bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 29 marca 2016
Dziecię Smoka

Przeszukując notatnik ze snami, znalazłam coś na temat Niemiec i Polski.

17 stycznia 2005

Ujrzałam na ekranie Wikinga, krzyżowca, germańskiego boga wzywającego czystą północną rasę do przemienienia świata, dziedzica Graala (3 lilie w koronie), Pantokratora - królewskie dziecię Smoka, wzywającego do parcia na wschód. Była w tym ewidentna zapowiedź agresji na Polskę, aby przejąć władzę. Paradoksalnie jednak czerwone ryby na białej tarczy zwiastowały trzykrotną klęskę podszywającym się pod Czystą Krew siłom... Z rąk jej ofiar, które trzy razy upomną się o ukradzione dziedzictwo, a na koniec zedrą Zasłonę... Były już dwie przegrane wojny, przyjdzie i trzecia klęska dla ukrytych "władców świata".

I jeszcze to. Imię aktorki, grającej Marusię w "Czterech pancernych" znaczy tyle samo co imię bohaterki książki Alefa Sterna "Pola Laska".

26 stycznia 2005

Wizja: Pola połamana, w pasie (krzyżu) wręcz podzielona na pół, oba ramiona zgruchotane. Próbują jej części ciała złączyć, ale nie wiadomo czy przeżyje, w jakim stanie będzie istnieć. Ona do końca nie zdaje sobie sprawy ze swego pogruchotanego kręgosłupa, ale chyba przeczuwa. Płacząc modli się:

- Panie, daj mi Słowo Swoje, abym mogła się wyzwolić!

16:43, transwizje
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 28 marca 2016
Połączenia

Świątecznym wieczorem na kolacyjnym posiedzeniu przy suszi i białym winie ze znajomymi wyjaśnił mi się sen o Kondratiukach. Otóż pewna reporterka filmowa z regionalnej TV poszukuje tematu na reportaż i znajoma poradziła jej naszą historię.

Dziś nad ranem kolorowy wizyjny sen: zadawałam się w nim z pewną kobietą, która jak gdyby bez przyczyny szczerze mnie nienawidziła. Nijak nie potrafiłam przełamać jej niechęci. Ani przekonać jej, że nie czuję do niej wrogości, a nawet ją lubię. Zresztą pamiętałam różne inne swoje próby zaprzyjaźnienia się, wszystkie kończone właśnie wybuchem takiej niezrozumiałej wrogości u innych, bardzo przykrej dla mnie. W końcu zdenerwowała mnie ta nasza ciągła walka i zrzuciłam ją z wysokiego muru w dół, gdzie stała woda jakiegoś dużego zbiornika wodnego. Nie była w stanie stamtąd sama wyjść bez pomocy z góry. Nikogo innego oprócz mnie nie było. Nie poprosiła w zawziętości swojej o pomoc i tam ją zostawiłam.
Potem - choć do końca nie jestem pewna, czy ta część snu nie wydarzyła się wcześniej, albo później po następnej -  stałam się młodą dziewczyną, która dostała pierwszą pracę jako kasjerka w jakimś zakładzie, powiedzmy, że był to państwowy urząd. Wypisywałam kwity, niezbyt jeszcze dobrze rozumiejąc zasady i przepisy. Robiłam to pod okiem starszych pracowników. Któregoś razu ktoś z nich poradził mi, abym zmniejszyła spłatę do 50 procent udzielonego klientowi kredytu, powód niezbyt zrozumiałam, ale padło jakieś uzasadnienie. Okazało się, że w biurze trwa kontrola, dość nieprzyjemna, otyła kontrolerka przeglądała wszystkie dokumenty. I zawiesiła swoją uwagę na wypisanym przeze mnie kwicie, węsząc jakiś nielegalny szwindel, czy kradzież. Podeszłam do niej sama i łagodnym głosem wyjaśniłam szczerze, że napisałam go właśnie ja i dlaczego. Zdaje się, że przyjęła wyjaśnienie za dobrą monetę. Kolegowałam się tam ze starszą kasjerką, która była wobec mnie bardzo przyjazna. Mimo zaawansowanego wieku zaszła właśnie w ciążę i radośnie oczekiwała kolejnego dziecka. 
W pewnym momencie stałam się Sapiehą, moim poprzednim wcieleniem i śpieszyłam się, aby załapać się w drogę z jakąś grupą, oddalającą się wąskim pojazdem pływającym, przypominającym długą zmotoryzowaną ławkę, przez głęboko niebieskie i wzburzone morze. Niestety, ruszyli tuż przede mną, gdy Sapieha (ja) wskakiwał na „pokład”, ławeczka wysunęła się spod jego nóg, a on znalazł się nad powierzchnią groźnego morza. Jakimś cudem tylko siłą woli i zaangażowania wewnętrznego, przebierając szybko nogami, udało mu się pobiec, jedynie siłą woli po powierzchni wody w tym samym kierunku za pojazdem. I dotrzeć do brzegu, przedarłszy się przez istne piekło.
Wtedy znalazłam się w jakimś dużym budynku, na poły szkole, na poły urzędzie. W jednej z sal stał duży metalowy, pomalowany na niebiesko piec c.o., rozpalony niedawno. Jakimś sposobem dostał się do popielnika mały piesek należący do tamtejszego kilkuletniego chłopca. Wyciągnięty stał nieruchomo jak posążek, cały zwęglony w smoliście czarnym kolorze i z błyszczącymi jednak żywo oczami. Chłopiec cierpiał z powodu zwierzątka, a ja zapragnęłam mu jakoś pomóc.
Nagle w piecu rozległy się jakieś ciche dźwięki, stukanie. Zdumiona i nieco wystraszona zawołałam innych, aby posłuchali. Tak! Stukanie stało się głośniejsze i najwyraźniej był to jakiś przekaz alfabetem Morse`a. Odczytaliśmy, że to Sapieha połączył się z nami, przemierzywszy cudem wzburzone morze i odnalazłszy nas. Kontakt i akceptacja jego niewidzialnej obecności dał mi wielką siłę zmierzenia się z najgorszym, piekłem samym. Dotknęłam zmartwiałego pieska i on od razu ożył, odzyskał żywe barwy i ciało. Chłopiec był teraz szczęśliwy.

