bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
poniedziałek, 24 kwietnia 2006
Białyśnieg

We śnie usiłowałam z całą pozytywną naiwnością zamieniać akcje paliwowe na inne z przypadkowymi ludźmi, grając na giełdzie. Szło mi z miernym powodzeniem, choć powoływałam się na protekcję premiera Marcinkiewicza, znajomego mojej mamy, dzięki któremu miałam dostać niedługo dobrą pracę.
Potem Premier, wraz ze swoim zaufanym zastępcą z pistoletem w ręku jechali "dżdżownicą", dziwnym mechanicznym pojazdem. Nagle stało się jasne, że gdy pojazd zatrzyma się, zostanie natychmiast wysadzony w powietrze przez kontrolerów-zamachowców, czyhających tylko na ten moment. Premier przygotował się do skoku, jego zastępca także. Ledwie pojazd stanął, obaj wyskoczyli na zewnątrz i puścili się biegiem w kierunku lasu, każdy w inną stronę. Zastępca miał ze sobą ważniejsze tajemnice, Premier bohatersko ściągnął na siebie uwagę obserwatorów i pościg, aby jego towarzysz mógł się uratować...

17:22, transwizje
Link
niedziela, 23 kwietnia 2006
Obraz
19:02, transwizje
Link
sobota, 15 kwietnia 2006
Pogoda i nie
Po niedługim czasie spokoju wróciły trudności z zasypianiem. Budzę się w nocy, niespokojna, poruszona czymś nieznanym. Dla wyciszenia modlę się wtedy, oddycham licząc, albo rozważam heksagramy. Dziś wynikło z tego kilka dziwnych snów. Z nich wnoszę, że odbieram napięcia z "eteru". Przede wszystkim odkryłam nagle prosty sposób wróżenia na bazie I-Cing z pogody i innych zjawisk przyrody. Przypomniałam sobie ostatnie symptomy, chmury na południowym wschodzie, wiatr z północnego wschodu i deszcz z północy. Wydało mi się, że rozumiem przesłanie tworzących się wtedy spontanicznie heksagramów. "Będzie padać do Lanego Poniedziałku" - pomyślałam i zasnęłam. Ogarnęła mnie wizja.
Ujrzałam małe dziecko, dziewczynkę, które było ciężko chore i umierało, skazane już nieubłaganą diagnozą lekarzy. Starsza zrozpaczona kobieta zwróciła się do mnie o wróżbę. Nie zgodziłam się i zaczęłam odmawiać Modlitwę Pańską nad dzieckiem, w wielkim skupieniu, nie dopuszczając do świadomości emocji rozpaczy i zwątpienia. Powierzyłam uzdrowienie dziecka Bogu i tylko Jemu. "Proszę nie ustawać w wierze, reszta sama się dokona" - powiedziałam kobiecie. Dziewczynka już straciła przytomność, z jej ust wysunął się język, jak zdychającemu pieskowi, była cała szara, na granicy życia i śmierci. Wierzyłam, że moja modlitwa dotarła gdzie trzeba i Opatrzność interweniuje w cudowny sposób, choć nie miałam żadnych nadzwyczajnych odczuć modląc się, które by świadczyły o decyzji Nieba na "tak, albo nie".  
11:08, transwizje
Link
piątek, 14 kwietnia 2006
Totemy

Sen heksagramowy (4. Młodzieńcza Głupota, zbudowany z Otchłani i Góry przemieniający się na 50. Kocioł ofiarny). Stałam na grząskim brzegu wody, z której sterczały 3 wąskie skałki. Obejrzałam się, niedaleko za moim lewym ramieniem siedział w pozycji medytacyjnej młody człowiek, który przymierzał się do pokonania tych stopni i przejścia po nich na drugi brzeg. Coś mu jednak najwyraźniej dolegało. Im bliższy był podjęcia decyzji o wyruszeniu, tym większy strach go ogarniał, a wraz z nim paraliż woli. Ktoś stwierdził, patrząc na te męczarnie bicia się z samym sobą, że zbytnio się utożsamił z zasadami przyczyny i skutku i nie potrafi uwolnić się od nich, a tym samym przestać im podlegać. Jego medytacja była błędna, a ego zlało się z Księgą, tym samym nie potrafi znosić pogodnie porażek. 

Postanowiłam przejść na drugi brzeg i niewiele myśląc wskoczyłam na pierwszą skałkę. Następna była w dalszej odległości, a to wymagało skupienia, aby nie zachwiać się i nie wylądować w wodzie. Zauważyłam, że nieco dalej, na innej, większej skałce rozsiadła się jakaś młoda kobieta, która przybrała napuszoną, pomnikową pozę dziewczyny do wzięcia. Ona też w pewnym momencie zapragnęła przedostać się na drugi brzeg, ale jej skok się nie udał. Wpadła z głową w głębinę, lecz wynurzyła się ze śmiechem, nie przejmując się sprawą. Była to wpadka zgodna z charakterem 3 linii 4 heksagramu, inicjująca tak naprawdę na wyższy stopień doświadczenia.
Wykonałam następny skok, udany i następny, również, choć ledwo ledwo dociągnęłam nogą do brzegu. Leżał tam czyjś plecak, ale nie zwróciłam na niego uwagi. Ledwie się tam bowiem znalazłam trafiłam do pomieszczenia na skale, do którego zaprowadzono mnie prawie z fanfarami i poznałam ludzi, którzy już tam byli. Młodzi mężczyźni, którzy przeszli tę próbę wcześniej.
Dostałam do ręki długą, wąską lunetkę i ciekawie patrzyłam przez nią na dalekie odległości. Dalekie było na wyciągnięcie ręki. Siedzieliśmy rzędem przed oknem w obserwatorium na skale i patrzyliśmy na świat. Nagle ktoś wpadł i powiedział, że zginął słoik przeźroczystych powideł, który znajdował się w porzuconym na brzegu plecaku. Te powidła były jakimś ważnym rarytasem, nagrodą? Poczułam, że zaczynam być podejrzana o kradzież, bo to ja ostatnia zetknęłam się z plecakiem. Powiedziałam więc głośno, że nie mam z tym nic wspólnego, a w tym momencie mój wzrok się zaćmił i nie widziałam już wyraźnie obrazu w lunecie. Ktoś powiedział zatem, że widziano gdzieś niedaleko Darego. Byłam coraz bardziej strapiona i niepytana zaczęłam wyjaśniać wszystkim na czym polega mój związek z bliźniakami.
- Ewa, wyluzuj, wyluzuj - powiedział wtedy człowiek siedzący koło mnie. I zrozumiałam...
Obudziła mnie wizja: świeżo narodzone niemowlę przewijane przez pielęgniarkę, myte, zawijane, nagle zaczyna mieć ostrą biegunkę. Wydala przeźroczyste powidła, które zjadło. Jego różowe, niewinne ciałko pokrywają gromadnie czarne kropki, to w moich wizjach oznaka choroby, albo depresji.  

12:42, transwizje
Link
środa, 12 kwietnia 2006
Cing
Spałam głębokim, długim snem aż do rana, jak nigdy. Śnił mi się heksagram 48. Studnia przemieniający się na 53. Stopniowy Rozwój. Studnia była wielopiętrowym więzieniem, zbudowanym na kształt 6 linii, ułożonych naprzemiennie jedna nad drugą, w którym jeden z więźniów został wybrany przez jednego z jego kontrolerów i uświadomiony co do wielu tajemnych rzeczy. Były to sprawy niszczące, brutalne, okrutne wobec słabych i niewinnych istot, które symbolizowało kożlę trzymane przez więźnia na rękach; miał zamiar uderzyć nim o ścianę więzienia. Na koniec patrzyłam w niebo, na którym chmura w kształcie białego pióra (do pisania) topniała w oczach, po czym zamieniła się na moment w profil patrzącej w dół twarzy i znikła.
11:38, transwizje
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 kwietnia 2006
Koza, słońce i tygrys

Znalazłam się na dworcu PKS, w moim dawnym miejscu pracy. Wyglądałam przez szereg okien od strony zaplecza, z korytarza dla pracowników. Wokół rósł las. Dwa ogromne traktory wyjechały z niego i stanęły naprzeciw siebie. Wygnano z lasu ogromnego tygrysa, lecz nikomu nie udało się go schwytać. Teraz myśliwi na traktorach byli bezradni. Tygrys biegał wokół dworca, zataczał coraz ciaśniejsze kręgi, niebezpieczeństwo rosło. Ogarnął mnie strach, bo czekałam na mamę, która miała przyjść drogą. Czy zdąży? Jakimś cudem zdążyła i weszła bezpiecznie, tygrys nadbiegł zbyt późno. Ale teraz zrozumiał gdzie jest wejście i obległ je. Wciągnęłam mamę do pomieszczeń pracowniczych i zamykałam za nią drzwi, gdy usłyszałam rumor. Tygrys wdarł się do środka i z niesamowitą prędkością skoczył na drzwi. W ostatniej chwili oparłam się o nie plecami. Czułam ostateczną determinację: Nie puszczę ich, bo zginę! Tymczasem za drzwiami znalazło się dziecko. Kilkuletnia córeczka mojej koleżanki z pracy, przyszła do mamy. Tygrys skoczył na nią, a ja nie mogłam jej pomóc. Dziecko mówiło bezradnie:

- Czemu jesteś taki zły!? Co ci zrobiłam?
Tygrys z wściekłością drapał w drzwi potężnymi łapami. Uchyliłam się i nie zdołał przejechać mnie po plecach długimi pazurami, które przeszły z łatwością przez drewno. Zobaczyłam 3 podłużne ślady i 1 mniejszy.
Na tym obudziłam się.
Księgo, to twój Tygrys przecież. Rozpoznałam 10 heksagram i "stąpanie po ogonie tygrysa" oraz 49 i 5 linię zmienną: "Wielki człowiek zmienia się jak tygrys. Jeszcze zanim spyta wyroczni, znajduje wiarę u ludzi."

09:47, transwizje
Link
sobota, 01 kwietnia 2006
Tajni władcy świata
Nasz nowy prezydent został kiedyś wzięty na bok przez tajemniczych ludzi w swoim własnym pałacu i tam, za zamkniętymi drzwiami uświadomiony. Szło o kwestię produkcji złota z ołowiu. Tajemna organizacja, pracująca nad rozwiązaniem zagadki alchemików rządziła od wieków światem. Była już bliska rozwiązania zagadki. Pokazano prezydentowi osiągnięty na razie półprodukt. Grudę stopu, w którym ołów przybrał barwę białą, a reszta miała cechy złotej miki. To tylko kwestia czasu, gdy znajdziemy potrzebną liczbę, która zakończy proces transmutacji - powiedziano prezydentowi i ten uwierzył. Poszedł na układ. Choć, jak przebąkiwano w pałacowych kręgach, poprzedni prezydent, choć również go namawiano, odmówił i nie wszedł w te dziwne układy. Od tej pory wszystko zdawało się toczyć jak zawsze, lecz w pałacu zaczęło straszyć. Zaczęło się od nowoprzyjętej sprzątaczki, której polecono posprzątanie jednego z nieoficjalnych gabinetów prezydenta. Oprócz marmurowego biurka stało tam jeszcze łoże małżeńskie. Sprzątaczka, czyszcząc marmury zauważyła w nich dużą rysę, biegnącą przez całą płytę. Niefortunnie oparła się ręką o biurko i marmur rozpadł się pod jej cieżarem, odsłaniając jakąś dziurę, wiodącą w głąb, pod podłogę. Uciekła stamtąd, dziurę załatano pobieżnie, lecz odtąd czasem rozlegały się stamtąd dziwne dźwięki, pohukiwania, głosy. Przypisywano je duchom. Prezydent sam kilka razy z tego gabinetu wyszedł zaniepokojony, choć nie dawał nic po sobie poznać... Po jakimś czasie zorientował się, że jest śledzony i tajna organizacja wikła go w sieć zależności, które nie są mu wcale na rękę. Zaplanowano spotkanie z nim. Naradził się z żoną i postanowił się ukryć w wyznaczonej porze. Wybrał swój nieoficjalny gabinet, dlatego, że znajdowało się w nim łóżko i można było w nim spędzić noc. Położyli się oboje w pościeli, nad głową prezydenta spał jego prążkowany kocur, a nad głową prezydentowej, na poduszce, mały, bury oswojony szczurek. Jakoś kot nie robił mu przeszkód, a szczurek był przemiłym zwierzątkiem. W środku nocy rozległy się owe dziwne głosy gabinetowe. Prezydent z duszą na ramieniu przeszukał gabinet i znalazł tajne przejście. Wiodło, ku jego zdumieniu do jakiegoś pomieszczenia pod podłogą. Zajrzał tam, a potem zszedł. Było tam całe mieszkanie, z wieloma drzwiami w ciasnych pokoikach. Siedziała w nim młoda kobieta, pilnująca, jak się okazało, urządzeń podsłuchowych. Pozwoliła schronić się tam parze prezydenckiej, choć i tutaj nie było do końca bezpiecznie. W każdej chwili mógł wejść ktoś z szefów dyżurnej i odkryć prezydenta w centrali podsłuchowej. Ale ten uznał, że to i tak bezpieczniejsze, niż czekanie na zamach tajnych alchemików w nieoficjalnym gabinecie.
11:02, transwizje
Link Komentarze (6) »
Archiwum