bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
środa, 31 marca 2010
Opocznie
Myśli po obejrzeniu "Innych światów"... Fajnie zobaczyć zwyczajnych prostych ludzi, którzy Tam bywają i wiedzą na czym to polega. Neurotyczne doświadczenia psychodeliczne ludzi z zachodu smutne są i męczące, gdy się patrzy i słucha.
Ale...
jakież to cholernie niebezpieczne dla białych! Większość popadła już teraz w narkomanię i "odlot". To nie powinno zostać przekazane, chyba, że jest to nie-świadoma zemsta za konkwistę.

Do kontaktów z duchami nigdy nie było mi nic specjalnego potrzebne. Ani ajałaska, ani pejotl, ani LSD, ani marysia, ani wódka, ani papieros, ani stukający stolik. Jeśli chciały i chcą zawsze mogły i mogą przyjść i mnie zawołać, a ja słyszałam i słyszę.
Miałam wizje chorób w postaci wielkich zielonych potworów, nieco podobnych, gdy je opisywać do Dawnych Bogów Lovecrafta. Teraz patrzę i często widzę je w tv w reklamach domestosa, to te potworki szumiące w kiblu. W wizjach były wielkości słonia. I zawsze wtedy zapowiadały infekcję bakteryjną.
Krokodyle, zielone i gorsze, starsze, burobrązowe z potwornymi zębami też bywały. O wężach, szarych, brązowych, lśniących, zielonych nie wspomnę. Wszystko to sprawy zdrowia, biologii ciała.

Nie ma w tym aniołów, diabłów, kosmitów, półbogów ani bogów. I dlatego mowa jest o pierwotnej świadomości, eksplorującej Głąb i Głąb Głębi (w czasie).
O tym co Ponad i w Przodzie nieco bąknął Credo Mutwa, Południowy Afrykańczyk, zarabiający na co dzień rozwożeniem listów.

Potwierdzam, duchy mieszkają grupami.
I jeszcze coś powiem, człowiek zachodu kiedy tam zagląda ryzykuje nie tylko życie, ale i zdrowie psychiczne. Inne rasy tego nie mają.
Grupy białych duchów, które się zgromadziły, nie zawsze są dobre i uzdrawiające w mocy swoich zgromadzeń.
Indianie, Azjaci, Afrykanie to czują, ale nie mogą pomóc, gdy to coś dopadnie białego.
Biały musi szukać własnej siły, własnej opoki. I przejąć się historią własnej kultury.