13:51, transwizje
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 marca 2016
Rybony

Pojawił się kolejny wywiad z panem Tarasiewiczem. W pewnym momencie wspomina on o reptilianach i istotach z rybimi głowami...

W tym temacie w maju 2006 roku miałam następujący wizyjny sen w stanie rozszerzonej świadomości:

W nocy wrogi sen. Młode pokolenie. Zaatakowane przez ryby. Dziwne ryby, drapieżne. Odkryliśmy, że Ziemię namierzyła rasa Rybonów. To istoty, które były skazane w Planie Boskiej Ewolucji na całkowitą przegraną, od nich - ryb - jak od dna odbiły się istoty niebiańskie próbujące rozwoju w materii. Teraz odbywała się niewidzialna manipulacja. Rybony stworzyły własne nośniki cielesne w wodach i zaczęło to być widoczne. Mało tego, w pewnym momencie w skafandrach ludzkich pojawiły się wśród ludzi. Rozpoznałam jednego po spojrzeniu wielkich czarnych oczu. Postanowiły odwrócić rozwój w swoją stronę, one na szczycie drabiny ewolucji.

O owej grze ewolucyjnej, odbywającej się w bodajże 10 fazach na Ziemi, poprzez ery rozwoju wszystkich istot dostałam dużo więcej informacji w snach. Opisałam tę wiedzę w "Przemianach w ultrafiolecie". Światło przegrało tylko raz, właśnie na samym początku. I te istoty są formą boskich graczy biorących udział w dalszych pojedynkach.

Tak przy okazji wspomnieć można o utworach Lovecrafta, w których często pojawiała się dziwna mutacja ludzi-ryb, oddająca cześć Starym Bogom... 

10:33, transwizje
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 marca 2016
Filmiszcze

