bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2018
Krucza moc

W noc przesilenia zimowego przyszedł taki sen: pod ogrodzeniem z siatki na posesji dziadków [przeszłość, za granicą 5/6], podeszłam do wielkiego już, ale wyraźnie młodziutkiego kruka, który wylądował na podwórzu [ze strefy Nicości przy granicy 8/9]. Miałam na rękach rękawice ochronne do prac budowlanych, takie pozszywane ze skrawków różnej maści materiałów [ręka Nadduszy, p. 7, na roboczo, czyli pracująca], więc dość śmiało, choć ostrożnie wzięłam go na ręce. Nie uciekał i nie wyglądał na wystraszonego. Nie był jeszcze do końca opierzony, bo głowę miał prawie łysą. Uznałam, że go wezmę pod opiekę, trzeba tylko pomyśleć, czym go karmić. W tym momencie kruk odwrócił się wielkim dziobem ku mojej twarzy i wymierzył w moje prawe oko. Coś z nim zrobił, ale nie było to agresywne, ani nie bolało, nie wystraszyłam się. Obudziłam się zaskoczona.

Interpretacja: ptak - wiadomość, kruk o końcu/śmierci/żałobie, oko jako parzysty narząd odnosi się do matki/ojca lub męża/żony, ogólnie bliskiej osoby. Wg Jarka Bzomy symbole odnoszące się do wysokich rejonów duchowo-boskich mogą być pozytywne, jako wyzbycie się dualności i koncentracja umysłu na Świadomości Nieprzejawionej (jedno oko), brak w tym jednak odniesienia do jawy i symboli z życia nam znanych.

Sen nie wystraszył mnie, był wizyjny, czyli kruk był jakby narysowany, prześwietlony, to znak, że pochodził z wysokiego poziomu, gdzie czas nie istnieje i łatwo o przepowiednie. Czułam troskę wobec tego niedorosłego w pełni ptaka, a on nie był agresywny, nawet, gdy dziobnął mnie w oko. Moje wykształceniowe/umysłowe skojarzenia były pozytywne. Biorąc pod uwagę Glosariusz, kruki, na których fruwali szamani, Castanedę i ogólnie szamański wydźwięk symbolu i obrazu. Wytłumaczyłam sobie, że owa ciemna plama, cień pod prawym okiem, manifestująca się w innych moich snach u mojej duszy albo u czarnej kotki, teraz zostanie unicestwiona, jej przyczyny karmiczne. Zatem oczekiwałam pomyślnych rzeczy (i w sumie nadal oczekuję, ponieważ wysokie sny manifestują swoje znaczenie w rzeczywistości nawet trzy razy w coraz głębszych w czasie i znaczeniu sytuacjach). Jednak wróżę sobie od lat i moja podświadomość ma swoje kody i ścieżki. Czarne ptaki występują w Księdze I-Cing jako symbol przekazu informacji, "rozdziobią nas kruki wrony", "kruk krukowi oka nie wykole", "mądry jak kruk". Czasem ptaki, które widuję na niebie są takimi znakami wróżebnymi dla mnie. Kruki manifestowały się na sprawy spadkowe, notarialne, które swego czasu załatwiałam, albo wieści o czyimś pogrzebie. Na jawie, nie we śnie. W tym roku krucza rodzina zamieszkała dość blisko mojego siedliska i widywaliśmy się codziennie. To inteligentne jak bestie ptaszyska, których się nieco boję, potrafią wezwać skrzeczeniem lisa, aby zapolował na moje kury, gdy wejdą za głęboko w las, bo mają potem wyżerkę, albo towarzyszą psom na pastwisku, gdy te polują na nornice, w tym samym celu. Czyli śmierć im towarzyszy naturalnie, są jej zwiastunami.

Astrologicznie widać w moim nowym solariuszu (horoskopie rocznym) Plutona sygnifikującego duchy zmarłych w 4 domu horoskopu, czyli w sferze przeszłości rodu, ojczyzny, fundamentów i podziemi. Już nieco wcześniej pojawiła się przygoda z odprowadzeniem błędnego ducha zaginionego staruszka z sąsiedniej wsi, którą opisałam na blogu Transwizjon. I teraz w czas urodzin pojawiły się dwie sprawy podobnego typu. Oprócz intencji mojego współ-śniącego, żeby zerknąć w podziemne światy i ustalić czy Ziemia jest wklęsła czy wypukła...

