bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
czwartek, 22 listopada 2012
Ognio-mętnie
Przed ostatnią bombową aferą w naszym kraju miałam serię obrazów wizyjnych, z których zapamiętałam wysoką blondynę z końskim ogonem stojącą tyłem, a u góry obrazu, jakby ze strefy trzeciego oka ponad oczami i pułapem mojego wzroku poruszyły się smoliście czarne, ohydne odnóża pajęczego stwora. Znam te stwory z dawnych widzeń, także nawet "wizyt", choć nie wiem kto u kogo bywał. Są dwojakiego rodzaju, oba bardzo pierwotne, coś jak żywa sieć energetyczna, ale świadoma. Może strażnicy światów, nie mam pojęcia. Ogromne pajęczo-korzenne istoty z głębin. Jedne są szaro-czarne, bezwzględnie złe i okrutne, nie robiły na nich wrażenia żadne modlitwy ani mantry, w ich gestii jest śmierć i destrukcja, zaprzeczenie. Drugie są czerwone, w kolorze ognia, wiecznego ognia. Są strażnikami praw życia. Ich cechą charakterystyczną jest posłuszeństwo tylko jednej znanej nam istocie. Chrystusowi. Wbrew pozorom są potężniejsze od ciemnych, choć pozostają w naszym rozumieniu równie do tamtych prymitywne (strzegą prastarych podstaw) i równie straszne, uaktywniają się w dużej mierze dość mechanicznie, poprzez pieczęć i dźwięk. Nie tylko jest to znak graficzny. Chronią każdego, kto jest nim oznaczony przed wejściem w ich prastary świat. Czyli kto jest starszy od nich. Znakowi musi towarzyszyć Imię. Własne. Zawiadują Mocą. Czymkolwiek ona jest i jak ją rozumieć. Mocą Źródła. Wczoraj obejrzałam wreszcie, po trzykrotnych podejściach film "Źródło". Hm, te znane mi ogniste pająki (lub ich zaprzeczenie, pająki mroku) przypominają z wyglądu plątaninę korzeni wyrwanego z ziemi drzewa. W czasach, gdy mi się ukazywały miałam zawsze nagły odruch przestrachu na widok ujawnionych, wyrwanych korzeni, czy to drzewa czy krzewu, napotykanych na przykład podczas spaceru w lesie czy plantowaniu ogrodu. Drzewo życia to między innymi symbol genotypu. Resztę można sobie dośpiewać. No, dobrze, dla ochłody dodam trochę wody. Przedwczorajszej nocy zmywałam naczynia w cudownej strudze pod świętą górą Grabarką. Nagle zaczęłam grzęznąć. Woda płynęła, ale miała dużo błotnistych mielizn, i właśnie utknęłam w jednej z nich. Zapadłam się prawie po pas i w końcu zaczęłam wołać pomocy, aby ktoś mnie wyciągnął za rękę... Rano ogłosiłam, że będą kłopoty ze zdrowiem. I zaczęły się już następnego dnia rano. Hm, nerkowo-kamicowe przypadłości. Ich pierwszy atak miałam zaraz po śmierci Mamy. Nie jadłam ani nie piłam przez tydzień, ostatnie chwile jej życia. Po pogrzebie mocz w kolorze ciemnorudym mnie przeraził i zmusiłam się coś przełknąć. Dość szybko wszystko się wyrównało, ale jakieś naruszenie równowagi w ciele pozostaje. No, i zaczyna się czasem odzywać.
17:29, transwizje
Link
niedziela, 04 listopada 2012
Rzeczywistnie

Ludzie nie przestaną mnie dziwić. Zaskakiwać negatywnie. Nigdy nie miałam szczęścia do spotykania wspaniałych, cukierkowych osobowości i nie zabiegałam o to. Jak jest cukierkowość, to przeważnie wspaniałość jest domalowana. Wszystko pic. Portale, witryny, profile, blogi, zdjęcia, filmy, plakaty, pozy, wizerunki, fotomontaże, malowidła, słowami, obrazkami, koloryzowane. Najbardziej w tym zadziwia mnie jeden prosty fakt. Jestem jaka jestem. Żyję już długo, na tyle długo, aby wyciągać wnioski z wielu doświadczeń. Już dawno, bardzo dawno wiem, że każdy opis jest wybiórczy i koloryzuje, i zniekształca rzeczywistość. Podobnie jak obraz, czy to czarno-biały, czy kolorowy. Bo świat jest inny. życie jest życiem, rzeczywistość jest wielostronna i nieujmowalna w żaden szablon, choćby najpojemniejszy. Tak samo ludzie są różni. I na ogół niedopasowani. Lecz nauczyłam się widzieć charaktery wielowymiarowo, tak, że rzadko coś w kimś mnie złości, denerwuje, budzi emocje, jakiekolwiek, czy dobre, czy złe. I to, co mnie zadziwia, to konstatacja faktu, że mało kto widzi wielowymiarowo. A między ludźmi, w relacjach zachodzi dowalanie sobie emocjami, które rodzą się na bazie życzeniowości, idealizacji i schematyzacji, mających priorytet przy ocenie rzeczywistości.
Kiedy pisze ktoś do mnie w tonie przesadnego zachwytu, szacunku, rozciekawienia, gorączkowej chęci poznania się, bo oto mój opis zgadza się z odbiorem świata rzeczonej osoby, płci obojej i wieku różnego, to mnie zapala się już dzwonek alarmowy. Cholera, znowu. Znowu ktoś sobie coś wymyślił i ubzdurał, na bazie kilku sygnałów podobieństwa do czegoś, co się komuś wydaje, że jest podobne, może takie samo.
Ubzdurał z całą pewnością. Bowiem człowiek jest istotą fizyczną i biologiczną i jego zmysły są dostosowane do działania w rzeczywistości, a nie w świecie wirtualnym, fantastycznym i informatycznym. Tutaj zawodzą wszelkie intuicje, podświadome przeczucia i wrażenia, a marzenie zaczyna nabierać koloru życia. Pseudo-życia. I nie ma inaczej.
Proszę na ogół w tym momencie o horoskop. I widzę, no, tak, bo to widać. Tu kwadratura, tam opozycja, ówdzie położenie w domu... Bąkam więc coś uprzejmie i ostrożnie, że sprawy nie wyglądają tak, jak sobie ktoś wyobraził. I tu zero zrozumienia. No, bo jak to? Jak to nie dawać szansy na rozwój znajomości, na pewno wspaniałej, tylko ze względu na rachunek astronomiczny? To determinowanie życia i ludzi!
Do tej pory nie byłam przesadnie zamknięta w sobie. A co tam, mam chwilę wolną, mogę coś opowiedzieć komuś, spędzić czas z jakimś człowiekiem, a nie w samotności, dowiedzieć się czegoś, czego nie mam okazji znać... I godziłam się, mimo wiedzy, na korespondencję albo i nawet spotkanie.
Drugim dzwonkiem ostrzegawczym jest chwila, gdy rzeczona osoba widzi mnie po raz pierwszy i konfrontuje swój idealny obraz, jakże plastyczny i "rzeczywisty" ze mną z krwi i kości. Uderza mnie telepatycznie mocne rozczarowanie. Bo nie jestem nikim specjalnym, a nawet mam wiele mankamentów i wad. Swoimi niewidzialnymi blaskami nie błyszczę na co dzień, mało tego, zbieram kurz i pot codzienny na siebie i najczęściej trudno jest mnie odróżnić od drzewa czy ławki obok. Należę do tych omijanych obojętnie po drodze do sklepu, wtapiających się w tło, w tłum, znikających w cieniu. I rejestruję w tej samej chwili kontr-odczucie. Rzeczona osoba, rozczarowana, nie jest w stanie uwierzyć w rzeczywistość swego pierwotnego wrażenia i w fakty, które widzi. Musiałaby przyznać się sama przed sobą do pomyłki, iluzji, nadmiernej idealizacji, niechodzenia po ziemi, nieznajomości życia, zaprzeczyć własnym zapewnieniom... W zamian - po sekundzie bez-namysłu, bo jest taka sekunda - zaczyna momentalnie okazywać super-akceptację mojej istności, przy czym wciąż jest nią zaskakiwana, i wciąż musi ją w sobie rozbudzać i dbać o nią nieustannie. Spychając prawdziwe odczucie, że nie, to to nie to, naprawdę (tak jak byłam stwierdziłam) w nieświadomość. Myśli zapewne: "Mnie się to zdaje, gdy tylko będę okazywać zgodę na te jej cechy, ona na pewno ujawni przede mną cały blask w pewnej chwili, taki jaki myślę, że ma"... I historia znajomości zaczyna się rozwlekać w czasie.
Ja nieustannie wybaczam osobie rzeczonej jej uzależnienie od iluzji i wciąż jestem sobą, szarą myszką z szaro-czarnymi humorami, a rzeczona wciąż udaje przed sobą, że jest wspaniale, tak jak myślała, że ma być. No, i czekam na wybuch niewypału. Nie da się nie wiedzieć, że wybuchnie, znając jako tako astrologię i przeanalizowawszy kilkaset horoskopów porównawczych. Jakże wielu lekceważy tę wiedzę. I ja się staram i ZAWSZE daję szansę losowi. Nigdy jej nie wykorzystał na konto fałszywej nadziei.
Ostatecznie, po wybuchu, zawsze wychodzi na moje, i nie moje. Bo staję się celem ataku najbardziej negatywnych, długo tłumionych odczuć rzeczonych osób. Staję się gorsza - w ich oczach, niż najgorsza. Winna wszystkiego. Całego błędu niewinnej i jakże czystej wiary owej rzeczonej osoby. Oszukanej, zrobionej w bambuko, zwodzonej przez moją, a jakże, hipokryzję.
Choć jedyną moją winą było danie przyzwolenia na poznajomienie się i kontynuowanie znajomości, wbrew Wiedzy. Nie, nie chodzi tu tylko o astrologię, czy inne nadzmysłowe źródło. Jeśli ktoś jest dobrze osadzony w rzeczywistości i dorosły to przecież doskonale wie, że nie można zaprzyjaźnić się korespondencyjnie czy przez internet, a co dopiero cokolwiek więcej, nie znając danej osoby wprost, bez spotkania NAJPIERW oko w oko. Rzeczywistość, tylko fakty są matką zjawisk i uczuć, i związków jak najbardziej pozytywnych i wyrastających spontanicznie w górę, wszerz i wzdłuż, praktycznie i realnie. I tylko konkret się liczy. Żadne nadęcie i wzdęcie, żadne portale, witryny, profile, reklamy, blogi, wizytówki, foldery, listy, telefony. Tylko rzeczywistość!

22:22, transwizje
Link Komentarze (1) »
Archiwum