Nad ranem długi sen, o wyrazistych barwach i konturach, który ciągnął się po pewnej przerwie na przebudzenie. W naszym gospodarstwie pojawił się Andrzej Kondratiuk z żoną, Igą Cembrzyńską. Byli starsi (pomyślałam, analizując we śnie swoją wiedzę, że musi mieć już koło 80-tki), ale oboje wciąż twórczy, ciekawi świata i radośni, zwłaszcza Andrzej. Przygotowywali się do filmu, który miał być u nas kręcony. Pokazywałam mu koziarnię, Andrzej chciał poznać każdy szczegół hodowli, zwierzęta, prace z nią związane i zajął się szczegółową rozmową na ten temat z Anią. Ja tymczasem ulokowałam Igę na starym łóżku w uporządkowanym jako tako lamusie. Myślałam, że wymaga tego jej rola. Proponowałam jednak umieszczenie jej w nowym budynku gospodarczym, z oknem na południe, gdzie miałaby wygodniejsze warunki, ale tak zostało.
Przez chwilę byłam nią, leżącą pod jakimś kocem. Andrzej przez niego wetknął mi w okolicy dłoni grubą igłę, skrzywiłam się, udając ból, choć igła nie sięgnęła ciała, to była zdaje się część roli, a ja grałam jako aktorka.
Mimo, że mieszkali całe lata na wsi, nie znali detali rolniczego gospodarowania, innych zwierząt oprócz konia w zagrodzie. Wszystko ich interesowało. Andrzej wskazał na jedną z młodych, niedawno dokupionych kózek, że chce ją z bliska zobaczyć. Okazało się, że koza jest pobrudzona mocno na pysku jakimś zaschniętym błotem. Doczyściłam ją zwykłą szczotką do zamiatania, po czym wypuściłam w obejściu, zapominając, że jest tu nowa. Po chwili było za późno.
Wystraszona koza pobiegła na oślep przed siebie i trafiła w róg ogrodzenia. Była to już moja rodzinna działka, miejsce od wschodu dzielące podwórze od ogrodu metalową siatką. Wpadał tu strumień białej czystej wody z oczyszczalni ścieków, a za siatką cała działka była pokryta wysoko stojącą takoż białą wodą, pewnie z wiosennych roztopów. Ta granica działki śni mi się zawsze jako wschodnie rubieże kraju, biała woda bijąca w rogu i jej zalewisko za siatką, to zapewne był obraz we śnie białoruskiej kultury na Podlasiu, a dalej samej Białorusi.
Spróbowałam schwytać kozę tuż przed wodą, ale przeskoczyła nad strumieniem i zatrzymała się zdezorientowana na skrawku pokrytej pierwszą zieloną trawą ziemi w samym rogu zagrodzenia. Mogłaby je przeskoczyć i nawet utopić się w dużej wodzie za płotem, dlatego włożyłam wszystkie siły, aby ją teraz złapać. Udało się. Andrzej rozpędził się wraz ze mną i na koniec radośnie wskoczył do strumienia wody bijącego z rury odpływowej, była czyściutka, orzeźwiająca i chłodna, ale on był zahartowany i świetnie się bawił.
Tymczasem koza okazała się mieć z bliska twarz młodej ładnej czarnowłosej dziewczyny. Jakoś mnie to nie dziwiło, uczesałam jej sierść-włosy nad czołem i oczyściłam lepiej „buzię”. Zapewne była to postać z filmu, która „nabierała kształtów” w wyobraźni twórców i w końcu ustalono, jaka młoda aktorka ma ją zagrać.
Iga Cembrzyńska rozmawiała ze starymi kobietami i dowiadywała się szczegółów odnośnie szeptuńskich czarów, jak wiązać węzełek, jak go wieszać, co z nim robić…
Tu obudziłam się, bo pies chciał na dwór. Trzeba było go wypuścić, poczekać, wpuścić, znów się położyć. Szybko zasnęłam i wróciłam do przerwanego snu.
Tym razem byłam z obojgiem artystów w jakimś podlaskim mieście, bodajże Hajnówce. Tam kręcono niektóre sceny do filmu. Na ulicy zebrała się grupa ludzi, w tym starszych kobiet ubranych w chyba ludowe stroje, ciemne spódnice, haftowane bluzki sprawiały wrażenie eleganckiego przebrania, Znały reżyserostwo z jakichś dawnych filmów tu kręconych. Teraz Andrzej objaśniał, że: „tam, w B. (tu wymienił nazwę mojej wsi) kręcona będzie cała animacja…”, a kobiety potakiwały głowami. Ze zrozumieniem i wiedzą, gdzie to jest.
W trakcie obu snów była we mnie myśl o tym, że kanwą filmu Kondratiuka ma być moja książka o osiedlinach na Podlasiu, którą niedawno skończyłam.

