, choć angielskiego nie znam i nie lubię. Magical Freeman. Stream-ball. Padają złożone nazwy. Gedula. Warszawa. Satanoga... Mój przewodnik Adam, dziwnie podobny do mnie otwiera usta i porusza językiem, Logosem, jak wąż. W jego czerwonym gardle widzę tunel zakończony światłem. Jak Jasioda, która zobaczyła w ustach małego Kriszny cały wszechświat. 

Coś zreorganizowano na płaszczyznach mnie dotyczących. Wysuszono zabagniony teren, zasiano murawę i zbudowano stadion. Widuję grupy srebrzystobiałych ludzi, albo srebrzysto zielonych wpatrujących się w górę, w punkt obserwatora, którym jestem. Próbuję odcyfrować zapis, zostawiony przez moją matkę. Która przemawiała do mnie, gdy byłam jeszcze w brzuchu. To notatki, których podsumowanie daje wykres cyklu. Cyklu czasu.

Czy tego, w którym przychodzi wielkie trzęsienie ziemi i czyści grę? Zostawiając jedynie resztkę?

No, i jeszcze ten, który uczy mnie zasad zmieniania przeznaczenia. 

15:36, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 lutego 2018
Za kratami

Ten sen miałam 11 lutego. Dział się w mieście, które identyfikuję jako poziom 6. W jednym z bloków wizytowała mnie rodzina „francuska”, w innym „niemiecka”. Moją przewodniczką była instruktorka od żywienia. Jednych nakarmiłam naleśnikami, drugich kotletami schabowymi. Ale mniejsza, to wstęp, wskazujący na temat konsumpcji energii światów, drabiny żywieniowej także tej subtelnego rodzaju. Interesujący fragment był taki: Po nakarmieniu członków dwóch gałęzi rodziny znowu pojawiłam się na mieście. Jadąc przepełnionym czerwonym autobusem ulicą biegnącą wprost ku fasadzie ogromnego kamiennego szarego budynku więzienia z szeregiem zakratowanych okienek zakończonych łukami. Stały za nimi jakieś postacie. Wtem szyba przednia autobusu stała się obiektywem lunety, który przybliżył (zoom) widok wszystkim podróżnym. Można było teraz rozróżnić owe postaci, jedna, dwie w każdym oknie, stojące za kratami. Niestety, nawet największe zbliżenie nie ukazywało ich twarzy, tylko białe głowy bez oczu i bez żadnych rysów, nosa, ust."

W ten sposób ujrzałam Obłych humanoidów, kontrolujących nasz matrix. To my tkwimy w więzieniu, nie oni, jakby można z pozoru odebrać akcję. A przeczytałam o nich 12.II., czyli następnego dnia w III tomie książki Jarka Bzomy „Krajobrazy mojej duszy”. Brak twarzy - brak tożsamości, Pustość, jeden wspólny umysł ożywiający.

W dalszej części owego snu okazało się, że stoję w grupie osób, czekających na rozmowę z jakąś znakomitością od spraw psychiki czy ducha, może psychiatry. Mężczyzna czarno ubrany siedział naprzeciw nas na stołeczku, po mojej lewej stronie, każdy podchodził ze swoją sprawą. Gdy przyszła kolej na mnie pierwszy wyrwał się stojący dotąd z boku mój kolega Adam (który na wyższych poziomach często występuje w roli jakiejś części/aspektu mojej duszy). Trzymał w ręku zdjęcie szczupłego mężczyzny w surducie z czarnymi uniesionymi wysoko brwiami. Poprosił „mistrza”, aby zwrócił na tę sprawę specjalną uwagę. To się powinno zrobić „gdy kobieta śni, że jest mężczyzną” (a może dinozaurem? - już zaraz nie mogłam sobie tego przypomnieć dokładnie). Ten się nieco zdziwił, ale wykonał prośbę. Powiódł palcem wskazującym po jednej i drugiej czarnej półokrągłej brwi osoby na zdjęciu.

Budząc się rozpoznałam osobę na portrecie i szybko znalazłam ją w Wikipedii. To Aleksander Sapieha, ten, który śnił mi się po wielekroć twierdząc, że jest teraz mną.

14:56, transwizje
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 lutego 2018
Zbiorowo

Wizja: jasna kremowa czaszka psa na tle ciemności z małymi spiczastymi otworami na uszy z boków głowy, jak u człowieka. W lewym uchu jakieś małe czarno-białe kuleczki, połączone w wężyk, jak glistka, poruszają się czasami... Czachulec.

Sen: duża brama w murze, pilnuję z kimś wewnętrznej strony, jest nas więcej, ale śpimy, trzeba najpierw się obudzić, robimy to po kolei. Trzeba ją w porę otworzyć przed przyjazdem czerwonego króla.

