bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 27 marca 2018
Ach, ta Irlandia...

Zaraz po położeniu się pojawiła się irracjonalna złość i dziwaczne zniecierpliwienie. Zauważyłam, że bez realnego powodu, i że coś się dzieje, bo moje ciało daje sygnał sercowej frustracji. Poprosiłam czachulca o wyjaśnienie przyczyny. I jej rozwiązanie. Długo się wierciłam, wstawałam, kładłam się, denerwując tym domowników. W końcu wpadłam w trans. Poczułam rozszerzenie przestrzeni energetycznej w głowie, dzwoniące dźwięki w uszach, pojawiła się muzyka, podobna do irlandzkiej etno, melodyjny śpiew kobiecy, poczułam, że coś przylega do mnie od strony pleców i przenika moje ciało. Stare, ciemne, kostyczne, skurczone, trzyma mnie za obie dłonie w nadgarstkach, dość twardymi, drapieżnie kurczowo zaciśniętymi rękami. Drży jakby pogrążone w transie, albo w starczych konwulsjach choroby Parkinsona. Zaczęłam przemawiać w myślach słowami, które przyszły same: “Odejdź! Przebaczam ci! Odejdź już! Masz przebaczone...”. Uścisk drapieżnych dłoni zelżał, po chwili wrażenie przylegania znikło. Dzwoniące dźwięki w uszach także. Pomyślałam, że to może moja babka? Ale czemu ona? Już tyle razy ją odprowadzałam w duchu przecież. Ktoś jak ona, w każdym razie, z podobnym problemem, i jakby dużo starsze. 

Ostatnie dni są wyjątkowo trudne, spowolnione przez chorobę i osłabienie. Na niebie najpierw konstytuowała się kwadratura Marsa w Koziorożcu do Słońca w Baranie, a teraz Mars ów włazi na moje urodzeniowe Słońce, na którym buja się od dłuższego czasu Saturn. Wygląda to na dopełnianie się i zamykanie jakichś karmicznych splotów, zapowiedziane dwa tygodnie wcześniej przez sen o naprawie mojego czerwonego samochodu (podarowanego mi nieco wcześniej przez Satanogę) i czyszczeniu długiej rury w wodzie z kałuży, w wąskim przejściu między dwoma budynkami. Taka woda to w moich snach zawsze zapowiedź choroby. Rura rzeczywiście wymaga jeszcze leczenia, kaszlę i chrząkam co chwila.

10:29, transwizje
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 marca 2018
Dwa pałace

Przede mną rozległy kilkupiętrowy pałac z ogrodem. To jakby dom prezydenta. Przylega bezpośrednio do jeszcze większego, królewskiego. Patrzę z ogrodu w okno narożnego pokoju na piętrze. Widzę tam siostrę, rozmawia z kimś. Dziwię się, że aż tak się zmieniła. Rozprawia jak prawdziwa działaczka społeczna, chce ludzi uświadamiać. Nie pamiętam konkretów sprawy, ani z kim rozmawiała.
Rzut oka z góry na oba pałace przechodzi w oglądanie i czytanie jednocześnie najnowszej książki ASa. Wydał właśnie przewodnik po tych starych budynkach, omówił w nich wszystkie sale i pokoje, historię, zabytki, architekturę. I teraz okazuje się, że jest człowiek, którego trzeba poprzeć politycznie, związany pochodzeniem z owym pałacem. I jest to kandydat na prezydenta (?) ze starego rodu austriackich monarchów, został odnaleziony i jest najlepszy. AS podłącza się ze swoją książką do rzeczywistej kampanii na rzecz poparcia dla niego. Głosi jego odpowiedniość, szacunek wieków, jaki za nim stoi, nienaganny charakter, skromność i uczciwość. Popada w tym w patos, który nieco mnie mierzi, ale rzeczywiście, tego człowieka warto poprzeć. I dlatego muszę przymknąć oko na wybujałość stylu ASa, jak zawsze hurra-realizującego własne ambicje, lecąc na przeczuwanej fali.

09:45, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 marca 2018
Chrupiące ciasteczko

Czy możliwe jest kontynuowanie linii jednej świadomości w różnych ciałach? Ponieważ sen nie przychodził dodałam jeszcze zwykłe zapytanie, co robić teraz w życiu mam.

