bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
niedziela, 09 listopada 2014
Telewizyjnie

Nadeszły długie nudne wieczory. Zatem oglądam w necie co mi akurat przyjdzie do głowy, albo przypadkiem się wyklika. Tym razem znalazłam biograficzny niemiecki film o Marlenie Dietrich, z polskimi napisami. "Marlene" z roku 2000. Film jak film, biografie rzadko bywają dziełami sztuki, służą przekazowi informacji i wyobrażeń na ich temat, czyli powielaniu mitu na temat osoby. Zafascynował mnie jednak szczegół, którego nie znałam. Długoletni romans Marleny z niemieckim oficerem wermachtu o moim nazwisku. Zresztą film pozostawił sprawy niedopowiedziane, czy czasem w grę nie wchodziła także siostra oficera. Czyli Karol i Karolina. Z rzadka to nazwisko pojawia się w filmach (pamiętam je z jakiegoś rosyjskiego filmu o Stalingradzie), a także z książek, Sapkowskiego (on pierwszy kazał mi szukać korzeni głębszych, niż 2 pokolenia), jakiejś wzmianki z biografii polskiego jasnowidza Czapskiego, który przy pomocy hipnozy chędożył hrabiankę wymienionego rodu), wzmianki w książce Dickensa "Klub Pickwicka" o kroplach Seidlitza sprzedawanych powszechnie w aptekach tego czasu oraz przynależność barona v. S. do siedmiu głównych wtajemniczonych w stowarzyszeniu Thule, którzy zginęli w monachijskim zamachu, i tyle. Dopiero księga genealogiczna, wydrukowana prywatnie na Śląsku gotycką czcionką, w dwóch częściach, w 1905 roku i doprowadzona do połowy XIX wieku, począwszy od XII, sporo mi uświadomiła. Choć wciąż jej nie przestudiowałam, bo musiałabym w tym celu nauczyć się niemieckiego. A do tego nie mam zamiłowania i nigdy go nie miałam. Poruszone filmem zainteresowanie jednak uświadomiło mi pewną "naszą" wspólną cechę, ludzi tego nazwiska, czyli z jednego korzenia, lecz żyjących od wieków po dwóch różnych stronach barykady, niemieckiej i polskiej. Jest więcej tych cech. Ale pierwsza i najważniejsza to honor i patriotyzm związany z krajem urodzenia. Podobno, jak mi powiedział mój polski plemiennik, nikt z Polaków o tym nazwisku nie podpisał volkslisty w czasie wojny, choć byli wiele razy bardzo uprzejmie namawiani do tego, a przeciwnie, często aktywnie walczyli w ruchu oporu i partyzantce. Zgadza się, tak było z moim dziadkiem. Niemieccy S., jak widać przeszli swoje dojrzewanie po ciemnej stronie mocy, trzymając się także tej samej wartości. Inna cecha to romantyczne samozatracenie. Lub tylko samozatracenie nie wiadomo z jakich powodów, lub głęboko ukrytych przed otoczeniem.

Po ojcu mam skłonność do koszmarów i transu, także pewne leczące zdolności (on miał większe, może dlatego, że był lekarzem, a mnie medycyna mało interesuje, chyba, że leczenie ducha). Nie wiem jak było w poprzednich pokoleniach, w każdym razie męska linia rodziny, jak udało mi się zarejestrować w pamięci w dzieciństwie, miała dużą skłonność do alkoholizmu. 

No, ale dokończę opowieść. Ponieważ film zdołał tym prywatnym szczegółem przykuć moją uwagę wieczorem, zerknęłam jeszcze w horoskop Marleny, bo w końcu mam z nią koniunkcję Słońc (ona z 27 grudnia, jak moja babka, ja z 28). No, i odkryłam koniunkcję Jowisz-Saturn-Mars w Koziorożcu, co też ma się nieco do mojego horoskopu podobieństwem energetycznym (mam Marsa i Saturna w Koziorożcu, choć nie mają związku ze sobą, oraz słabą koniunkcję Saturna z Jowiszem w Wodniku). Poszłam z tym spać, bo zrobiło się późno, a ponieważ myśli jeszcze szalały, podjęłam próbę nawiązania osobistego kontaktu z Marleną, powiedzmy jej "duchem", ale raczej zespołem pamięci zarejestrowanym w Akaszy.
Kiedy zaczęłam zasypiać przyszedł nagle trans, od strony stóp. Wrażenie, że nogi uniosły się nad łóżkiem lekko jak piórko było na tyle realne, że czekałam, aż uniosę się cała w lewitacji. Ale nie. Pojawiła się wirująca energia ogarniająca stopy i rozległ się przyjemny dźwięk orkiestry, wprowadzającej "nogi" na scenę. Puściłam tam znaki. Wirowanie stopniowo ustało, obudziłam się na jawie, spokojna. Potem do rana śniła mi się Marlena, jej życie rodzinne, od młodości po starość, była despotką zarządzającą życiem innych rygorystycznie i drobiazgowo, także już jako babka. I tyle. Taką właśnie miewam swoją prywatną tele-wizję w te długie listopadowe noce.  

10:38, transwizje
Link Komentarze (3) »
czwartek, 06 listopada 2014
Dymnie

Senwizja wczoraj, w środku nocy: akcja dzieje się w Anglii. Jest po jakiejś katastrofie, może szeregu katastrof. Panuje ciemność. I chaos. Jeżdżą długie pociągi specjalne, pracują służby ratownicze, jest wiele śmierci, nie wiem z jakiego powodu. Jestem chłopakiem, który z dwoma kolegami usiłuje znaleźć jakieś bezpieczne miejsce dla siebie. Najpierw jedziemy pociągiem, stojąc na korytarzu, na dworcach przemieszczają się tłumy ludzi. W pewnym momencie jeden z kolegów (był nim mój rzeczywisty kolega z dzieciństwa, Mariusz) wysiadł, być może oczekując, że zrobimy za nim to samo. Ale zanim się zdecydowaliśmy okazało się, że drugim torem przejeżdża z przeciwnej strony potężny pociąg transportujący czołgi. W ten sposób straciliśmy się z oczu bezpowrotnie. Wszystko zmieniało się tak szybko, nie było czasu na żal ani zastanowienie, ani żadne plany. Wysiedliśmy na innej stacji, był tam potężny dworzec. W poczekalni urządzono awaryjną kostnicę. Właśnie przywieziono i ułożono na stołach ciała zmarłej gwałtownie rodziny. Rodziców i pięciorga, może sześciorga dzieci. Na twarzy matki zastygła mina zatroskania o dzieci. Przemieściliśmy się jeszcze kawałek i postanowiliśmy tam zostać na razie. Choć w mieście działał ogromny piec ciepłowniczy (przypominał komin elektrowni), którego zdecydowano się nie wygaszać, a trujące dymy zanieczyszczały okolicę do tego stopnia, że każdy młody człowiek, taki jak my, miał tam szansę pożyć najwyżej do 40 lub najwyżej 50 roku. Godzimy się na to świadomie. Liczy się teraz ciepło, bo nadchodzi zima.

17:47, transwizje
Link
Archiwum