Rano odszukałam w necie informacje o obojgu. Mieszkają w Warszawie, opuściwszy swoje Gzowo, Andrzej Kondratiuk, już 80-letni próbował kilka lat temu coś stworzyć, ale na zapowiedziach się skończyło, podobno ma depresję, po ciężkich chorobach, nowotworze i udarze. Iga Cembrzyńska zaś nadal prowadzi firmę „IgaFilm” i opiekuje się mężem. Jeśli więc śniła mi się leżąca w łóżku, zapewne dotyczyło to jego stanu zdrowia i sił.

10:53, transwizje
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 marca 2016
Ulica granica

W środku nocy nagły sen: znajduję się w rodzinnej miejscowości, po drugiej stronie ulicy przed domem, gadając o czymś z sąsiadką z naprzeciwka. Niespodziewanie coś się dzieje. Spoglądam na swój dom, na lewo, w górę, a on jakby w trójkątną piramidę się zamienił w moich oczach, na jej szczycie rozbłyska na chwilę światło-oko, po czym cała budowla, od podstaw sypie się z hukiem na ziemię. Przestrach i zaskoczenie wyrzuciły mnie ze snu na jawę.

Skojarzenie z kartą Tarota XVI. Wieża. No, i ze znakiem piramidy z okiem nad nim na dolarze amerykańskim. I symbolem NWO.

11:10, transwizje
Link Komentarze (21) »
wtorek, 08 marca 2016
Tysiąc piorunów

"Bez wcześniejszego treningu w rozpoznaniu esencji umysłu nie można osiągnąć stabilności w bardo. Osoba, która nigdy nie stanęła z tą esencją twarzą w twarz, nie potrafi przedrzeć się przez lęk i nędzę umierania, zaś później, gdy pojawiają się intensywne i wszechogarniające doświadczenia dźwięków, kolorów i świateł, strach ją sparaliżuje. Rozlegnie się dźwięk jak sto tysięcy grzmotów, światła zalśnią jaśniej niż sto tysięcy słońc. Nie jest to jakieś przydymione światełko. To dźwięki, kolory i światła bardo dharmaty. Wraz z tym obezwładniającym przedstawieniem pojawią się też dźwięki, kolory i światła „pocieszające” i przyjemniejsze: one właśnie mają zwabić nas do powędrowania z powrotem w kręgi samsary. Będą nas pociągać. Dlatego trzeba przedtem osiągnąć jakiś stopień stabilności." - Tulku Urgjen

Zawsze zadaję sobie proste pytania, gdy czytam takie teksty. Co to jest esencja umysłu, co to jest bardo, a tym bardziej jego stabilność? Co to jest bardo dharmaty, samsara i jej kręgi? Itd.

Oczywiście są buddyjskie podręczniki i można dochodzić sensu, posługując się rozumem i logicznym myśleniem, wyobraźnią, ale jeśli nigdy nie miało się samemu doświadczenia takiego stanu, lub nie usłyszało opowieści kogoś, kto przeżył coś podobnego osobiście, to można błąkać się w domysłach bardzo długo, myśląc, że idzie się prawidłowo "na drodze rozwoju".

Z kolei, gdy czegoś podobnego się w końcu doświadczy, to wcale nie bywa takie, jak opisane, lub tylko podobne, albo zahacza jedynie o znany opis sytuacji. NIC NIGDY NIE POWTARZA SIĘ TAK SAMO, bo życie i świadomość - mimo procesów, na których się ono opiera - cechuje spontaniczność.

Huk, towarzyszący pojawieniom się różnych zjawisk opiszę kiedy indziej. Na razie dam tylko jeden przykład "dźwięku, jak sto tysięcy grzmotów", który dane mi było usłyszeć.