Dopiero nad ranem cokolwiek zapamiętałam ze snu. Zakręcająca bystra rzeka z błękitną wodą, tak ostro, że właściwie tworzyła dwie równoległe rzeczki, jak dwa strumienie, wstępujący i zstępujący. Ktoś mnie ostrzegł, aby nie wchodzić do wody (z lewa na prawo), bo można w niej ugrzęznąć. Dalej, gryzłam coś w ustach, niby chrupiące ciasteczko, wyplułam na rękę, była to maleńka figurka mojego dawnego znajomego spod znaku Ryb, ponurego miłośnika horrorów, pełnego pretensji o spadek rodzinny Arkadego, właściwie wiedziałam, że żyje, ale teraz nie ruszał się. Nie miał już obu dłoni, a ja mu jeszcze odgryzłam lewą nogę. Był skulony i zgięty w pasie w pozie podobnej do zagiętej rzeki. Pozostawiłam go na umywalce w szkolnej ubikacji, może ktoś go znajdzie i coś zrobi. Nieco wstrętny mi się wydał w tej swojej ponadgryzanej postaci, a może zwyczajnie zrobiło mi się głupio, że go tak uszkodziłam. 
Tak w ogóle bowiem zostałam poproszona przez jedną z nauczycielek w szkole podstawowej o zrobienie wykładu podczas lekcji na temat nadchodzących czasów i przepowiedni Nostradamusa na ten temat. Zgodziłam się, przyszłam ubrana w błękitną koszulkę z krótkim rękawem. Onieśmielenie szybko minęło i stojąc przy tablicy zaczęłam opowiadać o okresie wielkiego kryzysu, który będzie musiało przeżyć siedzące teraz w ławkach młode pokolenie. Moje pokolenie już jeden taki kryzys w Polsce ma za sobą i zdobyliśmy pewne doświadczenie radzenia sobie w trudnych chwilach, dlatego teraz mogę podpowiedzieć, że należy dzieci uczyć praktycznych prac i rzemiosł, aby mogły sobie dać radę. Wielki kryzys nadejdzie w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Klasa była nieco rozkojarzona. Niektóre dzieci słuchały z zainteresowaniem, ale inne gadały między sobą i robiły szum. Rozmawiały jednak o tym, co usłyszały, więc nie było źle. Mimo wszystko czułam zadowolenie z siebie i obudziłam się z myślą, że może rzeczywiście zorganizować taki wykład w domu kultury, dla dorosłych, bilet mógłby kosztować dajmy na to 15 złotych. Nauczycielka szkolna była bardzo za i czym prędzej zajęła się organizacją spotkania.

10:54, transwizje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 marca 2018
Egregor rodowy

Pozwalam się prowadzić w najlepszą stronę, nie zadając pytań. Przez chwilę przed snem coś się we mnie zmieniło, rozjaśniło, jak gdyby powiększyło i wejrzenie w głąb rozszerzyło. Wrażenie nie do opisania, bo nigdzie z ciała fizycznego nie umykałam, ani nie był to sen. Jak gdyby chwila przebudzenia duszy w ciele fizycznym. Jak pocieszenie, że jednak coś się dzieje. Poruszyłam się, i odczucie znikło. Wkrótce zasnęłam.

Anna przebywa akurat w Warszawie, mnie wizytują dwie dawne koleżanki. Kolejnego dnia przed południem dziewczyny wyruszają z powrotem, Aga po drodze chce jeszcze odwiedzić swoją ciocię mieszkającą w małej miejscowości. Kursuje tam bezpośredni autobus, proponuje mi więc wycieczkę. Zgadzam się i jadę z nimi porannym autobusem, jest niedziela. Wysiadamy na wysokości 2/3 trasy do Warszawy. Ciocia Agi mieszka w starym, dużym piętrowym domu na wzgórzu. Podoba mi się tam, chciałabym tam mieszkać! Na parterze jest rozległa kuchnia w dawnym stylu, gdzie wszyscy się goszczą. U stóp wzgórza rozciąga się stary sad i dalej ogród warzywny, który drobnej budowy ciocia, mimo lat i kalectwa (miała starcze zwyrodnienie obu nóg) z miłością i pasją uprawia. Grządki są ogrodzone deskami, każda inaczej, niektóre dość wysoko, musi do nich wskakiwać, podpierając się kijem. Dzielna kobietka!
Podczas zwiedzania warzywnika niebo zaciągnęło się chmurami i słońce znikło, zdawało się, że zapadł wieczór. Zaczęłam gorączkowo myśleć o wyjeździe do Warszawy, albo powrocie do domu. Grzebiąc w obu kieszeniach odkryłam, że nie mam portfela, a więc pieniędzy na bilet. Zwierzyłam się z tego Adze (szłyśmy wtedy zieloną miedzą między krzewami porzeczek) i ona pożyczyła mi jakiś banknot, w czerwonawym kolorze, powinno starczyć, choć nie sprawdzałam nominału. No, i nie miałam pojęcia, o której odjeżdża autobus. Zdałam sobie sprawę, że jest niedziela, więc możliwe, iż jest mniej kursów tego dnia. Aga poradziła mi, aby zapytać cioci, ona na pewno zna miejscowy rozkład. Racja! Po chwili znalazłam portfel, musiałam być mocno zdenerwowana, jeśli nie mogłam go wcześniej znaleźć.
Przejaśniło się i wróciło światło dnia. Skręciłyśmy jeszcze w prawo, aby obejrzeć cały teren, który był bardzo malowniczy i rozległy. Odkryłam, że duży dom cioci Agi był jedynie mieszkaniem dawnego zarządcy tego obszaru, a w pewnej odległości wznosi się długi, dwupiętrowy murowany pałac, z licznymi oknami pokojów, o ścianach obrośniętych białymi i czerwonymi różami, mającymi czas swej krasy i świetności dawno za sobą. Wzięłam ten budynek za dawny dom starców, już – pewnie ze starości – nieużywany i kompletnie opuszczony. Otaczał go z zewnątrz niewysoki mur, w nim brama, a obok bramy po prawej coś w rodzaju murowanej kapliczki.
Powróciwszy do domu cioci, zapytałam o rozkład autobusów. Ciocia podała mi rozpiskę. Były 3 autobusy. Poranny o 10 i ten o 13 już odjechały, ale był jeszcze wieczorny (o 19 albo 20). Jechał w kierunku mojej wsi, ale czy naprawdę tam? Przyjrzałam się nazwom. Jechał do Siemianówki. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy jest w moich okolicach jakaś Siemianówka. I czy to blisko czy daleko, jeśli już nim pojadę. Zaczęłam się odstrajać i obudziłam się.

Niedziela, dzień siódmy, to poziom 7, duszy. Funkcjonuje na nim egregor rodu Sapiehów. Jak pewnie wszelkich starych rodów. Siemianówka - Siemia/ród+miano+nowe. Ciocia – żeńska forma Ogrodnika, Sophia. Ciekawostka: Sapiehowie wywodzili swe nazwisko właśnie od Sophii. Także stara dusza, której powiązania z materialną strefą zanikają i skoncentrowana jest na wyjściu z małej karmy (zanik siły nóg). Owo czasowe zachmurzenie w ciągu dnia to zapewne pojawienie się mgły Brahmana, strefy granicy 8/9.

10:38, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2018
Piętra świadomości

Po obejrzeniu kilku nowych odcinków wykładów JB, na koniec snu, w którym dyskutowałam z kimś objawy opuchnięcia szczęki u kozy i doszłam do wniosku, że to motylica, a potem ujrzałam kobietę z mojej rodziny z czerwoną plamą z lewej strony podbrzusza, składającą się z wielkiej ilości drobnych czerwonych kropek, ukazała się wyraźna grubą kreską wiedziona cyfra 6. Czyli wizytowałam szpital dusz na 6 poziomie. Motylica – pasożyt żerujący wewnątrz ciała zwierzęcia, przechodzący kilka faz rozwojowych. Motyl jest symbolem psyche, czyli chodzi o rozwój i narodziny dojrzałej formy duchowej świadomości w ciele fizycznym.