Jako pierwsza rzecz zamanifestowała się wiadomość o tragicznym wydarzeniu w rodzinie mojej znajomej. Tuż przed zaistnieniem fatalnych wypadków widywano za plecami najstarszej osoby w rodzinie ciemną postać. Postać ta nie znikła po pogrzebie nagle zmarłego, a rodzina popadła w rozpad, dlatego zaproponowałam swoją pomoc.

Przed snem poprosiłam czachulca i kaskadę o wsparcie i ochronę.
Sen na poły świadomy: spotykam w jakimś miejskim klimacie, w miejscu, gdzie stoi długi niski szary murowany barak, pusty i zamknięty, młodego mężczyznę, który natychmiast zwraca moją uwagę. Swoją brodą. Przyglądam mu się pilnie zachodząc od przodu, on mnie mija i zauważa, że patrzę. Broda, czarna, nieuczesana, niezbyt wielka, jak to broda, ale łączą ją z czupryną wielkie baki po obu stronach twarzy. Bardzo charakterystyczne. Wymijamy się, idę na koniec budynku i zakręcam, czując, że zwróciłam na siebie uwagę gościa. Staję za załomem i wyglądam zza rogu z powrotem. Gość robi to samo! Wychodzę zatem i otwarcie idę w jego kierunku otwierając ramiona, jak do uścisku (wtedy poczułam się kimś innym, bo nigdy tak nie robię, ten gest był dla mnie absurdalny i taki, jakbym rozpoznała bliskiego znajomego). On stoi stropiony, spłoszony i niezdecydowany.
Trach! Wchodzę w trans: przypięte coś do mnie, agresywne, wściekłe, z tyłu na plecach, na wysokości pasa, od lewej strony, czuję bolesne ssawki ciągnące do trzustki i z boku. Zaczynam natychmiast recytować modlitwę pańską, słyszę swój głos. Nie ustaję. Powtarzam pacierz kilka razy. Nie panikuję, choć boli. Pojawia się po mojej prawej obraz dużego psa obronnego, nieznanego mi, raczej jasnej maści, patrzy uważnie. Strażnik już jest, czuwa! Walczę dalej i wydaje mi się to tak długo. Wtem słyszę chóralny śpiew, skądś z góry, z lewej strony. Nadchodzi wsparcie niebieskie! Radość. Nagle wszystko znika, budzę się na jawie. Bardzo spokojnie.

Jak widać mam specjalizację do tych, co odeszli nagle, za młodu lub zaginęli. A kruk okazuje się zwiastunem specjalnej mocy.

11:59, transwizje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 grudnia 2018
Zapętlenie

Jakiś czas temu dostałam pełnomocnictwo, a kilka nocy temu bilety na pociąg od Putina na przegląd poziomu 5 po stronie strażniczej i ono zaczyna działać.

Nie miałam specjalnych życzeń do kaskady. Zasnęłam dość łatwo.

Śnię z pozycji obserwatora (nie widzę swojego ciała, ale poruszam się). Schodzę w dół po schodkach kamiennym korytarzem w głąb jakiejś podziemnej komnaty wspartej grubym filarem. Za mną sunie coś, co jedynie wyczuwam na razie, ale jest blisko. Koszmarne. Słyszę dźwięki podobne do sapania, ciamkania, zasysania. To jest długie, ślepe, przesuwa się w równym tempie i natychmiast kojarzy mi się z wężem bez głowy z dawnego snu, przed którym w panice uciekałam na pustyni, a który wypełzł z okrągłej marmurowej sadzawki w ruinach starożytnej świątyni. Zaraz za mną tu się pojawi, wiem. Wiem, że mogę zginąć, że to podbramkowa sytuacja. Okrążam filar kamiennej sali i ustawiam się blisko schodów, którymi zaraz tu wpełznie bezgłowa bestia. Wąż sunąc za moimi plecami okrąży najpierw filar, ja zdążę może, o ile koszmar mnie nie sparaliżuje, po jego grzbiecie wyskoczyć z powrotem w górę, a on być może się zapętli. I zyskam czas.

Obudziłam się z zaniepokojeniem, które odczuwało moje ciało fizyczne i niższe ja. Nie lubię tego. Ale nie spanikowałam, to najważniejsze. To coś było za plecami, jak sznur przodków z nauczania Czyżewskiej. Co to do diabła ciężkiego jest? Modliłam się dość długo, prosząc o ochronę i sterowanie.

We śnie porannym był kwadratowy ogrodzony siatką plac, w miejscu ogrodu moich dziadków. Nie było tam jabłoni i krzewów, a ziemia była skultywowana i przygotowana na wiosnę do uprawy. Teraz grząska i pokryta warstwą śniegu. Ćwiczyły tam dwa oddziały dzieci. Polskich i rosyjskich. Rosjanie byli gospodarzami terenu, a polskie zostały zaproszone. Oddziały stały w dwuszeregach każdy pod innym brzegiem ogrodzenia, czyli pod katem 90 stopni względem siebie. Rosjanie nie grali fair. Wyświetlili na większej części ogrodzonego obszaru pokratkowaną siatkę jak z programu Exell, w każdej powiększona postać uczestnika ćwiczeń. Dzieci polskie nie miały gdzie ćwiczyć, ewentualnie musiały wejść pod rozkazy rosyjskie. Jedna z opiekunek Rosjanka – to było jedno z ćwiczeń – wzięła na ręce jakieś dziecko i miała je przenieść na brzeg ogrodzenia. Tymczasem wpadła pod śniegiem w wyżłobaną w miękkim gruncie dziurę z wodą. Najpierw do pasa, nie wycofała się, tylko parła dalej. Potem, gdy już była blisko brzegu-nas zapadła się z dzieckiem całkowicie pod śniegolód. Chwilę czekaliśmy, aż się wynurzy, ale ona ani drgnęła. Zaczęliśmy ją ratować i udało się, ale była to wulgarna baba, śmiała się z nas rechotliwie, że daliśmy się tak podejść.

Jestem w banku przed szeregiem okienek. To nadal gdzieś w Polsko-Rosji. Przed okienkami kolejka klientów stoi cierpliwie. Mnie się spieszy. Mam znajomą wśród pracowników, więc do niej uderzam. To Renia Królowa. Chętnie pomaga i stwierdza, że coś tam zarobiłam, ale zarobiłabym więcej, gdybym zysk pomnożyła na giełdzie, właśnie zwyżkuje i każdej doby można sporo zarobić w złocie. Idzie ze mną do odpowiedniego okienka, żeby mi objaśnić, jak to działa. Kasjerka, na jej polecenie przelicza mi hipotetycznie, ile to, co już mam dałoby w ciągu tego dnia. Robi to od razu przeliczając banknoty, rude pięćsetki. W sumie było tego 3400, a może 2400. Czystego zysku.

Jest też inna kwestia. Jakiś czas temu to się wydarzyło w N. [minusowa wersja mojej miejscowości rodzinnej], niedawno gdzieś na dalekiej Rosji w pewnej szkole (widzę kilkupiętrowy budynek) doszło do samobójstwa 70 uczniów! To jakiś atakujący koszmar. Renia mówi mi, że bank ma nagrania, jeśli zechcę, to mogę obejrzeć. Prowadzi mnie do płaskiego stołu na poczekalni, jest nakryty wyciszającymi płytami, odsłania jedną, na płaskim poziomym ekranie wyświetlają się tamte historie. Po odsłonięciu zaczyna być słychać w poczekalni głosy nagrania, ludzie z kolejki mogą się zainteresować, więc przysłaniamy z powrotem ekrany. Sprawa dotyczy egregora, a więc ów bezgłowy wąż sunący to egregor? Na tym się obudziłam.

11:35, transwizje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 grudnia 2018
Tkacze światów

Wreszcie wyjaśnia mi się do czego służą czarne wiry, które tak często widuję. I czemu przy tym wchodzą i wychodzą z Ust, czyli Szczeliny.

Sen hipnagogiczny: Z czerwonych Ust wypełza pajączek. Ukazuje się biała płachta, jak obrus [przestrzeń buddyczna], na niej pojawia się czarny wir w formie spłaszczonego pajączka na wielu cienkich długich nogach, idzie. W pewnej chwili staje i zaczyna coś wokół siebie konstruować, jak schematyczny domek, tworzy nawet postacie mające w sobie wszystkie podobny wzór “tapetowy” w barwach blado-liliowo-fioletowo-żółto-złotych [membrana ze strefy duszy, atmaniczna]. Najpierw pojawia się coś jak puchaty miś i pajacyk ze stożkową głową, całują się ze sobą coraz czulej. Potem pajacyk leży jak porzucona niewypchana forma zewnętrzna, przypomina trochę małe rozkapryszone dziecko upadłe na podłogę. Następnie pojawia się dorosła postać i dwoje dzieci oraz pies tulące się do matki [Matka i dwóch braci, Biały i Czarny z psem]. Pajączek kończy prezentację, zwija postaci i domek, tak trochę jak się pruje sweter i przesuwa się nieco dalej. Teraz konstruuje inny domek, z samych czarnych kresek na białym tle. Pojawia się postać starszej zaokrąglonej kobiety robiącej na drutach i zakładającej potem zrobiony przez siebie sweter i szal w “membraniczne” wzory, skądś wiem, może po ruchach, że to samotna nauczycielka [Sophia?]. Pajączek zwija przedstawienie, przesuwa się i buduje znowu od początku domek, mebluje go, po czym jako kreskowa postać wypycha nogami jedną ścianę, która znika, czyniąc domek otwartym. Niewielka postać w środku gromadzi jakieś połyskujące złotawo kulki (trochę to podobne do jabłek, jakie zbierała mała Pyza do koszyka w niedawnym widzeniu) [roty pamięci indywidualnej, karmiczne nasiona aspektów dusz indywidualnych], mnóstwo ich, zapełnia nimi prawie całe wnętrze, potem coś się dzieje, jakby ogarnianie i wydzielanie kwadratowej przestrzeni dla siebie, poza kulkami w owym mieszkanku, droga w górę [strumień wstępujący zabierający dokonania z powrotem do góry], i obraz staje się zamazany [przechodzi w mgłę Brahmana]. Pajączek zwija manele i zaczyna swoją budowlę znowu. Teraz jest już ich kilka na białej płachcie pokrytej czarnymi “runami” zapisu.

11:40, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 grudnia 2018
Larwa i inne takie

Bezsenność po pierwszym zapomnianym śnie. Zaczęłam stymulować punkty znane mi ze snów. Krótko dość, kilka minut. Wreszcie położyłam palec na punkcie pod karkiem, gdzie wyśnił mi się odcisk na skórze i zapadłam w pierwszą drzemkę. Nagle weszłam w ten stan. Najpierw było jasnosłyszenie, bardzo wyraźne. Rozmawiało kilku mężczyzn, młodych, sądząc z głosów, jeden szefował i choć treść od razu mi umknęła, to pozostało mi wrażenie eksperymentatora, który wydaje polecenia innym gdzie i co. Potem głosy ucichły, zaczęła się seria obrazów, tak prędka, że nic, prawie nic nie zapamiętałam. Migały jak w przyśpieszonym tempie komputerowo. Twarze młodych kobiet, nieznanych mi, spokojne, poważne, zawsze były rozszerzeniem do ust, które w końcu przechodziły na pierwszy plan, wyraźniejące, czasem pomalowane na czerwono. Cały zestaw czarnych wirów na białej płachcie, nieruszających się, martwych jak rzeczy, rozsupłane kłębki drutu czy sznureczków. Wśród nich wielka żółtawa larwa z oczami i gębą, jak w zbliżeniu pod mikroskopem. Różne napisy, nieskładne, chaotyczne treści, sylaby zaledwie, pojedyncze litery. Ten stan prędkiego podwyższonego widzenia trwał długo, zasnęłam i śniłam w tym stylu, dlatego żadnej zapamiętanej choćby trochę składnej akcji nie mogę opisać.

19:28, transwizje
Link
środa, 05 grudnia 2018
Mała Pyza

Dziwne i desperackie nastroje mnie opanowały bezsenną nocą. Aby zasnąć analizowałam kartę kodu karmicznego jako tabelę trigramów I-Cing, przypisałam im pojęcia, górnym ogólne i dolnym osobiste, zobaczyłam heksagramy na nowy sposób i zaczęłam medytować 2. Oddanie, oddychając. Oddałam się, jako to oto przypadkowe ciało fizyczne wyższej świadomości, duszy, Bogu, których jest ono tylko przypadkowym odłamkiem. Zaczęłam stymulować punkt na ciele, z którego kilkakrotnie słyszałam w transie głosy, najpierw prawą ręką, potem lewą. Robiłam to 2x po kilkanaście minut.

Szybko pojawiły się obrazy hipnagogiczne. Niewyraźne, czasem trochę wyraźniejsze, bardziej domyślne jako całość. Szybko się zmieniały.

Najpierw twarze męskie, brodate, usta uśmiechnięte, nie młode i niezbyt stare, mężczyzn w sile wieku [brody były w różnym stylu, trudno im przypisać konkretny czas, mogła to być starożytność jak wiek XIX, albo i współczesny]. Usta kobiece, czasem z twarzą, rozchylone, uciekały w nie, jak w Szczelinę jakieś mikroskopijne postacie.

Grupa kilku osób, pasażerów samochodu odkrywa coś, są przestraszeni, zadziwieni, zszokowani, spod maski auta wyłania się jeszcze jakaś twarz, wkomponowana w motor.

Potem widziałam pary ludzi, istot małpioludzkich, ciemnych, coraz pierwotniejszych. Całowały się czule, z oddaniem sobie, jakby mając tylko siebie, niektóre kobiety-samice tuliły dziecko. Pewna biała najbardziej ludzka kobieta z dziwnymi małymi czarnymi oczami i płaską twarzą leżała, umierała, coś się koło niej działo, stały jakieś wysokie cieniste postaci, chyba została zabita. W ogóle pojawił się motyw zabijania, chyba selekcji. Jakieś dziecko było szczególnie chronione, ukrywane. Czarna kobieta, nieco małpia chyba (zamazane) tuląca niemowlę do piersi. [Wygląda na to, że cofałam się w czasie aż do źródła powstania rasy ludzkiej. A opowieść przypomina trochę historię Mojżesza czy rzezi niewiniątek, zatem mogą to być alegoryczne biblijne opowieści ukrywające tę prawdziwą historię ewolucji]

Treść tych obrazów w większości zapomniałam, wielu wcale nie zrozumiałam, tak się szybko zmieniały. Raz polepszyło mi się widzenie, jak gdyby spojrzałam okiem wyższej istoty. Ale nic szczególnego w tej dość krótkiej chwili się nie pojawiło przed oczami. Przewróciłam się tylko z boku na bok, nie gubiąc tego widzenia, samo wróciło do poprzedniego działania.

Nad ranem hipnagog: mała dziewczynka ubrana jakby w ludowy pasiak [przedstawicielka ziemskiej rasy] z czerwonymi elementami [w małej karmie tj. materii] czegoś się strasznie boi, zrywa się nagle, zawija prędko w szmatki małe dzieciątko, opatula ściśle jak kukiełkę (a może rzeczywiście była to jej lalka, nie byłam pewna), wkłada do kosza wiklinowego [ciało subtelne gorsze, minusowe] i zbiera do niego jeszcze jasne kulki, które biorę za owoce, pewnie jabłka [roty informacyjne, zasoby pamięci]. Zbiera je długo i gorączkowo, zakrywając dziecko. Czyli tak jakby ktoś silny i u władzy je szukał i miał przyjść, zabrać, zamordować. Po chwili widzę tę dziewczynkę rozkładającą płachtę w kącie na podłodze, w tle za nią wysoki ciemny połyskujący lakierem regał [przejawieniowa instalacja poziomów świadomości] we współczesnym mieszkaniu na poddaszu [pole świadomości zbiorowej]. Ona taka “mała Pyza” na ludowo wysypuje na płachtę zawartość kosza, mości się na owych kulkach, nie wiem czy owocach, czy może to kolisty wzór na kocu, chyba chce przespać noc [odkrywa moc śnienia]...


16:49, transwizje
Link Dodaj komentarz »
Archiwum