bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
sobota, 30 grudnia 2017
Układanie puzzli

Rozłożyłam sobie wczoraj Mandalę Roku. Wieczorna prośba dotyczyła jej zrozumienia.

Byłam obserwatorem patrzącym na akcję rozgrywaną maleńkimi istotami. Najpierw najwyżej – lot w dół – najwyższej Świadomości, która posiadała wiele ciał, każde inne i co innego robiące, lecz będące jednością. Lecąc w dół i mijając poziomy byty owe tworzyły swoje repliki, bądź odbicia, projekcje, inne byty, żeńskie męskie, więc chyba replikę najwyższej warstwy (matka-ojciec-dziecko), zostawiając je za sobą. I wtedy komunikowanie się z Jednym stawało się bardziej skomplikowane. Znalazłam się w pokoju z łóżkiem, w którym leżała młodo wyglądająca nieznana mi kobieta. Miała dzieci, opiekowała się nią najstarsza siostra, dyrygująca rodzeństwem. W końcu stwierdziła, że matka umarła i postanowiła działać. Odkryła matkę i nagle ciało drgnęło, usiadło na łóżku i coś usiłowało zrobić, ale bez przytomności. Córka okazała zdecydowanie, zaraz ciała nie było, wzięło je chyba pogotowie. I znalazłam się w swoim niebieskim samochodzie na skrzyżowaniu dwóch polnych dróg. Utknęłam pod wielkim budowlanym koziołkiem, nie mogąc zrobić skrętu. Zaczęłam widzieć sytuację okiem obserwatora z góry. Maleńki błękitny samochodzik pod wielkim koziołkiem. Zlatują się do niego z góry owe pierwsze postaci, części Jedynego, malutkie, prędkie, liczne, przypominają mi młodych czarodziejów ścigających się na miotłach. Widzę, jak dopadają samochodu, blokujący koziołek znika, obracają nim kilkakrotnie z ogromną łatwością, w prawo, w lewo, znów w prawo, w lewo, znów w prawo, aż ustawiły go na prostopadłej drodze zdaje się w lewym kierunku i wsiadły do niego, wymuszając na mnie podwiezienie. Obudziłam się, mając przed oczami wpatrującą się we mnie uważnie twarz Harrego Pottera.

Po obudzeniu się byłam lekko zdezorientowana. Znowu minusowość, pomniejszone byty, urojenia! Lecz nagle akcja stała się zrozumiała na bazie wylosowanych kart tarota i zrozumiałam swoją mandalę roku. I przynajmniej kilka ważnych wydarzeń. Oraz szykującą się zmianę. Potem jeszcze sprawdziłam zeszłoroczną wróżbę, znając przebieg roku. Rewelacja.I Odczytałam z liter przesłanie:

Ugryź to. Poluzuj (puść to), jesteś bezpieczna w cieple i błękicie, ułóż puzzle!

18:02, transwizje
Link
środa, 27 grudnia 2017
Siedem krasnoludków

Wieczorem oglądałam kolejną część Hobbita, bo okres świąteczny poświęciłam filmom fantasy. Przed snem poprosiłam Czachulca (jest to byt, który JB nazywa `ibburem, w moich snach stara czaszka prehistorycznego stwora, którą ugotowałam kiedyś przez przypadek w czarodziejskim kotle warząc leczniczy wywar) o pomoc w dalszym kontrolowaniu wpływu Ropuchy. Bo znów ją zobaczyłam, w postaci świecącego w ciemności zgrupowania fosforycznych plamek. W pierwszym śnie od razu zaczęłam spadać w dół i przestraszyłam się, że znów to wraca. Ale nagle zaczęły za mną skakać krasnoludki. Siedem ich. Po kolei każdy skoczył i dołączył do mnie. Rozbawiło mnie to tak, że się obudziłam na chwilę i podziękowałam za pomoc. I zaraz zasnęłam. Akcji snu nie pamiętam, tylko urywek, gdy siedzę w pokoju sypialnym, za oknem zmrok i zaczynają się rozlegać dziwne niepokojące dźwięki, przypominające poszum czy buczenie. Jakby odgłosy wojny, i cień się wzmógł. Na krótko przed obudzeniem odsłoniłam szybkim ruchem skrytkę w piwnicy, była to skrzynka z sianem, poruszały się w niej jakieś nieduże szarawo-brązowe stworzenia. Myszy? Pomyślałam odruchowo, ale one zamiast uciekać znieruchomiały. Policzyłam. Było ich sześć albo siedem. Acha.

Była ciemna godzina przed świtem, może 4. Obudziło mnie coś dziwnego. Szczególny odgłos. Nie mogłam go zlokalizować, czy we wnętrzu czy na zewnątrz domu, ale raczej na zewnątrz, od wschodu. Odgłos przypominał miarowe głuche uderzenia w bęben typu tam-tam. Jedno, cisza, drugie, cisza, trzecie, cisza, czwarte... Kiedy zaniepokojona obudziłam domowniczkę, wykrzykując|: "Co to?" niestety, dziwne bębnienia przestały się powtarzać i wyszło, że znowu coś mi się przypiździło we śnie...

Nie śpiąc poprosiłam o kontynuowanie zadanego kilka wieczorów temu tematu odzyskania złotej aury. Rano śniłam o Francu Zalewskim (ha, przedstawił się JB jako Ferluca facet z Salzburga, ja znam jeszcze jedno jego miano, Lomp-Sai), który uparł się spłynąć w dół dość wartką rzeką, przy pomocy starej, dawno temu pokrytej dziwnymi reliefami, teraz już częściowo zbutwiałej belki drewnianej, na której siedział. Jednak kiedy dostał się w ten sposób blisko miejsca, gdzie rzeka obniżała się mocno, wpływała pod filary zbudowane pod wysokim budynkiem, a dalej ciemniała, robiąc ostry zakręt i robiła się niebezpiecznie rwąca, zrezygnował z zamiaru. Chwilę medytował, ustawiwszy tę belkę w poprzek nurtu rzeki i utrzymując się na niej jak na wąskiej kładce, po czym ruszył z powrotem. Kicając z wysiłkiem na belce jak na szczudle w górę rzeki, z powrotem z miejsca, skąd ruszył. Filmowaliśmy ten jego wyczyn z brzegu. Dotarłszy do placu wyruszenia (był to placyk handlowy przed dawnym budynkiem żydowskiej bóżnicy w mojej rodzinnej miejscowości) zaczął szukać miodu. Wzdłuż ogrodzenia ustawione były metalowe cysterny należące do różnych osób, które ruszyły stąd wcześniej i jeszcze nie wróciły. Musiał być w nich miód, bo fruwały wokół pszczoły. Były jednak zakorkowane, a poza tym zdaje się już prawie całkiem puste. Za rzędem owych cystern znajdował się fragment placu odgrodzony siatką, zamknięty obszar należący do „emerytów”. Franc spróbował tam dostać to, czego chciał.

W porannym fejsie przy kawie przeczytałam taki oto świeżutki nius podesłany przez znajomych. 

11:23, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 grudnia 2017
Żel fosforyzujący

Ponieważ w snach zaczęła pojawiać się minusowość 2 poziomu, czyli pomniejszenie i powiększenie, tudzież spłaszczenie postaci i przestrzeni, za radą JB zajęłam się namierzaniem przyczyny. Śląc prośby o wsparcie do Dobrej Matki Demeter, która często ukazywała się i ukazuje w moich snach. Tym razem pojawiła się jako znajoma ogrodniczka pasjonatka. I odkryłam przyczepionego ducha. Szybkie śledztwo skojarzeniowe odkryło mi czyj to duch (rodzinny). 
Potem identyfikowałam czerwonego węża, i poznałam jego imię, Wielki Bung. Czyli Big Bang. JB określił w swoim śnie, że to ouroboros z głową na poziomie 10, czerwonym, energia Wielkiej Karmy. 

Z powodu duchów przypomniałam sobie różne swoje doświadczenia z ich odprowadzania, albo ataków astralnych i pojawiła się kwestia żaby. Jakiegoś rodowego naznaczenia, nie wiem czy klątwy, czy wezwania. Na razie pozostawiłam sprawę, bo od lat nie mam poważniejszych zakłóceń. Staram się dochodzić do wszystkiego także z pomocą emocji, nie tylko logiki. A one często przejęte są akurat czymś innym.

Prośba wieczorna była mało precyzyjna. Całe popołudnie studiowałam artykuły JB, potem jeszcze obejrzałam najnowszy 7 odcinek wywiadu z nim. Lektura wyjaśniła mi wreszcie racjonalnie i ostatecznie ową „wielorakość osobowości” czyli wielość zawartych w ludzkim ciele „bytów” z różnych poziomów świadomości. I moją nerwicę z tym związaną, mimo że przez lata wiele udało mi się wyciszyć. Coś się wewnętrznie odprężyło, poczułam to jako podmuch radości.

Mimo nieprecyzyjnej prośby, posłanej do Matki moje subtelne ciała zajęły się porządkowaniem relacji i naprawami tego, co zepsute. Zasypiając zaczęłam słyszeć jakieś głosy, odzywające się do siebie nawzajem, z jakiejś wewnętrznej oddali. W końcu jeden z nich, męski, przygłuszony zwrócił się do mnie z powagą, że mam prawo zdecydować czego chcę, co dalej robić, czym się zająć, oni się dostosują. Znalazłam się w gospodarstwie ogrodniczym z grupą młodych kolegów, jakby studentów czy praktykantów. Pracowaliśmy u gospodarza, który mnie zlecił nawożenie posianych grządek, a im kazał uszczelnić i odmalować budynek gospodarczy. Był murowany z cegły i posiadał wysoką wieżyczkę, zakończoną kopertowym daszkiem krytym posrebrzaną blachą. O ile ściany budynku nie sprawiały trudności, bo miały kilka metalowych drabinek, po których można było łatwo się poruszać w górę i w dół, to szczyt wieżyczki wydawał się już niebezpieczny. Jeden z kolegów, najmłodszy wydawał z siebie okrzyki zgrozy, ledwie zachowując równowagę, jednak udało mu się nie spaść. Gdy oni tam, zdaje się we trzech łatali czy mocowali lepiej pokrycie daszku wieży, ja na dole podlewałam grządki roztworem kompostowym dla użyźnienia gleby. W pewnym momencie roztwór się skończył, ale na dnie kubła były jeszcze jakieś wytłoczyny po ciemnych owocach typu czarne porzeczki czy aronia (to zazwyczaj u mnie symbol niedomagania lub choroby), więc z rozpędu polałam nimi koniec grządki. Zjawił się gospodarz, coś zrobiłam nie tak, bo zdążył już przykryć ten koniec grządki słomianą makatką i polałam makatkę zamiast ziemi. Otrzepałam nakrycie, wytłoczyny spadły na ziemię i tak sprawę załatwiłam. Potem znalazłam się na szczycie wieżyczki razem z chłopakami. Chłopcy już łatali ocieplenie ściany, schylając się w dół z daszku, bo nie było tam drabiny, i przybijając deski ochronne do muru. Jedna z desek była pęknięta i mogła się przy lada niedopatrzeniu uszkodzić do reszty, ale trudno ją już było wymienić, więc ją tylko silniej przybiliśmy. Kiedy zeszliśmy pokazywałam wszystkim spore obrzmienie, które zrobiło mi się na prawej nodze, tuż powyżej kostki, podczas użyźniania grządki. Musiałam się niezauważalnie zranić, coś dostało się do mojego organizmu i tam teraz się odłożyło. Pod skórą był zgromadzony zielonkawy, świecący fosforycznie i prześwitujący przez nią żel, który stężał i mimo prób nie dawał się wycisnąć. Trzeba by to jakoś wyciąć operacyjnie.

Rozumiem. Żel to żaba, która powoduje, że w ciele emocjonalnym jestem widoczna dla duchów. Potrzebny jest jakiś rytuał (zabieg), aby się tego pozbyć. Czyli robota na kolejne noce wyznaczona.

11:39, transwizje
Link
niedziela, 17 grudnia 2017
Krótki czas

Obejrzałam w ostatnich dniach „Vanilla Sky”, „Truman Show”, „Raport Mniejszości” i "Incepcję", w ten czy inny sposób mające związek z Philipem K. Dickiem. Być może to nastroiło mnie do wysokiego śnienia. Na początku nocy przesuwały mi się w umyśle szczątkowo odbierane informacje, poparte dość bladymi, ale rozróżnialnymi kolorami, dotyczącymi sposobu znalezienia wyjścia z pułapki karmicznej. Poza słowami. Pozostała mi z tego tylko świadomość, że jest takie wyjście, niewątpliwie. I jest ono do odnalezienia przez człowieka, bo czas już krótki.

Ponadto pojawiło się zmęczenie saturniczne, które zaczęło mnie trapić z racji tranzytu Saturna przez Wenus. Odreagowuję je gadając na czacie ze znajomymi dziewczynami, skuteczny sposób. Pewnego dnia i nocy A. cierpiała na ból migrenowy, przyłożyłam rękę do czoła. W końcu zdrzemnęłam się lekko i zwidziało mi się, że przez rękę przechodzi mi ogienek z zapalonej zapałki. Trzeba było go więcej, wyjęłam więc z „angielskiego” pudełka jeszcze trzy, zapaliłam razem. Potem ukazał się obraz hipnagogiczny czarnej plamki, uznałam, że to jakieś chorobowe zmiany. Nagle pojawiła się złota płyta z nieco ciemniejszymi rowkami, nałożyła się na ten obraz, wirująca i wkrótce plamka rozpuściła się. Pod palcami czułam jednak dalej silne charakterystyczne mrowienie chorobowe. Lecz wkrótce szybko i całkiem nagle znikło.

- Boli cię jeszcze? - spytałam dla porządku.

- Nie. Przeszło. Dziękuję.

12:06, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Biała tabletka

Przed snem obejrzałam kilka filmików Darka Sugiera, o którym wspominał JB w swoich artykułach. Na tyle mnie to uruchomiło, że pierwszy krótki trans przed snem pokazał mi biegnące z lewa na prawo stado wilków na tle zimowego wieczornego lasu, wśród nich jeden z tożsamością (był to rodzaj większego portretu w obłej ramie) świętego Piotra o twarzy D.S.

Noc bez snów. Dopiero nad ranem weszłam w zadany sobie ciągle temat. Pojechałam autobusem w polskie góry Tybetu, były takie. Wsiadłam w Łodzi, jechało się na wschód, nieco wyżej, czyli mniej więcej w rejony, gdzie naprawdę mieszkam. Miałam mało czasu, chciałam tę wycieczkę zaliczyć do końca dnia. Ledwie wysiadłam zaczęłam się rozglądać. Patrząc w lewo nie było na horyzoncie żadnych gór, płasko. Dopiero na prawo wyrastały, duże, wyżynnie poziomo zwieńczone, „prawie tak wysokie jak Tatry”. Trafiłam w jakąś uliczkę z wysokim betonowym murem po prawej stronie, wchodziło się pod górę. Przed sobą również miałam ścianę, a na niej umieszczone kamienne popiersia różnych „wodzów rewolucji”, rozpoznałam wśród nich Hitlera i Stalina. Stały każde w swojej niszy w ścianie, ustawione w rzędzie sześciu i pod nimi drugi rząd sześciu. To podwójne „inkarnacje Szatana” z pewnego mojego snu. Zaczęłam się wdrapywać i udało mi się podciągnąć do pierwszego popiersia w pierwszym rzędzie. Miałam ze sobą białą tabletkę, której zażycie pozwoliłoby mi przenieść się w jego czas i zbadać moje powiązanie z nim. Był to Napoleon. Kiedy to sobie uzmysłowiłam zrezygnowałam z zamiaru, miałam badania tej sprawy już naprawdę dość.
Jacyś ludzie pomogli mi wydostać się na wierzch ściany-muru i rozejrzałam się. Na drugim murze po prawej wznoszącym się pod kątem 90 stopni względem tego, na którym byłam ustawione były w rzędzie odlane z metalu jak żołnierzyki postacie mężczyzn (rozpoznałam dworskie stroje z XVIII wieku, dworzan, może królów) w liczbie nie wiem, prawie dziesięciu, większych i mniejszych. To byli bohaterowie. Figurki ustawiano z dołu w takim akcie działania, jakim jest robienie na murach graffiti, i musiano się nieźle zmęczyć, aby tego dokonać. Nad głową miałam jeszcze jedną instalację. Przypominała olbrzymi regał z półkami. Na każdej półce przebywali jacyś ludzie i coś się działo. Z najniższej półki dwie osoby (aktorzy przedstawienia) zwieszały się w dół trzymając się półki jedynie stopami, nie lada sztuka! Jedną z nich była jakaś staruszka.


13:40, transwizje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 grudnia 2017
Wina i kara

Powoli przechodzę z biernego odbioru na sterowany, według metody JB. Przedwczoraj zadałam pytanie o to kim jestem, chcąc poznać swoje iluzje, aby przestać się nimi niepotrzebnie zajmować. Otrzymałam pewną odpowiedź, którą przeczytałam na piśmie na ekranie komputera, zapamiętałam z niej jedno krótkie stwierdzenie, reszta odbiegła. Dlatego wczoraj ponowiłam pytanie, chcąc się wśnić w znaczenie owego tekstu. 

Znalazłam się w dużej sali, jakby mojej dawnej pracy w budynku Spółdzielni, pustej, przeznaczonej do spotkań z ludźmi. Znalazł się tam też Wojciech J. On tu zarządzał. W ogóle niedawno urodziły mu się bliźniaki, był z tego ogromnie dumny. Dwaj jednakowi, tłuściutcy i nadzwyczaj duzi, jak na niemowlęta synkowie spali teraz w wózku dziecięcym pośrodku sali. Spali tak długo, mocno, aż dziwne, że się nie budzili co chwila wołając o jedzenie. WJ pokazał na leżące pod ścianą długie gałęzie i wyznał, że ma problem, bo idzie zima i należałoby je pociąć. Nie potrafił tego. Oznajmiłam, że to nic trudnego i nawet ja umiałabym pociąć te gałęzie piłą, mam taką, wiele razy to robiłam. Chciał mi to zaraz zlecić, a ja zdziwiłam się, że w ogóle chce ode mnie usługi. Bo przecież zdarza mi się wyrażać zbyt emocjonalnie i górnolotnie, wychodząc poza konwencję (zobaczyłam to w kształcie koła, które przekracza mój czubek języka). Jednak chciał tego dalej. Weszłam do małego pomieszczenia w drzwiach po lewej. Znajdowało się tam kilka (3-4) osób i jakieś dziecko bawiące się na podłodze. Zaraz za drzwiami były drewniane schody z zakrętem, jak u nas w jadalni, prowadzące na górę, po prawej. Zaraz za progiem pod schodami leżała kupka kolczastych śmieci, jakby igieł z choinki. Bawiło się tam dziecko. Ja trzymałam w ręku malutką cienką igłę do zastrzyków i chciałam nią coś zrobić, pokazując obecnym tam starszym osobom. Lecz igła upadła mi na podłogę i nie udało się jej odnaleźć, mimo szukania. I mimo, że ze względu na bezpieczeństwo dziecka odgarnięto wszelkie śmieci. Macający palcami po podłodze znaleźli tylko jakieś kłujące drobiazgi, w rodzaju oderwanego żelaznego pazurka od jakiejś zabawki itp. Trudno, nakazałam ostrożność i zajęłam się dalej rozmową z jednym z młodych mężczyzn. Ubrany był w białą koszulkę z wydrukowanymi grubą kreską czarnymi liniami wiodącymi w różne strony. Jedna z tych linii, na prawym ramieniu miała na końcu żółtocytrynową plamę, jednak czarna farba nie była jej w stanie zasłonić. Przyznałam, że to moja wina, bo nadruk był nieprawidłowo zrobiony (niby ja go wcześniej robiłam na sitodruku) i pomyliłam kolejność nakładania farb.

Potem obserwowałam jakiś wielki konkurs, jakby na stadionie. Same zawody odbywały się na wielkiej ogólnie widocznej ścianie. Wisiały na niej dwa neony, w tej chwili zgaszone, niebieskiego koloru przedstawiające dwie skierowane ku sobie łbami ryby, z kształtu podobne do delfinów, choć jedna ta z lewej wydała mi się drapieżna. Rzecz polegała na tym, że z dwóch stron ściany, na końcu każdego neonu-ryby ktoś stał biorąc udział w konkursie. Trzeba było jak najprędzej i najefektywniej nadąć się i własnym dechem zapalić owe neonowe ryby, właściwie same kontury rybie. Pod wpływem dmuchania po konturze szło światło w dół i w górę i miało już pozostać zapalone, jeśli dmuchającemu wystarczy siły, by oba nurty ze sobą połączyć w rejonie pyska. Wydawało mi się to trudne, ale gdy świetlne linie osiągnęły punkty maksymalnego oddalenia zaraz już automatycznie same pobiegły ku sobie i się zetknęły. Oba neony udało się zapalić w jednym czasie.

Obudziłam się i zaczęłam rozmyślać nad sensem tego snu, próbując połączyć go z pytaniem. Z powrotem znalazłam się w małym bocznym pomieszczeniu i przez moment mężczyzna w białej drukowanej koszulce wydał mi się podobny w konsystencji do buro-brązowego kotleta z czarnych poszatkowanych cienko grzybów, który w dzień przyrządzałam i jadłam. I nagle oświeciło mnie. Grzyb to halucynacja, czyli iluzja! Zrozumiałam o czym mówił mi kiedyś w jednym z piekielnych koszmarów „diabeł Judasza” nazywając siebie Grzybem. Przyznał sam, że jest halucynacją. Dodał: „Chociaż umrę z godnością”, a to oznacza, że zjawisko odwrotnego, minusowego (jakby powiedział JB) przeżywania wartości zniknie/umrze, gdy podwyższę poczucie własnej godności. To z tego powodu wylądowałam na minusie, w czym decydującą rolę zagrały przekonania religijne mojej matki.

Idąc tym tropem odkryłam znaczenie historii o Kainie i Ablu. W ich imionach zaszyfrowana jest nazwa: kabała, a także Ka i Ba, egipskie nazwy bliźniaków w subtelnych ciałach człowieka. Historia opisuje moment, gdy powstało koło karmy i krążenie duszy w niższych światach. Abel składał ofiarę krwawą, czyli wracał bezpośrednio do Źródła. Czyli Starego Boga-tyrana, unifikującego swoje indywidualne dzieci. Kain to odkrył i jego zbrodnia miała głęboki ukryty sens wyzwoleńczy. Taka informacja przyszła do mnie dawno temu w wizji. Nie mogłam jej do tej pory właściwie zrozumieć. Kain zabijając brata (bliźniaka Ba) zmienił się na twarzy, czyli zaczął zmieniać tożsamości, wcielenia, w końcu tracąc pamięć. Jego bliźniak pozostał „w ziemi”, czyli w materii niższych światów, co wprawiło w ruch boską maszynę i zmusiło Boga do zmiany.

Historia Kaina i Abla to historia powstania dualizmu moralnego i pierwszego odróżnienia zła od dobra. Przy czym, jak każde rozróżnienie jest ono względne. Aby odzyskać kontakt z bliźniakiem i wyjść z koła karmy trzeba to odkryć! Że pierwsza wina była zasługą, a nie grzechem pierworodnym. Zdjąć odium z potępienia i przestać siebie potępiać! Potomkowie Kaina poszli dalej w rozwijaniu drogi winy i przedłużania swojego pobytu w materii. I to z nimi Synowie Boży mieli dzieci, które połączyły wysoką świadomość boską z ciałem materialnym. Tu też jest ta dualistyczna zagwozdka, bo Synowie Boży działali na polecenie Boga-tyrana, jednocześnie naruszając jego porządek. Hybrydy, czując się nie-ludźmi i widząc swoją wyższość nad nimi postanowiły wygrać z ludźmi, czyli tak naprawdę nowym rodzącym się Bogiem. Stali się Archontami, kościejami, którzy odmówili przejścia poza granicę małej karmy i są synami buntu. Zostali skasowani na planie fizycznym, lecz nadal czekają na wcielenie w ciałach subtelnych. To ma się stać niedługo, pod koniec Gry. O tym opowiada Genesis.

12:08, transwizje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 grudnia 2017
Specjalne ubezpieczenie

Z JB zgadaliśmy się o przepływach energii między nami we śnie. Przyznał, że „dwie noce temu” skapitulowałam. Zdziwiłam się i nie. Nic nie pamiętałam akurat z tego czasu, a sypiam ostatnio dość nieszczególnie.
Dziś we śnie ktoś chciał się włamać do mojego pokoju hotelowego. Drzwi miały z boku przy zasuwie szparę, przez którą nieproszony gość chciał wsunąć rękę i chwycić umieszczony tam młoteczek. Młoteczek zapewne służył do zamówionego budzenia obsłudze hotelowej. Zdążyłam go chwycić pierwsza i uderzyłam natręta przez szparę. Potem sprawnie piłą mechaniczną przerżnęłam na pół kilka zbiorników podobnych do wiader, nie pamiętam po co, w każdym razie był to akt zręczności i siły. Dalej pojawiały mi się w umyśle czyste kolory związane z poziomami ciał i śnienia. Jasna zieleń, żółty, błękit, cytrynowy. I znalazłam się w jakimś nieznanym miasteczku, gdzie trwała zbiorowa impreza, mnóstwo ludzi wyległo na ulice i snuło się uliczkami. Przypomniałam sobie, że muszę wyjeżdżać niedługo i muszę załatwić sobie przedłużenie ubezpieczenia. Znalazłam najpierw znajomą agentkę, która zrobiła mi na prawym przedramieniu pieczęć przedłużającą i kazała się zgłosić do biura, bo nie miała przy sobie dokumentacji. Kształt pieczęci odbił się niewyraźnie, był w rozmytym kolorze czerwonym. Znalazłam w miasteczku punkt, gdzie przyjmowały klientów trzy urzędujące agentki. Dwie miały kolejkę, więc podeszłam do trzeciej, nudzącej się. Miała nieszczególną minę i od razu spytała, jaką mam wadę wzroku. Powiedziałam, że 14, 5 dioptrii. Na co ona, czy wiem, że ministerstwo ogłosiło, że jeśli ktoś prywatnie wpłaci na ubezpieczenie 40 tysięcy, to będzie miał prawo do darmowego leczenia, sanatorium i niewielkiej renty w tym czasie. Odparłam, że niestety nie stać mnie na taką wpłatę i chcę zwykłego ubezpieczenia. Załatwiłam to. Wróciłam do hotelu. Na stole leżały nieoprawione jeszcze tuszki niedawno zabitych zwierząt, kozy, i drugiego nie pamiętam, było niewiele większe, lecz nie była to koza. Może cielę. Miałam mało czasu na rozbiór mięsa i przygotowanie zapasów. Była kwestia mojego ojca, który odjechał wcześniej i mi to zostawił. Pomogła mi właścicielka pensjonatu, ułożyć wszystko w odpowiedni sposób. Przebrałam się szybko i zdążyłam przygotować się do wyjazdu.

11:33, transwizje
Link
sobota, 02 grudnia 2017
Ognisko wklęsłego zwierciadła

Studiuję pilnie odkrycia Jarego Bzomy, robiąc notatki. Rozumiem, że muszę najpierw poznać mapę, aby wrócić do zapisów swoich snów sprzed lat i przyjrzeć się im pod tym kątem. Wtedy, ewentualny zarzut niektórych (w tym Wojtka Jóźwiaka w jego artykule krytycznym), że jest to symbolika zadana sztucznie, którą zaczęły sny powielać i odtwarzać może być oddalony. Choć – jeśli ktoś uwzględni telepatię i kontakt poprzez czas, a teraz coraz więcej nawet tzw. materialistów je uwzględnia – dowód może nie być dowodem. Niemniej, wciąż nie mogę w owej systemacji spotkać tego, co mnie odsunęło niegdyś od zagłębiania się w kabalistykę, drzewo życia i wszelką mistykę. Odsunęło, bo nie dawało odpowiedzi na wszystkie spotykające mnie po tamtej stronie rzeczy. Sprawa do rozpatrzenia, gdy już zapoznam się z całością. I praca akurat na długie zimowe miesiące.

Sny od chwili zajmowania się topografią świadomości JB zszarzały. Toczą się w półmroku, są blade, pozbawione światła, jak gdyby spłaszczone i pozbawione emocjonalności, co sprawia, że z trudem je zapamiętuję. Albo wcale. Dziś rozważałam poziom 13. Wklęsłe zwierciadło, aha. Co ono tworzy? (Po każdym pytaniu padała zaraz odpowiedź i obraz). Duszę. Zobaczyłam białą kulkę unoszącą się w ognisku zwierciadła.

13:52, transwizje
Link
Archiwum