20:31, transwizje
Link
wtorek, 30 marca 2010
Trzecioocznie
Ciekawie się wszystko zazębia z nieświadomością zbiorową. Ja tu "Białych bogów" wałkuję, czyli historię hitlerowskiej rodziny, która ląduje nagle w środku wenezuelskiej dżungli i uczy się podstaw bytu od Indian, a w Wolnych Mediach "puszczają" film "Inne światy", rzecz o rytuałach szamańskich południowoamerykańskich Indian itp. Niestety-stety, oglądanie idzie mi wolniej od czytania. Co rusz mój stary komp się zawiesza, albo ktoś przyjdzie albo pies zaszczeka, albo kogut zapieje nie tak... Jak obejrzę może coś przyjdzie. Na razie całą noc męczył mnie i dręczył ból głowy, a właściwie trzeciego oka, po zjedzeniu na kolację chleba z Biedronki.
10:22, transwizje
Link
poniedziałek, 29 marca 2010
Lekturnie
Od lat (idzie już w dziesiątki) nie czytam już beletrystyki, a głównie książki teoretyczno-poznawcze. Od pewnego czasu także i one zaczęły mnie nudzić i dobrze jest, gdy dociągnę w ich lekturze do połowy. Poszukiwania sensu życia, odpowiedzi na niewyjaśnione itp. już chyba mam za sobą w takim razie.
Od kiedy mieszkam na wsi próbuję wrócić do dawnej miłości, beletrystyki. Siłą rzeczy, bo takie przeważają w wiejskiej bibliotece. A biblioteki zawsze kochałam i nic mi nie przeszło. Zaczęłam od prostych rzeczy, żeby się wdrożyć i nie znudzić. Pilipiuk, no, i trochę fantastyki, i humoru, i akcja szybko biegnie, że człek nigdy nie wie jak się skończy... podlasko-wschodnie humory, zresztą czasem wcale nie zmyślone tylko uwypuklone (łoj, już coś tam wiem np. o Niemcach i Ruskich zakopanych po rolniczych zagrodach albo zjadaniu poronionego cielaka z oszczędności). I starcza mi uwagi do połowy. To jakaś zaczarowana granica!
"Nie, to nie wina autora, że nudny i zaczyna gonić w piętkę, tylko coś ze mną nie tak" - stwierdzam twardo. I czytam od kilku dni, wykorzystując tarasowanie (czyli popołudniowy relaks na tarasie), "Biali bogowie" niejakiego Torstena Krola.
Jestem już w 5 rozdziale!
(Gdzie czasy, gdy w ciągu jednego dnia potrafiłam przeczytać od deski do deski 3 książki albo rozpocząć 10).
Ale od razu widać, co mi pozostało z dzieciństwa! Przygody, podróże, zagadki, inteligentna fantastyka. No, może być historia. Żadnych wzdychów dziewczęcych i roman-sideł, żadnych robótek ręcznych i kobiecej neurotyki.  
10:40, transwizje
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 marca 2010
Górnie
Obejrzałam na YouTube film "Góra Ognia", rzecz o poszukiwaczach, którzy odkryli prawdziwą górę Synaj. Poszukiwacze są oczywiście dzielnymi Amerykanami, stawiającymi czoło tradycyjnej ignorancji, która raz związawszy Górę św. Katarzyny na Półwyspie Synaj z Horebem, ustanowiła tam bezapelacyjnie miejsce kultu. Jest wśród owych podróżników emerytowany policjant śledczy, jest też kosmonauta. Ich wersja drogi Żydów z Egiptu na drugi brzeg Morza Czerwonego okazuje się logiczna i całkowicie potwierdzona przez fakty (rafa koralowa na dnie, powodująca, że biblijny wiatr ze wschodu mógł rzeczywiście odsłonić przejście).
Inni poszukiwacze, działający od wewnątrz (z terenu Arabii Saudyjskiej) bez uzgadniania z kimkolwiek również odkryli to samo, a nawet więcej. Jest to amerykańska rodzina, rodzice i dwójka dzieci, chłopiec w uczesaniu młodego Indiany Jonesa (a jakże!) i dziewczynka jak z japońskiego komiksu.
Najciekawsze jest jednak to, że owo odkrycie jest jedynie kulturowe, a nie geograficzne. Arabowie z dawien dawna wiedzą, co to za góra i zwą ją Jabal Mussa (góra Mojżesza). Mało tego, dawno otoczyli zasiekami kamienne ołtarze wokół góry, na których zawiesili tablice ostrzegające w języku arabskim i angielskim, że "na teren odkrycia archeologicznego wstęp surowo wzbroniony". Pilnujących tam nie ma, ale nasi poszukiwacze skromnie stali za siatką, filmując kamienie z wyrytymi na nich bykami Apisa, a pierwsi z nich wręcz wspięli się na szczyt góry w nocy, używając noktowizorów, z lęku przed aresztowaniem na pustyni.

Sama góra jest magiczna. Granitowe kamienie na szczycie zmieniły kolor na czarno-granatowy, jakby pod wpływem wysokiej temperatury. Rodzina "Indiany Jonesa" założyła na niej 14 razy obozowisko. Nic nie przyleciało, nikt się nie objawił.

11:13, transwizje
Link
piątek, 26 marca 2010
Zmiana

Eksplozja, rozbłysk światła, impet i wiatr lecący przez kraje...

Pewnej nocy kilka lat temu obudziłam się z takim właśnie obrazem w głowie i bezpośrednią informacją w umyśle: to eksplozja z przyszłości. Tak potężna, że jej echo pobiegło w przeszłość i dobiega uszu i oczu niektórych co wrażliwszych na takie sygnały ludzi zanim cała rzecz się wydarzy.

Wkrótce potem ocknęłam się w jasnowidzącym śnie, opowiadającym już o wiele dokładniej o nadchodzących nieuchronnie czasach.

 

Był w nim mój dom rodzinny, (nieżyjąca już w rzeczywistości) mama w wieku około pięćdziesięciu lat, ja – niezwykle podniecona i po nastoletniemu ciekawa wszystkiego i jeszcze kilka osób z dalszej rodziny.

Już wieczorem zaczęło wiać i wiatr stawał się stopniowo coraz porywistszy. Gorączkowo uszczelniliśmy wszystkie otwory okienne i drzwiowe, a także komin, po czym skupiliśmy się w pomieszczeniach od zawietrznej, czyli od wschodu i południa.

Mimo wzmagającego się upiornie świstu huraganu  z zachodu oraz ogromnego niepokoju udało mi się jednak zasnąć i bez większych przeszkód przetrwać noc, a nawet zdrzemnąć się trochę tuż nad ranem. Kiedy otworzyłam oczy było już zupełnie cicho i nadzwyczaj spokojnie, nawet słońce wyszło zza chmur, nadając teraz wszystkiemu jakiś świeży, uspokajający ton.

Wszyscy rzuciliśmy się sobie w ramiona, płacząc ze wzruszenia. W jednej chwili puściły długo tłumione emocje. Nie było gorszych i lepszych, swoich i obcych. Najważniejsze zdawało się to, że przeżyliśmy, a wszystko dzięki Bogu!

Po pierwszych wzruszeniach dokładnie obejrzeliśmy szkody.

Dom się ostał i co najdziwniejsze, na swoim miejscu został także drewniany, prowizoryczny daszek od wschodniej strony, zbudowany dla ochrony zwierząt przydomowych. Owszem, nieco się osunął, ale stwierdziliśmy z ulgą, że można go będzie łatwo podeprzeć i naprawić. Za to pękł szczyt od zachodniej strony, a ściany częściowo rozsypały się, tworząc tam sporą wyrwę. Podobnie było, choć w mniejszym stopniu na północnym szczycie. Na szczęście była już właśnie późna wiosna (kwiecień) i noce szybko robiły się coraz cieplejsze.

- Na razie dziury można zatkać starymi kołdrami i workami, aby ochronić wnętrze chociaż przed deszczem - stwierdziliśmy.

Nikt z nas nie myślał o stratach materialnych czy kosztach remontu. To takie szczęście, że w ogóle udało się przeżyć!

Jako osoba młodziutka, ruchliwa i ciekawska wybiegłam zaraz z domu, aby zorientować się w ogólnej sytuacji w miasteczku. Szybko przyniosłam najświeższe nowiny.

Już wczoraj spodziewano się fali huraganu i w całym kraju stanęły wszystkie pociągi, a ludzie – ostrzeżeni zawczasu – nie wyjeżdżali samochodami na drogi, tylko zajęli się zabezpieczaniem dobytku. Ci, którzy nie zdążyli na czas do domu poukrywali się w przygodnych miejscach, gościnnie przyjmowani przez miejscowych gospodarzy. W ogóle kryzys trwał już od dłuższego czasu, ludzie od kilku lat wrócili do prostych prac, hodowli drobnych zwierząt i uprawy porzuconych dawniej działek.

W efekcie przejścia huraganu kompletnie padła elektryczność, transport i wszelka łączność. Działały jeszcze tylko telefony komórkowe i jakiś lokalny system telefoniczny zorganizowany przez miejscowe służby pomocy. Można się więc było dodzwonić do pogotowia, straży pożarnej i innych tego rodzaju organizacji, które – jak oceniłam – działały od dawna całkiem prężnie i z wielkim poświęceniem ratowników. Co rusz przejeżdżała drogą jakaś karetka, a w niej choć jeden człowiek znający się na doraźnej pomocy, zdążający do tych, którzy w nocy zostali niespodziewanie czymś przygnieceni, albo poczuli się gorzej ze strachu. Krążyły także nieliczne samochody prywatne i zaczęła funkcjonować organizująca się spontanicznie pomoc sąsiedzka, choć wszyscy mieli świadomość, że benzyny pozostało już tylko tyle, co w zapasach.

Nie było również pitnej wody.

Tak, powstał i trwał jakiś spory i ważki problem z wodą. Musieliśmy wszyscy zacząć oszczędzać i to nie wiadomo przez jak długo. Wspólnie postanowiliśmy wydzielać sobie po jednej szklance wody dziennie.

Mama z troską na twarzy, w milczeniu zgarniała szpadlem z ulicy wilgotne błoto, aby choć w ten sposób zdobyć wodę dla kur.

Cieszyliśmy się, że żyjemy, że dzisiaj wyszło słońce, ale tak naprawdę nikt z nas nie wiedział, co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc...

Tej jednej nocy zniknęły wszystkie kierunkowskazy i granice porządkujące świat w sposób jak się dotąd wydawało - odwiecznie ustalony i niezmienny.

19:47, transwizje
Link
czwartek, 25 marca 2010
Indyczo
Są też wizje ukazujące się w formie fabularnych historii sennych. Często gęsto moje subiektywne "ja" nie jest w nich mną, lecz patrzę na akcję oczami innej osoby. Nie wiem kogo. Różnych ludzi, w różnym wieku, różnej narodowości, temperamentu, a nawet płci.
Oto dalszy ciąg tematu zarazy, a przy okazji również wątek o Philipie K. Dicku.

***

Oto czas zarazy w Polsce.

Myślę o tym, że ten koszmar, który śnił mi się przez tyle lat w końcu nadszedł naprawdę...
Ludzie padają jak muchy, zaledwie zetkną się z zarazkiem. Jednak niektórym nic nie jest, nie wiadomo dlaczego. Stąd trudno przewidzieć, kto z nas umrze następny. Niebo na długo
zasnuwają ciemne, jakby deszczowe, bardzo ponure chmury. Pilnie nadsłuchujemy wieści z daleka i z niepokojem pokazujemy sobie nawzajem sunące niekiedy po niebie stada ptaków. Nie są to ptaki zwykle odlatujące, lecz na przykład indyki, przepiórki i podobne do nich bażanty.

[Wnoszę, że chodzi o symbol Polaków powracających z emigracji albo na odwrót, emigrantów wyjeżdżających do siebie].
Ich widok mówi, że zaraza
rozszerza się na świecie. Ptaki uciekają przed nią, ale przecież mogą ją także zwlec i tu.


Dyskutujemy zażarcie w grupach internetowych i bliskich znajomych o tym, gdzie się to wszystko tak naprawdę zaczęło. Słyszę, że stało się to na Południu i dąży poprzez Południowy-Zachód całkiem na Zachód.


To realizacja moich wcześniejszych ostrzeżeń, prawdziwe wydarzenia, a nie koszmarny zwid.

Życie uczy wszystkich nie myśleć o przyszłości, nie liczyć na cokolwiek, ani też nie bać się niepotrzebnie o dach nad głową. Sytuacja jest tak niepewna dla każdego, że naprawdę trudno jest przywiązywać się do czegokolwiek albo kogokolwiek.


Na miejskim dworcu, wśród czekających na wciąż odkładany przez firmę przewozową wyjazd widywana jest wysoka, poważna kobieta w żałobie. Czasem nie jest ubrana na czarno, a jednak kolor jej sukni potrafi w jednej chwili przemienić się w czarny. To budzi pełen respektu lęk w kolejkowiczach stojących dzień w dzień przed urzędem.

Odchodzi wtedy bardzo smutna.
To jasnowidząca. Ona wie, kto umrze następny z osób bliskich dla oczekujących w kolejce na jakiekolwiek wieści z zagranicy lub może wreszcie otwarcie granic.

Dostaję przez internet  najświeższy artykuł z dziedziny mnie interesującej. Został specjalnie skompilowany z opowiadań Philipa K. Dicka.
Tekst dopiero co
odszyfrowała grupa zapaleńców. Ktoś odkrył, że autor zakodował w nich genialnie, posłużywszy się nieznanym do tej pory, koszmarnym językiem i dźwiękami przypominającymi stękanie i jęki - niezwykle ważny przekaz od sił wyższych.
Kryptolodzy zrozumieli zapisy, dokonane alfabetem, który nazwali "tin-ton". Składał się on z trzech rodzajów znaków, które trzeba było połączyć na zasadach plusa i minusa i wzajemnych polaryzacji, uruchamiających kontakt z trzecią, wspólną dla obu siłą.


- Spójrz na ten rysunek - podpowiadają mi teraz zaaferowani odkryciem - Dla ułatwienia przedstawia on opisaną powyżej zasadę. Jest podobny do kontaktu elektrycznego zbudowanego z trzech klocków, dwóch wbitych w trzeci.
Po przetłumaczeniu kodu odkryto, że tekst brzmi mniej więcej: "oii oio ioi ioo ooi iio oii..." (itd., itp.). To wygląda jak zapis binarny. Reszta jest po angielsku, to trudne dla mnie do zrozumienia, gdyż nie znam tego języka, więc odkładam kartę.


Spoglądam w niebo. Przed chwilą w zasnutej ciemnymi, deszczowymi chmurami ciemności zrobiła się jasna wyrwa w kształcie wielkiego ptaka, podobnego do indyka. Wpada nią radosna smuga jasnego słonecznego blasku.
- Czyżby się przejaśniało?

Westchnęliśmy z powracającą nagle nadzieją.



18:12, transwizje
Link
środa, 24 marca 2010
Cierniowo
Obejrzałam kilka filmów na YouTube o Philipie K. Dicku. Jeden wywiad z francuskimi napisami udało mi się nawet zrozumieć. Dick miał wygląd klasycznego neptunowca (tj. człowieka z aktywnym i silnym Neptunem w horoskopie), w latach późniejszych nalany, z błyszczącymi oczami, charakterystyczne dla człowieka lubiącego zjeść i wypić, z tych dwojga wypić i może poćpać też, albo zażywającego psychotropy.
To wszystko gwoli tematu trzech braci schodzących z Wieży...

Poza tym wczoraj, gdy pasłam kozy w sadzie spojrzałam w kierunku zachodnim, czyli Uroczyska i zatkało mnie. Na niebie ponad Górą zza niej rozkwitała biała korona chmur, utworzonych jak gdyby ze skomasowanych chemicznych smug. Zwlokło się to skądś znad Warszawy, skoncentrowało i utworzyło wielką cierniową aurę wokół góry.
16:26, transwizje
Link Komentarze (2) »
Panicznie
Z wolna przejdę do sprawy popularnej od zeszłego roku, dzięki akcji uświadomienia niebezpieczeństwa podjętej na blogu Grypa666 i innych, które rozwijały temat. Zaraza i szczepionki.
Poniższa wizja przyszła tak, jak mówiłam, gdzieś w latach 2002/3, nie pamiętam, choć pewnie, gdyby trzeba było mogłabym dotrzeć do dokładnej daty szperając w starych kalendarzach.
Oto ona. Obecnie nie wymaga specjalnych interpretacji. Trzeba tylko pamiętać, że osoby występujące są alegoriami sił zbiorowych, syn - cywilnych, ojciec - służb wojskowych i policyjnych. Ich pokrewieństwo to akcja dziejąca się w jednym państwie i narodzie, podjęta przez jednych przeciwko drugim.

***

Widzę wielką, nowoczesną, milionową zachodnią Metropolię. Panuje środek pogodnego jasnego dnia. Na śródmiejskiej ulicy, wiodącej pośród szeregów betonowo-szklanych biurowych kolosów obserwuję uaktywniający się w porze lunchu tłumek przechodniów poszukujących jadłodajni i sklepów.

Mój wzrok pada na młodego człowieka, stojącego jakoś niepewnie koło rozchylających się i zamykających rytmicznie szklanych drzwi do salonu sprzedaży. Skądś wiem, że został potajemnie namówiony do zrobienia zastrzyku swojemu ojcu, wojskowemu. Miałoby to go uodpornić na pewną bardzo niebezpieczną chorobę zakaźną.
Kto go do tego namówił? Kto wręczył mu potrzebną szczepionkę?
To ludzie podający się za pracowników Rządu. Stoją za nimi starannie ukryte sprawy, trudne do wytłumaczenia i zrozumienia komuś z zewnątrz.


Dostał od nich strzykawkę o igle wielkiej i grubej jak szydło oraz zapewnienie, że "To są tylko puste bakterie". W ten sposób zrobi dobry uczynek, chroniąc ojca przed możliwością zarażenia się podczas kolejnego służbowego wyjazdu na tereny Bliskiego Wschodu. Tej możliwości, jako wielokrotny weteran konfliktów i utarczek w tamtym rejonie świata jego ojciec nie chciał wziąć pod uwagę, dlatego ci, którzy jednak wiedzieli więcej poczuli się zobowiązani do zapewnienia mu mimo wszystko ochrony. Taka była oficjalna intencja.


Chłopak dokonuje tego w czasie, gdy jego ojciec gapi się z zainteresowaniem w witrynę salonu sprzedaży. Jest to silny, muskularny mężczyzna w średnim wieku, ubrany w czarną, skórzaną kurtkę. Stoi na szeroko rozstawionych nogach w sposób ukazujący całkowitą pewność siebie i niewzruszony spokój oficera, przywykłego do rozkazywania i wzbudzania respektu.

Syn wbija z całym impetem igłę przez skórzaną kurtkę w jego pośladek i tak szybko wyciąga, że ojciec tylko machnął ręką, jakby oganiając się od muchy, ale nawet się nie odwrócił. Udało się!


W tym momencie na dłuższy czas zapada dziwnie głęboka cisza i bezruch...


I nagle widzę, jak na ulicznych przechodniów pada blady strach. I rodzi się masowa histeria. Wojskowy odwraca się ku ludziom z płonącą wściekłością i jakimś dziwnym, demonicznym blaskiem twarzą. Bije od niego dzika agresja i niepoczytalność, tak jakby w jednej sekundzie stał się w pełni posłusznym narzędziem Bestii. Ludzie z ulicy na jego widok zbijają się w ciasny tłum, przerażeni, unieruchomieni.


Znajduję się w tym tłumie, dość daleko od atakującego, ogarnięta strachem przed zarażeniem się za pośrednictwem dotyku. Bo to jest zaraza, już wszyscy wiedzą.
Krzyk, strach, wszechogarniająca panika...!!!!!!!!!


13:34, transwizje
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum