bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 17 kwietnia 2012
Kólnie

Sen z elementami wizji: W bramie do mojego pierwszego zakładu pracy zgubiłam zegarek, wymknął mi się z ręki na odpiętym paseczku i zniknął na ziemi. Nie mogłam znaleźć, a spieszyłam się, żeby się nie spóźnić. Kiedy indziej znalazłam w tym miejscu rozbite szkiełka, za dużo ich było jak na mój jeden maleńki zegareczek. Wkrótce znalazłam w pobliżu duży zegarek kopertowy. Musiał długo leżeć na powietrzu, bo cyferblat zupełnie wyblakł, widać było jedynie wskazówki, i chodził, słyszałam tykanie. No, ale to nie był MÓJ zegarek.
W drodze do pracy mijałam ogromny budynek za wysokim ogrodzeniem, zakończony jakimś skomplikowanym systemem anten. Zainteresował mnie, gdyż co jakiś czas słychać było stamtąd donośne niskie buczenie (podobne do dziwnych dźwięków rejestrowanych ostatnio w różnych miejscach naszego globu), brzmiało dość strasznie.
Poznałam ludzi, którzy w tym budynku pracowali, lub mieli z nim coś wspólnego. Pokazano mi zdjęcia eksperymentu robionego wewnątrz. Przedstawiały młodego mężczyznę pogrążonego w medytacji, jakby śpiącego. Obok niego w naczyniu typu talerz rosła gruba warstwa mlecznego kożucha (tak jakby zasnął i zupa mleczna mu stygła, stygła...). Dowiedziałam się, że próbowano nawiązać kontakt z tym czymś, co tak buczy, ale najzdolniejszy eksplorator spośród badaczy nie zdołał nic wskórać.
Podczas tej rozmowy przyglądały mi się dzieci, mieszkające w owym budynku. Dziwne dzieci, ale nie wnikałam kto i po co. Dziewczynka i chłopiec. W chłopcu wyczuwałam coś złego, drzemiącego w głębi. W każdym razie złośliwego i pozbawionego skrupułów. Dziewczynka była lepsza, wrażliwsza. Chłopiec jednak pozostawał pod kontrolą i drzemiące w nim cechy rzadko się ujawniały. No, właśnie zaczęły się ujawniać w mojej obecności. Powiedział drwiąco:
- Wiem czego się boisz...
- Czego? - spytałam.
- Karuzeli...
Tak, to była prawda. Kręcenie się w kółko było dla mnie najstraszniejszym pamiętanym przeżyciem. Odsunięto go ode mnie. Wtedy zaczęłam spontanicznie zapadać w trans. Coś z głębi mnie wciągało. Zaczęto rozpytywać co. Na końcu, w najdalszej otchłani tkwił jakiś człowiek, kontrolujący to wszystko, w jakimś kole. Jak Bóg. Spojrzał na mnie. Wtedy stwierdzono, że powinnam wziąć udział w dalszych eksperymentach, bo mam powiązanie, którego nie można sobie wypracować żadnym treningiem, jak bym była wybrańcem.
Obudziłam się. Pamiętając pewne opowiadanie Dicka, w którym grupa schwytanych w pętlę czasu kosmonautów zabawia się po wieczność tworzeniem wirtualnych matriksowych światów, w których odgrywają różne role, tracąc na pewien czas pamięć kim są, od najlepszych po najgorsze. To opowiadanie zdaje mi się dobrze ilustrować ducha Panów Wszechświata, którzy mi się kilka razy jawili, krótko, bo trudno było znieść ich zdeprawowaną nieskończenie energię i pychę przy tym...

10:11, transwizje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 kwietnia 2012
Elektrycznie
Sen na początku nocy: w przyszłym roku o tej wiosennej porze zacznie się wielki niepokój. Mieszkałam w jakimś mieście, widziałam wszystko oczami mieszkańca miasta. Ludzie skupieni w jakieś gromady, grupy, przerażeni, niepewni siebie, osaczeni. Nie wiadomo czym. Jak gdyby zamknięci w niewidzialnych więzieniach. Zewsząd propaganda. Przyszło mi do głowy, aby przestać korzystać z mediów elektrycznych (sic!), ale silniejszy był strach, że nie będę czegoś wiedzieć, gdy już zacznie się coś okropnego naprawdę dziać. Bałam się sama wychodzić z mieszkania do sklepu, gdy zaś wychodziłam z rodziną lękałam się o mieszkanie, że ktoś je obrabuje. Strach dotyczył zatem agresji nie wiadomo skąd, zamachów na życie. Obudziłam się silnie zaniepokojona i dość długo ten stan się utrzymywał, zanim go rozproszyłam. Zwyczajnym myśleniem.
09:41, transwizje
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Się
W czasach szkolnych byłam czytelniczką wszelkich pism i periodyków literackich, wychodzących w Polsce. Literatura, Wiadomości Literackie, Nowy Wyraz, Twórczość. Pewnego razu, a było to chyba pod koniec lat 70-tych, 78-79? a może już 80? Twórczość zamieściła w kilku numerach świeżo powstałe dzieło Steda, Edwarda Stachury. "Fabula Rasa". Z miejsca się w nim zakochałam i czytałam po wielekroć, wszerz i wzdłuż, od początku do końca, od końca do początku, wyrywkami. Moja dusza zaśpiewała...
Byłam wtedy w swojej świadomości niewierząca, od 12 roku życia nie chodziłam do kościoła, nie dałam się wybierzmować, czytywałam też ateistyczne pisemka Engelsa i Marksa, i Lenina też, a co. Jak i francuskich 18-wiecznych radykalnych "bezbożników", wiadomo jakich, chętnie wtedy wydawanych przez polskie socjalistyczne oficyny. Przy tym wszystkim coś we mnie tkwiło innego, w głębi ukryte, i tylko od czasu do czasu wyłaniało się w postaci zdumiewającego mnie samą snu albo wizji. W końcu zaczęło się spontaniczne odrywanie się od ciała fizycznego, razem z przerażającymi mój racjonalny umysł stanami transu, ogromną nerwicą i atakami strachu przed śmiercią. Pojmowaną jako absolutny koniec tak samo ciała jak świadomości, czyli materialistycznie. I kompletnie brakowało mi narzędzi rozumowych, aby to pojąć i zaklasyfikować co się dzieje. Na próby opowiedzenia choć części koszmaru słyszałam zdawkowe: "To dlatego, że nie chodzisz do kościoła..."
Kościelne gadki budziły we mnie od zawsze coś w rodzaju odruchu wstrętu, dlatego katolicką teologię, a raczej mistyków chrześcijańskich poznałam dopiero kilka lat później, gdy zjawiska parapsychiczne nasiliły się do granic wariacji. I już nawet doktryny próbowałam się uchwycić, aby oprzeć się naporowi Stamtąd. Oczywiście wraz z lekturą Biblii od deski do deski. Niemniej teoretyków dziwnych kościelnych pojęć, oprócz Mistrza Eckharta i paru innych, zostawiłam szybko nawiedzonym i nadętym filozofom (nie wiem czemu, ale filozofowie z wykształcenia, tych kilkoro, których nieco później poznałam, zawsze okazywali się nadętymi dupkami używającymi na co dzień śmiesznie napuszonego słownictwa nie z naszej epoki i nie potrafiącymi nawet zauważyć faktu, jak bardzo odstają od rzeczywistości i bawią męcząc otoczenie).
Ale wracam do dzieła Steda.
Człowiek-nikt opisany przez niego, cały składa się z jedności i nie rozdziela się w żadnym momencie. Bo czasu nie ma, jest teraźniejszość. Nie ma też tu i tam, ani gdzieś, ani kiedyś. Jest tu i teraz, po wieczność. Dlatego przebywając w cudownym i najprostszym stanie świadomości człowiek-nikt przestaje nawet śnić. Nie ma już snów. Nie ma marzeń. Nie ma lęków. Ani żadnych celów przed sobą. Oprócz tych, które nieustannie się wobec niego manifestują same z siebie. A każda czynność, gest, słowo, myśl człowieka-nikt jest świadoma (i tym samym święta), jest esencją świadomości wyzbytej ja, mniemań o sobie i innych, teorii i hipotez, przypuszczeń, kompleksów, emocji, euforii, rozpaczy. Opisuję teraz człowieka-nikt z pamięci. Znamienne numery Twórczości z dziełem Stachury wciąż zapewne tkwią w starej pobabcinej szafie w moim domu rodzinnym, nie mam ich pod ręką. Być może więc coś dodałam lub odjęłam od siebie, bo treść przekazu Człowieka-Nikt pozostaje we mnie na zasadzie bezsłownego odczucia.
Otóż od jakiegoś czasu moje śnienie zanika. Miewam sny, ale rzadko zawierają elementy wyższe, wizyjne, transowe, i najczęściej są to cudze sny. Należą do osób, których nie znam osobiście, które czytają tego bloga, albo nawet nie. Nie chce mi się ich analizować i przenikać, bo nie znając lub tylko domyślając się o kogo chodzi, albo nie kogo, tylko o co, bo mogą to być sny okiem zbiorowych egregorów, ilustrujące jakieś przekonania grup, trendy, idee itp. nie jestem w stanie oprzeć się na jakiejś rzeczywistej wartości czy konkretnym wniosku. No, czasem mogę się uśmiechnąć z jakiegoś wyśnionego dowcipnego obrazu, którego samej byłoby mi trudno wymyślić. Jak np. postać fanatyka katolickiego studiującego objawienia, który podłączył się pod mojego pytyjskiego bloga, przedstawiająca mi się we śnie wizyjnym (noc wcześniej) jako powstała z manipulacji kosmitów forma żółtej kuli światła unosząca się nad nowoczesnym miastem niczym statek ufo, a z niej wyłaniająca się ręka odziana w papieskie szaty liturgiczne, z chorągiewką w dłoni, pokazująca nachalnie jakiemuś siedzącemu na skrzyżowaniu dróg młodemu człowiekowi, kierunek...
No, i nie dziwią mnie drobne prekognicje, spełniające się dwa-trzy dni później odnośnie wydarzeń w życiu znajomych. Bo w moim życiu nic nie przewiduję, nic Się nie przewiduje. Życie trwa, Się żyje, Się wykonuje czynności, Się buduje, Się pracuje, Się myśli jak gdyby Się nie myślało, Się samo się myśli, albo Się pozostaje w bezmyśli. Patrząc na drzewa, słysząc ptaki, wąchając zapach świeżo zaoranej ziemi, przełamując zakwasy od szpadla i innych narzędzi. Z tej perspektywy, codziennej bezmyśli, pamiętanie tego co było, wieloletnich objawień, kontaktów, przekazów od kosmitów, diabłów i aniołów, wstrząsów zaświatowych, transów, wędrówek poza ciałem, jasno- i ciemno-widzeń i słyszeń, obrazów innych ludzi i czasów, mocno przybladło i jakoś traci ważność. Biorę pod uwagę, że już nie wróci. Ale też może wróci lub jakoś się przeinaczy. Jest to konsekwencja integracji wewnętrznej i zewnętrznej, efekt indywiduacji, według kryteriów Junga, osadzenia w ciele fizycznym, pogodzenia się ze światem. I tamte zjawiska rozszczepieniowe, krańcowe, zdumiewające aż po niebo i piekło, nie mają już powodów, aby mnie dręczyć. Tak, bo to była udręka. Żaden oobe-maniak i oneironauta nie przekona mnie, że świat poza ciałem i jego eksploracja więcej są warte od bycia tu i teraz w całości w sobie i na przykład od rozrzucania własnoręcznie gnoju we własnym warzywniku.
10:14, transwizje
Link Komentarze (6) »
Archiwum