W chwilach zasypiania widuję często barwy, zielone-zielononiebieskie-niebieskie, przechodzące jedna w drugą i mieniące się tymi odcieniami. Wskazują na rodzaj dostrojenia.

Niedawno, w stanie półsnu spomiędzy moich warg i rozchylonych zębów, z przodu wydostał się świszcząco dźwięczący dźwięk: „asza”, „aszia” albo „asia”. Potem sen: zaczął się wizyjnie, kształty barwne i obwiedzione konturem, na kuli globu kontynent żółto-pomarańczowy zajmujący dużą część północy, aż po biegun. Wielki niebiesko-poczerniały trup, jak kosmiczne ciało Hadesa. Brama w wielkim budynku, za nią rozbity duży jasny namiot w stylu tipi. Gdzieś na wysokości jego gardła. Tam urzęduje prezydent Lech K. z małżonką. Odbyło się walne zgromadzenie, prędko padła decyzja i uchwalono karę dla poprzedniego. Poprzedni bał się już wcześniej i rozpytywał wróżbiarzy za pośrednictwem żony. Ta zebrała mnóstwo pomyślnych przepowiedni, a jedna z nich oznajmiła, że wszystko rozstrzygnie się szczęśliwie i bardzo szybko. I tak się stało. Powieszono oboje. Trafiłam do ambasady węgierskiej, w innym podobnym tipi, nieliczne zebrane tam osobistości bawiły się świetnie i zdawały się niezbyt przejmować losem naszego kraju. Potem szłam ulicami Warszawy. Starej, innej. Na jednej z ulic ujrzałam wielką wielopiętrową kamienicę, w której najwyraźniej była jakaś wytwórnia. Nader podobna do dawnej rozlewni octu [jabłkowego] w P. na ulicy 3 Maja.

Po lewej stronie wytwórni stało kilka innych podobnych kamienic, gdzie zamieszkiwały pracownice fabryki z rodzinami. Było to towarzystwo z pokolenia przedwojennego, młode kobiety, mężczyzn jakoś mniej pamiętam, piękni ludzie, z charakteru, honoru, prości, uczciwi, wytrwali. Pracowali ciężko, bawili się (widziałam występ zakładowej grupy tancerzy i śpiewaków na scenie, którzy zaraz potem odeszli do swych obowiązków). Zarządzała nimi jakaś starsza kobieta, która zakasała spódnicę i bez jakiegokolwiek wstydu demonstrowała gołą pupę. Była z tym absolutnie naturalna. Nad nią był starszy poważny mężczyzna, który wydawał jej polecenia. Patrząc na to usiadłam na przystanku autobusu, przytuliłam głowę do barierki i popadłam w tęskny podziw.

Czy było to wnętrze egregora narodu polskiego? Wydaje się mieć jakąś ochronę najwyższego. I najwyższej. Nasze żywe marzenia o idealnym państwie, uczciwej demokracji (stara zarządczyni z gołą pupą), Bogu, honorze i ojczyźnie... To stamtąd wychodząc odwiedził mnie kiedyś świeżo zmarły ojciec, zapraszając na rozmowę do kawiarenki w stylu lat 40-tych, z grubą barmanką za ladą i z grającą z płyt przedwojenne przeboje nakręcaną tubą stojącą  na szafce. Dźwięk, który wyszedł spomiędzy moich szczęk, ze Szczeliny, ust Iśwary, to fragment nazwy: Warszawa...

18:15, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lutego 2018
Stream-ball

Wizja: po lewej coś jak mur czy kamienna struktura, zakończona brązowym długim wąskim obmurowaniem. Wygląda jak brązowy pas, w który wmontowane są szare kule, a jeśli to płaski pas to szare kółka. Kilka, trzy, może cztery. Nie wiem co to. Zastanawiam się. Gdy nagle słyszę realny dźwięk w swojej głowie, wydobywający się jakby z takiej kulki gdzieś w uchu wewnętrznym, prawym. Kobiecy automatyczny głos wypowiedział szybko coś, co może dałoby się zapisać jako angielskie: stream-ball. Otworzyłam oczy nieco wystraszona.

Sprawdziłam w słowniku, bo angielskiego nie znam. Stream-ball znaczy strumień-piłka, lub kulka, nurt/prąd kulkowy/piłkowy, można też rozumieć jako ciąg/seria piłek. Kamienna struktura to obraz twardej materii, brązowy pas jak kora drzewa, obramowanie, granica materialności, i strumień właśnie. JB uważa, że brązowy kolor to brudna czerwień, czyli zanieczyszczony urojeniem minusowy poziom kauzalny. Podejrzewam, że może być nieco inaczej. I wiąże się to z dziedziną kontroli karmy. Rzecz do zbadania. W owej strukturze brązowej tkwiące szare komórki-umysły-roty informacyjne, jakby zaszczepione sztucznie.

Dwie noce później sen: przy kiosku na rogu głównej ulicy i Dworcowej w P. spotykam przypadkiem Ewę Chodakowską (szanuję ją za „Mszę wędrującego”). Witamy się i ona zaprasza mnie na piwo. Ucieszona zgadzam się natychmiast. Lądujemy w jakiejś restauracji w starym kamienicznym wnętrzu.  Ewa daje mi namiar na fajną salę, gdzie można sobie poćwiczyć. Już zaraz tam jestem. Sala gimnastyczna z jedną ścianą w nietłukących się lustrach. Dostajesz piłkę i kopiesz do bramki (lustra są za nią). Piłka odbija się od ściany i można ćwiczyć od razu odbiór piłki i różne posunięcia strategiczne, aby znów w nią trafić. Taka gra ze sobą. Poćwiczyłam mniej i bardziej udanie.

W tym śnie przewodniczka dała mi wskazówkę jak ćwiczyć. To zapewne metoda Jarka, śnisz, interpretujesz i grasz dotąd, aż zrozumiesz. Lustro - kim jesteś. Seria piłek, stream-ball to w takim razie cykl snów tematycznych. Lub sposób na zrozumienie tego, co ów strumień niesie.

11:30, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 lutego 2018
676

Zamykam w boksie zwierzęta, znajduję w nim żółte zabłąkane pisklę, ratuję, nim kozy tam wejdą i je stratują. Zabezpieczam dobytek. Jestem w długim oświetlonym sztucznie korytarzu, patrzę z jednego jego końca na drugi na wprost siebie. Po bokach są owe pomieszczenia oborowe. Na końcu znajduje się przejście łukowato zakończone, w kolorze błękitnym i żółtym, oraz zapewne korytarz równoległy. Jestem młodym zakochanym mężczyzną, i patrzę na stojącą tam kobietę, która urodziła moje dziecko. Kobieta podchodzi ku mnie. Kryjemy się w jakimś ciasnym zakamarku korytarza, gdzie jest też kran i stoi wiadro pełne jakichś ziaren, pewnie do karmienia ptaków, wielkości prosa albo gryki. Kobieta trzyma maleńkie dziecko, niedawno urodzone i przytyka oseska do piersi. Słychać gdzieś na górze, na powierzchni ogromny huk, walących się drzew, budynków, wichru. Czuć jak drży ziemia ponad podziemnymi pomieszczeniami, trzęsie się. Kosmiczny kataklizm. Osłaniam w kącie oboje z dzieckiem swoim ciałem.

- Słyszysz to? Słyszysz? Uspokój się! - przekrzykuję głuchy dźwięk nad nami.

Potworny huk, drżenie, przytłoczenie, gaśnie światło.

10:55, transwizje
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 lutego 2018
Dwóch

Dzieje się we wnętrzu, pokój na parterze z oknem wychodzącym na zielony park. Z lewej strony biurka siedzi na krześle biała istota, mężczyzna, nakryty na ramionach i plecach rudą narzutą, odwrócony do mnie tyłem. Tak jakby udzielał wywiadu, czasem zerkając na mnie i w bok (może ktoś siedzi za biurkiem, nie widzę go), ale zawsze powracając do pozycji pochylonej i całkiem odwróconej. Stąd nie mogę przyjrzeć się dokładnie jego twarzy. Mówi, że jest ich dwóch, którzy przedostali się na tę stronę i kontrolują prawa karmy, a raczej to, że nie są od nich zależni.

11:32, transwizje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 lutego 2018
Senne domino

Prośba do czachulca: niech kontynuuje uświadamianie mnie. I co z tymi niewidzialnymi władcami?

Hipnagogi: czaszka z wielkimi oczodołami kosmity przemienia się w twarz małego chłopca. Zrazu biorę ją za czachulca i potem mnie. Trzymam w ręku gitarę o grubych i szeroko rozstawionych strunach. Nie znam chwytów gitarowych, ale usiłuję przyciskać struny w różnych miejscach. Nawet bez szarpania prawą ręką słychać cichy dźwięk, miłe uchu drganie potrącanych naciskanych strun na gryfie. Zaczynam słyszeć głośną muzykę, rockowy utwór, męski śpiew po angielsku, w tekście pada słowo-imię Lajla.

Rano, wpisując tytuł Layla w google znalazłam informacje i piosenkę w internecie. To dawny przebój Ericha Claptona (dawno, albo w ogóle go nie znałam). Pisze o nim Wiki.

Layla” – ballada bluesrockowa zespołu Derek and the Dominos, wydana na albumie Layla and Other Assorted Love Songs z grudnia 1970 roku. Utwór, który wydano także na singlu jest uznawany za jedną z najlepszych ballad miłosnych w historii. Wykorzystuje skomplikowaną gitarową figurę retoryczną autorstwa Erica Claptona i Duane Allmana, a także fortepianową kodę nagraną przez Jima Gordona. Obie, wyraźnie różniące się od siebie partie Clapton i Gordon skomponowali oddzielnie, ale zostały one połączone w jeden utwór. Inspiracją do powstania tego utworu był klasyczny perski poemat Lajla i Madżnun opowiadający o młodym człowieku, który z powodu swojej miłości do pięknej Lajli zyskał przydomek szaleńca (czyli Mandżun).

Zespół Derek and the Dominos – grupa rockowa założona przez gitarzystę Erica Claptona w 1970 roku, grająca blues rock. Clapton założył ten zespół po rozpadzie supergrupy Blind Faith [Ślepa wiara]. Tak samo jak poprzednia grupa, Derek and the Dominos nie istnieli zbyt długo.

Zainteresowała mnie nazwa zespołu. Derek może być skrótem od imienia Teodoryk, Dominos zaś odnosić się do płaszcza z kapturem, noszonego jako przebranie na maskaradach, jak i do grupy Panów-dominatorów, dominusów. Byłoby to nawiązanie do Androgynów-Graczy!

Teodoryk imię męskie pochodzenia germańskiego. Poza zbliżonym brzmieniem, nie ma ono wiele wspólnego z imieniem Teodor. Pierwszy człon to germ. Þeudo, stsas. Thioda, stwniem. Diot — „lud”; drugi, -rich, -rik, to „potężny, królewski”, później także „bogaty, wysoko urodzony, dostojny”. Niektóre możliwe staropolskie zdrobnienia: Dyt(ek), Dytko, Dytel, Dytka (masc.), Dytusz, Dzietko, Dziec(z)ko.

Od imienia Teodoryk wywodzi się nazwisko Tudorowie — dynastii rządząca w Anglii.

Leila (ar. ليلى) – używane na całym świecie arabskie imię żeńskie pochodzące z języków semickich, od rdzenia trójspółgłoskowego: L-J-L (ليل, rdzeń wspólny z hebrajskim rzeczownikiem Lilith) i oznaczające „noc”; z czasem nabrało znaczenia „urodzony w nocy”, „ciemnowłosa piękność” lub „ciemna piękność”, w innych językach także jako Lejla, Leyla, Layla, Laila. Występujące w krajach nordyckich imię Laila (Leila) pochodzi od lapońskiego rzeczownika Láilá, który jest wariantem imienia Helga oznaczającego święty.

Tekst piosenki po polsku brzmi:

Co zrobisz, gdy zostaniesz sama
Nikt nie będzie czekał u twego boku?
Uciekałaś i chowałaś się o wiele zbyt długo
Wiesz, że to tylko twoja głupia duma
Layla, rzuciłaś mnie na kolana
Layla, błagam, skarbie proszę
Layla, kochanie, nie ukoisz mojego zmartwionego umysłu?
Próbowałem cię pocieszyć,
Kiedy twój dawny mężczyzna cię zawiódł
Niczym głupiec zakochałem się w tobie
Wywróciłaś cały mój świat do góry nogami.
Wykorzystajmy tę sytuację najlepiej, jak się da
Zanim kompletnie oszaleję
Nie mów mi, że nie ma wyjścia
Powiedz mi, cała ma miłość jest na próżno?

I jeszcze:

Figura retoryczna w muzyce to np. struktura melodyczna, ale też użycie w określony sposób pauz, środków harmonicznych, a nawet świadome zastosowanie zakazanych, błędnych z punktu widzenia sztuki kompozytorskiej, harmonii i kontrapunktu, skoków melodycznych, nierozwiązanych czy nieprawidłowo rozwiązanych dysonansów itp., które mają za zadanie wyrażać z góry określone pojęcia, uczucia i emocje, np. ilustrując tekst, na którym oparta jest kompozycja.

Koda lub coda (z języka wł., w dosłownym tłumaczeniu: ogon) – zakończenie utworu muzycznego. Koda jest typowa dla większych form muzycznych: formy sonatowej, fugi, również niektórych tańców. Może być krótkim ozdobnikiem, kilkoma akordami ujętymi w kadencję lub dłuższym fragmentem, niekiedy utrzymanym w narastającym tempie i dynamice. Koda, wykorzystując motywy utworu, ma stanowić jego podsumowanie i zamknięcie.

Wniosek: Im głębiej w las, tym więcej drzew.

11:15, transwizje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum