bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
poniedziałek, 27 listopada 2017
Lupa Mocy

Wieczorem wysłuchałam wywiadu z jutubowego filmu „Opowieści Ojca Pio” 8-9. Facet mówi w nich o prastarych ukrytych urządzeniach sprzed powstania ludzkiej rasy, które strzegą Ziemi.

Sen w środku nocy: siedzę na jakimś wzgórzu-skarpie (wysoka linia graniczna). Przede mną rozciąga się niski i dość wąski pas plaży, dalej woda. Nie pamiętam czy szerokiej rzeki czy jeziora, czy zatoki morskiej. Woda jest dość płytka. Coś się w niej porusza, jakieś zwierzęta wodne, może duże ryby, których z oddali nie rozróżniam. Może drapieżne? Trzymam w rękach jakieś urządzenie. Rodzaj dalekosiężnej lupy, może na jakimś wysięgniku. Kojarzy mi się to ze szkłem powiększającym, którym skupia się wiązkę światła, aby nią dotknąć czy oświetlić jakiś daleki przedmiot. Dosięgam powiększeniem przez okrągłą lupę owe zwierzęta poruszające się w wodzie i z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że są to dwa słonie, po pas zanurzone w wodzie. Moje działanie ma dziwny cel. Umieszczam obraz słoni w obrębie okularu i projektuję go na jakąś sferyczną niewidzialną osłonę Ziemi, albo może szklany pas sfery otaczającej z zewnątrz atmosferę. Następuje odbicie i zarazem powielenie obrazu i nagle, w miejsce dwóch, widzę przed sobą nieskończone mnóstwo słoni zmierzających ku brzegowi i wzbierającą za nimi falę, już nie rzeki czy zatoki, lecz wielkiego Oceanu.

System odbić i projekcji. Pamiętam, Goethe z zapałem studiował optykę, uważając, że w niej jest tajemnica tajemnic.

12:13, transwizje
Link
środa, 15 listopada 2017
Bez intencji

Sen sprzed kilku dni, pod wpływem systemacji Jarka Bzomy, mający być zaprogramowany, okazał się tak jakby bez intencji, poniekąd spełnił się. Szłam w nim ulicą nieznanego miasta. Przystanęłam na chwilę na skrzyżowaniu szerokich ulic. Chciałam iść prosto, po drugiej stronie ulicy ciągnęły się cienkie wieżowce, mające na swoich szczytach coś w rodzaju metalicznie błyszczących anten. Ulicą przejeżdżał autobus miejski, zatrzymał się obok na przystanku. Nagle odniosłam wrażenie, że w podziemiach tego sennego obrazu nabrzmiewa wybuchem jakaś ciemna energia. Przebiegło mi przez głowę, że ktoś podłożył bombę atomową, że niektórzy próbują ją namierzyć i zneutralizować (w snach sterowanych siłą umysłu), ale ona wybuchnie dosłownie za kilka minut. Przyglądałam się twarzom nieznanych mi ludzi wysiadających z autobusu, myśląc, że za moment przestaną istnieć. Nabrzmiewanie na chwilę ustało. Skręciłam w lewo, zamiast iść prosto. Tam poczułam się bezpieczniejsza.

Wczoraj okazało się, że Wojciech Jóźwiak zadeklarował poważne zmiany na Tarace. Wprowadzi na dniach nowe paradygmaty, z powodu czego duża część autorów, blogerów i oneironautów będzie musiała poszukać sobie nowego miejsca do publikacji. Między innymi pożegnała się z pisaniem u niego Kasia U., którą znam osobiście i chyba poprzez którą dostałam ten sen.

Dziś zaś sen na inny temat. Obudziłam się w nocy, słysząc jakiś ciężar napierający na dom od północnej strony. Pomyślałam, że złamał się stary klon tam rosnący. Zaczęły mi się zwidywać kształty chylących się ze starości i upadających drzew, w tym owego klonu (który jest drzewem życia byłego współwłaściciela siedliska). Oraz ich cienisty bezwładny ciężar napierający z zewnątrz na rogi chaty (feng-szuei) i usiłujący wniknąć do wnętrza. Pobiegłam do sieni i tam z trudem przymknęłam drzwi, wypychając na zewnątrz pchający się do środka cień. Potem stałam na trójkątnym skrzyżowaniu dróg przed zagrodą i trzymając na lince ubranego na biało szczupłego trupa (miejscowego przodka) starałam się nim zakręcić tak w powietrzu, aby złapał energię, jak przy wyrzucaniu kuli i wirował unosząc się sam w powietrzu, bez mojego większego wysiłku. Robiłam to dwiema rękami, raz w lewo, raz w prawo, co przypominało znak jang-in. Były też sceny z miejscowego życia. Jakieś nieudane próby podniesienia mentalności miejscowych rodzin, uleczenia z nałogu alkoholicznego, nakierowania na wyższe cele. Mimo owych cieni zrozumienie symboli na jawie utrwaliło we mnie poczucie siły. Jestem w stanie oprzeć się miejscowym zbiorowym i zabobonnym energiom, równoważąc je, a nawet przekierowując w górę.

12:04, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 listopada 2017
Stara obrączka

Od poprzedniej zimy pracuję z przerwami nad swoją pamięcią genetyczną. Dziwnie brzmi. Nie ma jednej metody. Podpowiedzi, a raczej inspiracje zbieram z różnych kierunków. Nieco od Hallingera, nieco od kobiet zajmujących się podobnymi sprawami. Tu poczytam, tam podsłucham, gdzie indziej porozmawiam. W każdym razie od początku towarzyszy tym moim wysiłkom, łączącym różne metody i pomysły własne, widzenie. Koncentracja do wewnątrz, równomierne oddychanie z powiedzmy-mantrami, sprawia, że szybko pojawiają się pewne obrazy. A raczej obraz pierwotny, który przybiera różne kształty, czy aktywność. 

Widzenie tego typu zaczęło się w szpitalu, podczas leczenia zakażenia wirusem KZM. Dostrzegałam wtedy wirusy na jawie, rzutowane na ścianę czy sufit. Obserwowałam niejako na żywo proces ich unicestwiania. 

W zimie podobnym sposobem, ale dopiero po zamknięciu oczu, zaczął ukazywać się pewien kształt. Który starałam się zrozumieć. Uznałam z początku, że to przywra, bo najbardziej do niej był on podobny, podłużny walcowaty, zwężony z obu końców, przecięty wzdłuż wyraźną linią. Czasem otwierał się i wychodziły z niego wieloodnóżaste czarne stwory, wirusy. Śledziłam ten proces dość długo, aplikując sobie różne witaminy, zioła, leki naturalne i mniej naturalne, w celu oczyszczenia organizmu. Dolegliwości stopniowo zmniejszyły się, a nawet powiedziałabym ustały. Jednak "przywra" pojawiała się dalej. Unosząc się, płynąc, czasem mnożąc się, a czasem znikając, "zjedzona" przez światło.

Wysnułam hipotezę, że kształt ów niekoniecznie jest związany z faktyczną klątwą rodzinną, której doświadczyłam jako niemowlę, a jaką starałam się zneutralizować. Że jest jakąś formą komórki macierzystej i ma silny związek z kobiecością. Poniekąd podobny do kobiecego narządu zewnętrznego, niekiedy zamieniał się w kulę, wibrującą przedziwnie (nie opiszę) i wirującą jak nagrana płyta, pokryta tysiącami drobnych plamek, który odbierałam jako zakodowane pismo, zapisy pamięci. Czasem widziałam większe i wyraźne napisy, różnym drukiem pisane, łacińskimi literami, albo dziwnymi klinami i piktogramami, nieco podobnymi do pisma chińskiego. Wiedziałam, że tak ukazują się klątwy rodzinne, więc zawsze starałam się je wtedy odciąć odpowiednią formułką:Przebaczam i odcinam. 

Osiągnęłam sukces na tyle, że w snach odtworzyła mi się pamięć mojego taty, a potem jego matki, z chwili, gdy owa klątwa padła. Ułatwiło mi to zrozumienie sytuacji, przyczyn i przebaczenie im. Wiem, że nie na mnie została rzucona, ale ja ją przechwyciłam, pojawiając się właśnie na świecie. W dodatku postać ojca pomogła mi w kryzysie chorobowym, który mnie dopadł, podpowiedział mi gdzie i jakiego mam szukać lekarstwa na dokuczające dolegliwości. Znalazłam, pomogło.

W końcu "przywra" zamieniać się zaczęła w kobiece usta. Czasem poruszały się, jakby coś mówiąc. Czasem ukazywała się do nich twarz młodej, nieznanej mi kobiety.

Wspominam o tym, bo wczorajszej nocy znów się pokazała. Najpierw przywra, potem wyraźniej usta, potem wokół głowa i sylwetka człowieka. W pierwszej chwili wydał mi się podobny do człowieka w masce p/gaz, zaraz potem maska przybrała formę ryja świni. Dopiero później okazało się, że człowiek ów był w mundurze z epoletami na ramionach. Ze zdumieniem rozpoznałam w nim księcia Aleksandra, siebie. Zaraz dołączył do niego kształt koła, wirujący nad jego głową. Pierścień, obrączka, tak obrączka... 

Poniekąd znam tamtą historię. Częściowo z historii, częściowo przypomniała mi się w wielu snach w czasach, gdy jego życie w mojej pamięci "eksplodowało". Niedługo przed śmiercią chciał się rozwieść. Powstał z tego istny skandal na salonach. Żona nie chciała o niczym słyszeć. To,co pojawiło się w mojej pamięci to romans z młodą dziewczyną, na wsi. Trafiłam na tę sprawę, ukrytą potem starannie przez rodzinę, a raczej dwie rodziny, ponieważ dziewczyna, już w ciąży została potajemnymi staraniami bliskich wydana za mąż, i urodziła dziecko, syna. W czasie, gdy Aleksander już nie żył. Ta jego nagła śmierć, spowodowana ugryzieniem przez świnię, wyglądała zresztą jak skutek klątwy. 

Co mnie teraz zdumiało? 

Naprawdę pracuję nad pamięcią rodziny obecnej. Nie wiem do końca jak to się ma do twierdzeń nauczycieli owych pamięciowych metod, choć spotkałam się z pewną krótką wypowiedzią, że wszelkie wrażenia przypisywane poprzedniemu życiu są tak naprawdę genetyczną pamięcią przodków, zapisaną w ciele. Zostawiłam życie Aleksandra, którego dowieść nie jestem w stanie nawet sama sobie, nawet pamiętając szczegóły, których nie zna historia, i obserwując "przywrę" zawsze nastawiałam się na odczyt genotypu obecnego rodu.  Ten obraz zaskoczył mnie, zaciekawił, nie rozumiem więcej, niż rozumiałam dotąd. Jednak praca trwa dalej. Ot, zanotowane.

20:35, transwizje
Link
Archiwum