25.IX.2000. Pn.
W nocy, kiedy jeszcze nie zasnęłam, ale mama i dzieci już spały usłyszałam dźwięk dzwonka u drzwi wejściowych. [Dopisek teraz: Mój pokój był na parterze, tuż przy wejściu do domu, rodzina zamieszkiwała wtedy na piętrze]. Nieprawdopodobna pora i dziwny fakt, że nie zareagowały na to zawsze hałaśliwe psy, ani tym bardziej mama przytrzymały mnie w pościeli. Nic się potem nie działo przez długie chwile, kompletna, nocna cisza i zdążyłam zapomnieć ten odgłos, zarejestrować go w głowie jako złudzenie półsenne, gdy nagle coś dziwnego zjawiło się w moim pokoju.
Było nieodgadnione i nieropoznawalne, napełniło sobą cały pokój, lub krążyło po nim tak szybko, że powstało we mnie właśnie takie wrażenie. Nie wiedząc czy jest dobre, czy złe zaczęłam odmawiać pacierz, przy czym odruchowo pomyliłam się w inwokacji, mówiąc - jak mi się wtedy zdawało - półgłosem na jawie: "Boże, który jesteś w niebie...", zamiast "Ojcze nasz...".
Pomyślałam także, że może ma to jakiś związek z mamą [dopisek: Mama chorowała wtedy na nieuleczalną formę raka i dwa tygodnie później już nie żyła] i być może zapowiada jej śmierć. W końcu  zbliżyło się do mojego tapczanu i bezceremonialnie zaczęło spychać mnie z niego gdzieś w tył, na ścianę (działo się to w drugim ciele).
Wtedy, nieco wystraszona zaczęłam robić przed sobą znak krzyża i powtórzyłam 2 razy: "W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego zaklinam Cię, powiedz mi, kim jesteś!".
I nagle usłyszałam potężny dźwięk, huk podobny do przewalających się po niebie tysięcy piorunów. Ten huk wkrótce nabrał charakteru płynnej mowy i powiedział mi coś słabo zrozumiałego, a co sobie zaraz po obudzeniu zanotowałam na kartce słowami:
"Głos. Tak mnie kochasz serce...", ale mógł w istocie znaczyć np. "Głos. Ten, co cię kocha z serca...".
I wszystko natychmiast znikło.

20:21, transwizje
Link
poniedziałek, 07 marca 2016
Inteligentne kule

Jeszcze jedno odniesienie do opowieści pana Tarasiewicza. Tym razem o inteligentnych kulach. Odwiedzały mnie co jakiś czas w różnych sytuacjach, transformując się niekiedy w istoty ludzkie, mężczyzn albo kobiety, lub to i to jednocześnie, ewentualnie zamiennie. Bywały różnego koloru. 
Książę Struski od Merowingów uważa, że w niebie istnieją formy boskie w postaci rodzin. Tak, tak to można nazwać. Kula bowiem zawiera pamięć wszystkich swoich inkarnacji w różnych światach (i tylko po to owo inkarnowanie istnieje, aby zdobyć pamięć nowej formy i charakteru oraz doświadczenia) i zamieszkują ją one wszystkie jednocześnie na boskich prawach. Kto nie wierzy, niech przestudiuje Bhagavatam, a w nim opowieść o najwyższym nieprzejawionym niebie. Tam wszystko ma świadomość. Ludzie, zwierzęta, rośliny, owady i zjawiska przyrody. I jest to świadomość zanurzona w energii miłosnej rozkoszy, wzrastającej bez końca. 

No, ale do rzeczy. Znalazłam w dzienniku snów z 2002 roku opis następującego przeżycia:

Warszawa, środa, 2 stycznia 2002
Sen wizyjny i trans: siedzę w swoim pokoju w domu rodzinnym, gdy za nowym, niedawno wymienionym oknem pojawia się szara kula. Stuka kilka razy w szybę, jakby próbując się dostać do środka. Co to? Stwierdzam, że piorun kulisty i patrzę na nią ze strachem. Zauważam na dokładkę, że druga szyba jest uchylona, kula widocznie jeszcze tego „nie zauważyła”, ale może tędy dostać się do pokoju. Z przerażeniem zamykam tę szybę.
Wtedy pojawia się także druga, identyczna, stalowoszara kula i obie postukują w okno, nie mając żadnego zamiaru odpuścić. Uciekam do drugiego pokoju (sypialni), w którym są dzieci, wołając, że coś dziwnego próbuje dostać się do domu, żeby się zabarykadowały i pod żadnym pozorem nie wychodziły teraz na zewnątrz, bo piorun kulisty grozi wtargnięciem.
Znów wychodzę do swojego pokoju, aby mieć sytuację na oku. Dwie kule przybierają formy dwóch podłużnych walców i osiadają tak na parapecie od zewnątrz, jeden walec jest kwadratowy, drugi okrągły...
Po chwili ten okrągły przemienia się w twarz młodego chłopca, a drugi w twarz dziewczynki, oboje kilkulatki. Uśmiechają się sympatycznie. Moja siostra zajmuje się kontaktem z dziewczynką, ja uśmiecham się do chłopca. Wtedy rozpoznaję w nim własnego ojca. „Nazywasz się Andrzej, prawda?” – pytam go (rozumiejąc jednocześnie, że dziewczynka jest w takim razie naszą mamą).
Tak, natychmiast przenika mnie energia jego kuli, a zaraz potem kuli mamy. Jakie to rozkoszne! Znikają wszelkie napięcia. Zaczynam wznosić się do góry, pod sufit, a rodzina patrzy na mnie zdumiona z podłogi. Jakie to proste – latać! W tym momencie budzę się.