Te ostatnio odsłuchane wykłady nieco mnie przygnębiły. Zresztą słuchacze JB też na te rewelacje tak zareagowali, przyzwyczajeni do innego języka przekazu, pełnego emocji, też patosu. W kwestii Boga, który jest Źródłem i dobra i zła, ciemności i jasności, ale nie jest miłością. Proszę o to, aby mnie pocieszono, pozwolono to pojąć właściwie. Jednocześnie pragnę ciągle poznać swoją Konieczność, aby trafić „najkrótszą drogą” - jak twierdzi JB, do swego celu.

Sen wizyjny: obserwuję mężczyznę, który robi dziwną rzecz. Dla mojej ludzkiej świadomości wygląda to makabrycznie. Ale wiem, że sens jest symboliczny i nie ma z tym wiele wspólnego, co widzę. Mała dziewczynka wisi na sznurze, a mężczyzna usiłuje ją zabić, przez zaciśnięcie owego sznura. Kręci nią zatem, aby sznur zacieśnił się na jej szyi i ją udusił. Dziecko jednak wbrew wszystkiemu żyje, mimo, że już się nie rusza i wygląda jak martwe. To musiało bardzo boleć! W końcu oprawca rezygnuje, i aby ją ożywić przenika ją tuż przed... nie wiem, czy momentem owej nieudanej egzekucji, czy przed narodzinami, bo to przecież byłam ja w brzuchu matki, nie mogąca się narodzić, z okręconą pępowiną na szyi. Choć, jeśli brać pod uwagę pytanie o przeznaczenie, może też symbolizować moje całe życie i czas przed śmiercią ciała. I jeszcze obraz leżącego człowieka. Z głowy do szyi – widzę to jak na prześwietleniu, wewnątrz głowy i ciała – sunie rudo-jasnożółty język (Logos), aby wypełnić zmartwiałą szyję. Przemówić? A na sam koniec wyświetla się napis: p. 12. Poziom dwunasty.

10:51, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 marca 2018
Czarna Bogini

Ugryzła mnie w twarz Czarna Bogini. Podniosła się ogromna fala morska, zalała wybrzeża daleko w głąb lądu, uratowali się ci, którzy zdążali w górę, wspinając się na murki, po murach, stromych wzgórzach i górach, byle wyżej, bez oglądania się za siebie. Na Atlantyku za pomniejszoną Irlandią powstał zachodni atol, wygięty pionowo w łuk na mapie szereg kilkunastu maleńkich okrągłych wysepek, przynależnych Anglii. Na najniższej (w dole lewej strony) ocknęła się uratowana tam od fali dziewczyna, na pół zanurzona w wodzie. Zaczęła zdążać ku kolejnej wyższej wyspie, i kolejnej, w poszukiwaniu ludzi, miejsca do życia. Na najwyższej z nich znalazła dom, dawny pensjonat turystyczny, prowadzony przez mężczyznę. Wkrótce dobrnął tam także inny rozbitek. Ten był podejrzliwy, nauczony nieufności. Tak niezmienione luksusowe życie w obliczu takich zmian? To podejrzane! Coś się za tym kryje! Usłyszał jakiś szmer za bramą wejściową na obszar pensjonatu. Podszedł po cichu, nasłuchiwał chwilę i nagle otworzył wejście. Nic za nim nie było, oprócz morza. Stał zdumiony, gapiąc się w dal. Para gospodarzy spoglądała na niego ze zdziwieniem i półuśmiechem. Rzeczywiście, w ciszy słonecznego dnia słychać było chrumkanie hodowanej gdzieś na zapleczu świni i kapanie kropel pędzonego bimbru... A teraz czeka mnie spotkanie z Czerwoną Boginią.

Tak wyjaśnia się czarna plama na twarzy mojej duszy. Czarna Bogini to może Prozerpina, bywała u mnie podczas wzięć w czapce z psimi uszami w towarzystwie Plutona o spiczastych uszach i szerokich ustach bez warg. Kora, Cora, córka Dobrej Matki. To ona spowodowała zalew, falę treści nieświadomych, z której uratowałam się zdążając do jakiejkolwiek logicznej, niepodważalnej wiedzy, rozróżnienia, logicznego obrazu świata opartego na nowych parametrach. Ci, którzy się „uratowali” z podobnego zalewu mają nowe podstawy świadomości, wyższego duchowego rodzaju. Zostały także wyjaśnione niepokoje wyznawcy teorii spiskowych, że coś za takim przetrwaniem stoi niedobrego.
Ludzie, ogarnięci falą wizji, przeczuć, nieświadomych obrazów i przeżyć ratują się sami, dążąc do samowystarczalności i niezależności od systemu, oczekując katastrofy bez lęku. Sen może opisywać także cały proces rozwoju ludzkiej świadomości w wielkiej zbiorowej skali, gdyż morze w tym śnie świadczy o poziomie duszy.
Czerwona Bogini, Ruda Dziwka, Scarlady... zapowiada mi się już od jakiegoś czasu...

11:16, transwizje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 marca 2018
Do czego służą sny?

Jak na razie służą mi do diagnostyki. To trochę mało, ale na początek dobre i to.

Przykład pierwszy: silne niepokojące zaburzenia w organizmie, opuchnięte migdałki i tarczyca. W medytacji i z oddychaniem pracuję całymi nocami nad uwolnieniem traumy narodzin i przepracowaniem klątwy, którą wtedy złapałam. We śnie pojawia się mój ojciec, lekarz. Jest pierwsza wojna światowa, on jest lekarzem wojskowym w armii carskiej. Stacjonuje w zajętym przez wojsko domu, gdzie na piętrze rodzę się ja. Trzy pielęgniarki wojskowe (są to 3 znane mi z netu specjalistki od ustawień Hallingera) nie dają rady pomóc. Ojciec szykuje się do wejścia do akcji, jest nieco przerażony, ale zmobilizowany. Mówi: "Ostatecznie trzeba będzie użyć denaturatu..."

Wkrótce wpadłam na trop znaczenia tego snu. Niegdyś o tym czytałam w jakichś fachowych lekarskich książkach radzieckich autorów, które czytywał mój tata. I odnajdując przypadkowo w sieci starą przedwojenną broszurę na ten temat. Krótko: kiedy brakowało lekarstw, czy to daleko na syberyjskiej północy, czy w czasie wojny, rosyjscy lekarze używali jako panaceum na wszystko, środka dezynfekującego, jodyny.

Kiedy to odkryłam, natychmiast przyszedł sen, w którym ujrzałam dawkowanie owego specyfiku w moim przypadku. Zatem odważnie aplikowałam sobie 12 kropel przez 9 dni. 

Opuchnięcie zmniejszyło się już na drugi dzień, a przez całą kurację znikło bez śladu, razem z nim trapiące mnie dolegliwości. Podejrzewam, że uniknęłam czegoś naprawdę nieprzyjemnego.

Przykład drugi: w niedawnym śnie stara lekarka, do której poszłam się zbadać stwierdziła, że na ataki depresji powinnam brać witaminę, której nazwę zapomniałam po obudzeniu. Majaczyło mi tylko j na początku i "...cyna" na końcu. Ponadto stwierdziła u mnie kamienie żółciowe, co zlekceważyłam już we śnie, bo nie miałam nigdy takich objawów.

Tymczasem zaczęły się kilka dni później, i to dość ostro. Wprawiło mnie to w obniżony stan, zawitała w progi depresja.

Przejrzałam w necie nazwy witamin i odkryłam, że lekarka zapewne miała na myśli niacynę, witaminę B3, która ma silne właściwości antydepresyjne. Nie uważam, aby brakowało mi jej w zwykłej diecie, ale dodałam jeszcze zwiększone dawki witaminy C. W efekcie nastrój zwyżkuje i planuję mocno do przodu. A co do kamieni żółciowych zastosowałam oczywiście dietę niskotłuszczową, zrezygnowałam zupełnie ze smażonych potraw, oraz zaczęłam pić codziennie w dużej ilości kompot z suszonych jabłek, pięć razy dziennie z dolewką octu jabłkowego. Szczęśliwie tymi skarbami obdarował mnie nasz sad jabłoniowy. Na trzeci dzień, po pewnym kryzysie, ucisk w dołku i ból opasujący prawie znikły. Leczenie kontynuuję.

11:54, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2018
Puste zdychanie

Przypomnę dzisiaj sobie i wam, ten sen. Opisany swego czasu w jednej mojej słusznie z pewnych względów zapomnianej książce. Sen o polu zdechłych koni, czyli pojazdów duszy. Znajduje się ono tuż za bramą granicy 8/9, rozdzielającej życie od śmierci (nie-życia). Panuje tam Nicość, pustka, rozkładająca wszelkie formy, które przez nią wchodzą. Malowana wiele razy przez Zdzisława Beksińskiego.  Oświetlona "czarnym słońcem" alchemików strefa rozpanoszonego Nigredo.


Wydarzyło mi się to 12 maja 1998 roku, zaraz po położeniu się spać. Moja świadomość uległa samoistnie rozszerzeniu i w lekkim półśnie zorientowałam się, że przepływa przeze mnie niesamowita fala grozy i śmierci. Nim zdążyłam na to zareagować, już byłam w jej całkowitym władaniu. Jedno, co mogłam zrobić to patrzeć i nie poddawać się panice.

Udręka. Ciemność... ciemność... fala mroku, połyskująca upiornie w blasku rąbka śmiertelnie zaćmionego słońca na zasnutym ciemnością niebie... Zareagowałam przestrachem. Wielkość, ogrom, wszystko. Fala... groza... ciemność... Byłam wobec tej fali niczym i nikim.

Jest wieczny smutek i okrucieństwo śmierci. Zgroza. Ból bez końca. Wszystko zanurzone w kompletnym milczeniu i czerni połyskującej gdzieniegdzie mrocznymi smugami. Jest samotność. Rozkład, i nicość. Przestrzenie... dalekie przestrzenie... bez końca przestrzenie... wolne jak puste pola, po których goni wiatr i wichry tańcują ze świstem i nieustającym szumem ze wschodu na zachód. Na zachodzie hula śmierć, już bez końca, na ruinach nie do odbudowania.

Zostałam całkowicie zdominowana przez tę potężną nieludzką świadomość i tylko mogłam lecieć z jej falą i widzieć to, co ona widzi, czuć to, co ona czuje. Usiłowałam robić znaki leczące w nadziei jakiejkolwiek samoobrony. Znak za znakiem, uparcie. Tak trudno było wykonać uzdrawiający klucz, jak gdyby ręka obracała się pod prąd jakiejś potężnej, przeważającej, okrutnie nieczułej i niszczycielskiej woli. W tej woli była jednak jakaś konsekwencja i zguba wyhodowana w ciągu setek tysięcy lat przez ludzi pozbawionych nadziei, morderców samych siebie i innych, szalonych władców, pragnących kontrolować materię oraz krwawiące dzieci, dotknięte ich ręką. Była w niej także i moja wieloletnia rozpacz, teraz jedna mikroskopijna kropelka w tej ciemnej rzece okrucieństwa. Na rozległych i pustych polach wiatr wiejący przez szaro-czarną pustkę. Połacie umarłej ziemi odsłaniające miejscami tajemnicę zagłady. Martwe ptaki, zwały martwych ptaków, kruków, kawek, wron, na martwym piasku. I kości. Ludzkie i zwierzęce, pomieszane. Ponad tym wszystkim szum wichru, pędzącego przez pustynię, bez żadnych przeszkód, bez żadnych granic, wskroś krainy umarłych.

Otworzyłam oczy. To jednak wciąż jeszcze przedzierało się przeze mnie, falowało, wciągało mnie w swój majestatyczny ogrom i pełen grozy nastrój tak mocno, że całą wolą zmusiłam się, by poruszyć ciałem i nie ulec transowi z powrotem. Nie zamykałam jakże ciężkich powiek, usiłując się modlić. Słowa myliły się, gubiłam rytm, ale stopniowo zaczynało być lepiej. Wizje odchodziły. Jeszcze pusta ziemia, obsychająca i owiewana przez wiatr. Skażona atmosfera mroku, w której nie da się żyć, nie ma żadnego życia. Na wschodzie zagłada i śmierć. Na zachodzie wiatr odsłaniający nieludzką prawdę. To tylko tyle. Kto to widzi, umiera. To nie jest świat dla żyjących, dla czujących.

A teraz odsłuchajcie sobie i obejrzyjcie, pasąc zmysły, proszę, z uwagą "Bema pamięci żałobny rapsod" Norwida z muzyką Niemena, w wykonaniu zespołu Homo Twist i Maleńczuka, opatrzony obrazami Beksińskiego... Ta przestrzeń jest w każdym z nas.

11:05, transwizje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum