bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
czwartek, 30 marca 2006
Boża krówka

W nocy męczyła mnie bezsenność i ból głowy. Termometr pokojowy pokazywał 23 stopnie. Uch... Dla zabicia czasu analizowałam heksagramy mojego urodzenia, zeszłego roku, tego roku i obecnego miesiąca księżycowego. Nad samym ranem zaczęły się krótkie sny wizyjne. Tak już zawsze mam, gdy mózg się przegrzeje.
Wizja I: Rosnące przy drodze wielkie dorodne drzewo całe pokryte rozkwitłymi białymi kwiatami nagle ścięte zwaliło się do moich stóp. Z zaskoczenia cofnęłam się lekko, aby mnie nie zmiażdżyło. To zapewne symbol metody Kwiatu Śliwy, którą ostatnio propaguję na swoim forum I-Ching.
Wizja II: Drogą od wsi jedzie jakiś mężczyzna, może dwóch, trudno powiedzieć. Jest jasny, ciepły dzień, przy drodze drewniane zagrodzenie dla zwierząt, a przy nim leży zrzucona kupa pociętych gałęzi.
Wizja III: Z głębi grząskiej ziemi tryska źródło czystej wody, dzięki ludziom, którzy zrobili wykop. (Wczoraj czytałam w miejscowej prasie o kłopotach kilku gospodarzy w sąsiedniej wsi, u których woda wyschła w studniach i muszą ją sprowadzać z daleka)...
Wizja IV: Ktoś zamyka coś drewnianą, wkładaną klapką. Na jej powierzchni jakieś ciemne naloty, może to kit pszczeli, albo padłe w zimie pszczoły?

11:33, transwizje
Link
niedziela, 26 marca 2006
Christos waskries

Zamarłam. Kola, ostatnio sypiająca znowu w sieni, nie dawała mi zasnąć niespokojnym poszczekiwaniem. Niepostrzeżenie wprawiło mnie to w stan ni to jawy, ni snu.
Przyszedł od drzwi, ze wschodu. Wniknął przez otwór w pięcie. Zły, twardy, pyszny. Zdrętwiałam, ogarnięta przestrachem. Obudzę się z tego na pewno, to tylko zjawa - pomyślałam i czekałam w paralitycznym odrętwieniu ciała. Dominował, panoszył się. Potem nagle cofnął się i rozeźlony, że nic więcej wskórać nie może uwolnił moje ruchy. I zniknął. Duch zaniósł mnie na podwórze. Z nieba spadł nagle na ziemię wielki granitowy kamień. To zły znak, to dowód nienawiści - pojęłam - i zagłady. Wtedy Duch napełnił mnie mocą i uniosłam kamień siłą woli w powietrze, gdzie zawisł jak balonik. I co teraz? - zapytałam sama siebie. Rozpuścić go? Rozdrobnić na kawałeczki? Zniszczyć? Był jednak twardy, masywny, umysł się go nie imał. Duch sam podsunął mi obraz białego świetlistego krzyża cerkiewnego. Wyciągnęłam go ku kamieniowi i powiedziałam: Błogosławię cię, kamieniu! Kristos waskries! Kristos waskries!
Białoruś żywie. Być może ma to związek. Tyran cofnie się i oswobodzi Białe Źródło, Ducha Słowiańskiego, Macierz naszych wieszczów i portal naszych aniołów.

Wycieczka do Białegostoku, na Jarmark Wielkanocny. Las Drzew Życia, palm podlaskich i wileńskich, zapach prawdziwej kiełbasy i chleba. Przywiozłam książkę o hafcie ludowym, chałkę i chleb litewski, oraz koronkową serwetkę do koszyczka wielkanocnego. I trochę adresów do twórców ludowych, rękodzielników i rzeźbiarzy.

17:50, transwizje
Link Komentarze (6) »
środa, 22 marca 2006
Pomoc
Do mojego pokoju w domu rodzinnym dobijała się Sandra, a ja zauważyłam ją dopiero, gdy weszła na parapet zewnętrzny i wrzuciła przez umieszczony wysoko lufcik jakiś kamyczek. Zerwałam się zza stołu i ruszyłam do drzwi, aby jej otworzyć. Wtedy ze zgrozą zobaczyłam, że na wieszaku koło wejścia od dawna już wisi moja mama, ubrana w kilka długich płaszczy, sama zawieszona za kołnierz, jak jeden duży płaszcz. Przez chwilę myślałam nawet, że jej wewnątrz nie ma, ale była, leciutka, wychudzona, zanikająca. Chwyciłam ją na ręce i z ogromnym wstydem przeniosłam troskliwie na łóżko.
- Trzeba było powiedzieć, że tu jesteś! - mówiłam.
- Nie chciałam ci przeszkadzać. Mówiłam, ale nie słyszałaś - odpowiedziała ledwie słyszalnym głosem. Obudził mnie wstrząs i długo zachodziłam w głowę, co ten sen mógł znaczyć. Mama rzeczywiście była osobą, która zawsze znosiła trudności z ogromną godnością i nigdy nie poprosiła nikogo o pomoc, nawet w wielkich kłopotach. Targał mną teraz niepokój, że wykazuję jakiś brak wrażliwości, że być może nie pomagam komuś, kto tego potrzebuje, ale wstydzi się o tym powiedzieć. Ale, na Boga, komu?
W trakcie robienia rachunku sumienia zasnęłam znowu. I znów byłam w tamtym pokoju. Odebrałam telefon od małej K., dziecko składało mi jakieś życzenia, najwyraźniej pod dyktando kogoś dorosłego, kto stał obok.
- Dobrze, słońce, ale powiedz mi z jakiej okazji te życzenia? - spytałam zdziwiona na koniec. Wtedy usłyszałam w słuchawce głos męża Sandry, podpowiadał coś córce.
- Bartek? Jesteś tam? - zawołałam do telefonu. Przejął go zaraz z rąk K.
- Tak, to ja. Chcę cię spytać, dlaczego tak długo nie mówiłaś, że jesteś w takiej trudnej sytuacji? Przecież komu jak komu, ale nam możesz powiedzieć. Na pewno coś byśmy wymyślili, moglibyśmy pomóc...
Zatkało mnie... I ogarnął pełen żalu i wzruszenia smutek. Rzeczywiście! Jestem przecież od lat w trudnej sytuacji i właściwie cudem wiążę koniec z końcem. Tak dalece o tym nie myślę, że takie rozwiązanie znaczenia pierwszego snu nie przyszło mi w ogóle do głowy...
14:10, transwizje
Link
wtorek, 21 marca 2006
W drodze

Spędzałam wieczór przed chatką. Drogą co rusz ktoś szedł. Niektórzy przystawali, a nawet przygotowywali sobie biwak. Rozmowy dotyczyły spraw szamańskich. Było dwóch wykształconych mężczyzn przejazdem z Rosji, oni mieli do zaproponowania jakieś swoje metody, spreparowane na bazie ludowych przekazów. Inni niecierpliwili się już "pobieraniem nauk od piorunów i błyskawic" i niezbyt chcieli z nimi rozmawiać. Generalnie czekano na jakąś inspirację, wszystko wydawało się nudne, wielokrotnie przewałkowane. Jakaś kilkunastoletnia dziewczynka była tak namolna, że położyła się w chatce, jak u siebie i nie reagowała na moje grzeczne prośby, aby wstała z podłogi. Leżała na niej brzuchem do dołu, przeglądając jakieś pismo. Wkurzyło mnie to i prasnęłam ją złożoną dziecinną skakanką przez pupę. Wstała z niechęcią, patrząc na mnie flegmatycznie. Ku skrzyżowaniu, przez stary sad przeszedł jakiś dziwny młodzieniec z długimi ciemnoniebieskimi włosami, zawiązanymi na plecach na pęk, swobodnie wiszący na wysokości pasa. Nie zatrzymał się nawet, choć mnie zaciekawił, jako ciekawy wytwór środowiska, które mnie właśnie obległo.
W końcu udało mi się jakoś tych kilkoro nieproszonych gości porozkładać w maleńkiej chatce i poszliśmy spać. W środku nocy jednak obudził mnie nagle hałas, dobiegał z zewnątrz. Wyjrzałam zdumiona przez okno. Z drogi, ku chatce zmierzała spora grupa ludzi z okolic. Nieśli w rękach palące się pochodnie, którymi rozświetlali sobie ciemność. I wszyscy głośno modlili się słowami Modlitwy Pańskiej.
- Pielgrzymka? Do mnie? Jezu, ale jaja! - pomyślałam wstrząśnięta. Ale już było za późno, aby coś zrobić. Wchodzili właśnie na podwórze. Obudziło mnie uczucie szoku, wstrząs.

19:35, transwizje
Link
poniedziałek, 13 marca 2006
Przejście przez śmierć

Tarotowe obrazy przed snem.
Śmierć, w tolkienowskiej formie ubranego w biały mnisi kaptur Mroku podnosi rękę, z której wytryskuje "drzewo" złożone z ostrych, rozchylających się gałęziowo żebrowatych kości. Sięga ono zachmurzonego nieba. Kości są szarobiałe i zaczerwienione piekielną czerwienią na końcach. Oto zakon Inkwizycji, ciągnący ludzi na tortury i pewną śmierć, aby ułożyć stosy pogruchotanych trupów ku chwale Zwycięskiego Nieba.
Dziwny rytuał, odprawiany chyba w kościele, na posadzce, na której rzucono coś w rodzaju krzyża (był to krzyż, lecz oś pionowa była o wiele grubsza od osi poziomej), a na niego upadła kobieca postać, jakby w jakimś magicznym ofiarowaniu. Buchnęła ogniem. To Papieżyca, teraz wiem, ukazująca mi się jako jedna z czarownic spalonych na stosach Inkwizycji.
I kilka czarniawych kończyn jakiegoś olbrzymiego, pancernego owada, przycupniętego za nogą od stołu. Próbowałam go wyśledzić. Z początku wzięłam go za kraba (tego z karty "Księżyc"), ale po przyjrzeniu się stwierdziłam, że to zapewne jakiś rodzaj tarantuli, albo czarnej wdowy. Choć odnóża nie były włochate i trudno mi do końca stwierdzić co to było... Stół stał się wyższy, jego nogi szczuplejsze, a owadokrab tkwił tam, niewysoko nad podłogą, przycupnięty w półukryciu prawie bez ruchu. Przekaz został ukryty i zdołał przetrwać, dzięki politycznemu kamuflażowi. 

Noc egzorcyzmów. Udało się. Jakaś kobieta myliła mi słowa modlitwy czarodziejskimi zaklęciami, ale zdołałam ją pokonać i zabezpieczyć wszystkie kąty, okna i drzwi przed wtargnięciem złych duchów. Napastniczka znikła. Znalazłam się wśród kilku osób, które przeszły "tarotowy czarny chrzest" i zyskały wgląd w to, co kryje się w głębi. Trzech mężczyzn i jedna kobieta. Pamiętam dwóch. Jeden siedział przy stoliku, miał wielką czarną, dziko rosnącą brodę, a z twarzy przypominał Sulejmana. Drugi stał obok, miał na ustach jakieś drewniane klamry (dyby), które uniemożliwiały mu głośne mówienie, a osobom patrzącym choćby odczytanie z ruchu warg tego, co mówi. Kobieta, chyba nieśmiała z natury, była niedawno wtajemniczona i najmniej się udzielała w rozmowie. Wszyscy uświadomili mi, że spotkanie z Mrokiem, które zwycięsko przeszli sprawiło, iż w każdym z nich uruchomiła się na stałe jakaś moc i oddziaływała teraz poprzez ich tarota. Miała cechy indywidualne, niezależne, nie do powtórzenia przez naśladowcę. Tarot w ich rękach nabierał swoistego charakteru, uwydatniał i przekazywał bardzo odmienne informacje. W żadnym razie nie były one straszne, czy negatywne. Różniły się od siebie, lecz każdy typ mógł sprawić, że człowiek konsultujący się u nich widział swoje życie od strony, która ułatwiała mu jego twórczą zmianę. Niestety, nie zapamiętałam więcej szczegółów z tej wizyjnej nauki.

12:45, transwizje
Link
sobota, 11 marca 2006
Obdarowujące Usta
Wiatr ustał zupełnie. To dzień trzeci i raz drugi. Zaległa pochmurna i dość ciepła cisza (rano tylko -4 stopnie).
Obejrzałam wczoraj na dvd film "Spotkania z niezwykłymi ludźmi" Petera Brooka, zrobiony na podstawie wspomnień Gurdżijewa. Uświadomił mi, jak uboga jest nasza popularna wiedza o Azji. Japonia, Chiny, Tybet, Indie, Wietnam, a potem długo, długo nic, aż do Bliskiego Wschodu i Kaukazu otchłań ignorancji. Poza tym Wielkie Światowe Braterstwo, ukryte w górach w prastarym kamiennym klasztorze, porusza się nowocześnie i europejsko, pewnie w stylu amerykańskiej grupy Gurdżijewa, a jego patriarchowie są sztywni i napuszeni. Całość już u podstaw książkowych, a w filmie to zostało jeszcze uwydatnione przez cięcia scenariuszowe sprawia zwyczajnie wrażenie jakiejś dość naiwnej, masońskiej propagandy.
Założyłam wczoraj forum dyskusyjne "Księga I-Ching". Dopiero potem sprawdziłam horoskop symboliczny i heksagram narodzin metodą Śliwy. Merkury retrogradujący na Descendencie w Rybach, mimo to dobra obsada domów komunikatywnych (3, 5, 7, 9, 11), a w symbolach mnóstwo unoszenia się w przestrzeni (lotnik i krążące orły), wody (w tym ryb i węży) i księżyca. Heksagram narodzin: 42. Powiększenie, zmieniający się na 27. Usta.     
09:33, transwizje
Link
piątek, 03 marca 2006
Piekielny ryt
Stan wizji przeplatał się z akcją snu. Krzyczałam ze złością na jakieś dziewczyny, które przeszkadzały mi spać. Użyłam imion osób, których nie znam. Edyta? Alicja? Potem siedziałam wśród nich przy stole w kuchni (nieznanego, wysokiego mieszkania), a w pokoju obok jedna z nas odbywała miłosne spotkanie z jakimś mężczyzną. Przy stole panowało oburzone milczenie i wrogie nasłuchiwanie odgłosów. Potem znalazłam się w moim pokoiku w chatce. Poczułam, że robię się lekka i z łatwością uniosłam się aktem woli w powietrze. W miejscu drzwi do sieni wisiało duże lustro. Ujrzałam w nim siebie, grubą, w jasnobłękitnej, lejącej się szacie. W rogu oświecenia wisiał jakiś malutki obrazek. Wykonałam przed nim kilka dziwnych ruchów rąk, mówiąc: "Błogosławię cię... kochanie moje"... Następnie pofrunęłam do rogu pomocnych ludzi i znów wykonałam te same ruchy rąk, mówiąc podobnie: "Kocham cię... kochanie moje"... Zaczęłam wracać do ciała. Już na jawie (jak mi się zdało) usłyszałam wycie psa w brzozowym lasku, gdzieś przed chatką. Przypomniało mi się, że widziałam w dzień wałęsającego się tam wilczura. Moje psy jednak spały w najlepsze i nie obudziły się.
- "Może to wilk" - kombinowałam - "Ale wycie jest jakoś mało ekspresyjne. Poza tym niedawno był nów księżyca, a wilki przecież wyją w pełnię."
Poranek nadszedł w ciszy. Zapadałam co rusz w intensywne sny, z których niewiele jednak pamiętam. Tylko tę jedną historię: masońskie ugrupowania stosowały inicjacje dla nielicznych kandydatów, oparte o prastare ryty mitologiczne z rejonu, z którego pochodzili i w którym działały. Był więc ryt egipski, a także z Gibraltaru, mający korzenie jeszcze na Atlantydzie, a także ryt północny, oparty o mity skandynawskie. Ktoś wybrał się w taki rejon, z samozaparciem pokonując wiele przeszkód, aby dotrzeć do źródła i dostąpić kilkustopniowej inicjacji. W końcu pokazano mu wysoki mur okalający wydzielony, okrągły teren.
- To obły świat męskiego wtajemniczenia w piekło - powiedziano mu.
Przekroczył odważnie wejście w murze i znalazł się po drugiej stronie. Mógł się jeszcze wycofać, gdyż nieco dalej stała bramka ze szlabanem i strażnik, przepuszczający teraz inną osobę. Starał się nie patrzeć pod nogi. Ziemia skrywała tam mnóstwo czaszek i kości ludzi, którzy stąd nigdy nie wyszli. Kiedy czekał cierpliwie, zaczęły zlatywać się kąśliwe owady, muszki i ćmy o czarnobiałych skrzydełkach i kąsać go w gołe nogi. Oganiał się od nich cierpliwie, ale owadów przybywało i robiły się coraz bardziej nieznośne...
11:28, transwizje
Link
Archiwum