Teraz powiedziałabym więcej: kula podzieliła się na swój aspekt Jang (chłopiec) i In (dziewczynka). Zidentyfikowałam ich jako moich przodków, czyli źródło pochodzenia. Po czym odnalazłam źródło w sobie. Stałam się nim. Kula jest mną, a ja jej cząstką. 

Zapewne dlatego jestem tu, gdy śnię i przechodzę automatycznie na wyższe obroty -  "człowiekiem lustrem" i patrzę w snach oczami różnych ludzi; bardzo rzadko swoimi. 

14:46, transwizje
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 marca 2016
Zdmuchnięcie

Przeglądam zapisy snów z 2001 roku i zadziwiam się chwilami. W tamtym roku było wiele przypomnień związanych z poprzednim życiem, nie tylko moim, ale moich bliskich, obecnych i ówczesnych. Także opowieści, które próbuję wciąż nieudolnie opisać w opowiadaniach. Pośród nich znalazłam taki krótki sen, który chyba teraz można rozszyfrować. Bo pojawiła się dziwna groźba zakaźnej choroby przekazywanej dzieciom w łonie matek, zakażonych przez ukąszenie roznoszących wirusa komarów.

Warszawa, czwartek, 27 września 2001 
Sen rano: nieprzyjemne robale, jakby jakieś zmutowane karaluchy. Samce są duże, a samice przypominają wielkie komary z rodzajem półprzeźroczystego kwiatowego kielicha po środku ciała. Ktoś wrzucił w jeden taki igłę od zastrzyku. Powstrzymuję siostrę od zabicia samicy, aby nie ukłuła się tą igłą, być może zakażoną.

O szczególności tych snów, niech opowie jeden, z tej samej, co powyższy nocy.

Sen: jestem kobietą, która umiera (zdaje się zdiagnozowano mi jakieś poważne zmiany w brzuchu). Koło mnie leżą jeszcze dwie kilkuletnie (ok. 8-śmio) dziewczynki i także mają dlaczegoś umrzeć. Boją się tego, więc mówię im, że będę im towarzyszyć, że pójdziemy do nieba razem, umieranie jest całkiem fajne. Najpierw jest gwałtowne słabnięcie i trzeba leżeć, można jeszcze mówić i trzeba powiedzieć najbliższym coś ważnego, a potem zupełnie nagle wychodzi się z ciała. Jedna z dziewczynek umarła pierwsza. Druga wystraszyła się tym jeszcze bardziej i przylgnęła ciasno do mojego boku, czekając na swoją kolej. Poza tym leżałyśmy na dwóch materacach, rozłożonych w bramie Stadionu, o którym wiedziałyśmy, że kiedyś był obozem koncentracyjnym, co nas niepokoiło. Zażyczyłam sobie, aby przeniesiono nas gdzieś indziej i obsługa tego miejsca przeniosła posłusznie nasze materace poza Stadion. Poczułam zbliżające się słabnięcie i pomyślałam, że zawsze dotąd wyobrażałam sobie to przeżycie z zewnątrz, a tym razem przechodzę je osobiście. Trzeba coś powiedzieć najbliższym. Składam jakieś słowa o miłości, aby nie było im przykro itd. Tymczasem „moja” dziewczynka boi się nadal. Lądujemy w domu, ona leży na moich kolanach, już bardzo osłabiona. Wpatruje się w drzwi drewnianej szafy tak, jakby tam coś widziała. „Co tam widzisz?” – pytam ją. „Małego demonka z nastroszonymi igłami. Trzeba na niego dmuchnąć, żeby złożył igły...” – powiedziało dziecko i zdałam sobie sprawę, że właśnie odchodzi. Jej ciałkiem wstrząsnęło kilka agonalnych skurczów i cicho zmarła.

21:08, transwizje
Link
Archiwum