bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
sobota, 26 kwietnia 2014
Krowio-kozio

Noc snów ciągnących jeden watek, których akcja działa się w mojej rodzinnej miejscowości i domu. Zaczęło się od tego, że w rodzinie podejrzewaliśmy jedną dziewczynę, moją kuzynkę o coś złego. Przeglądałam jej liczne zdjęcia w zbiorach. Miała dziwnie pałające oczy już od dziecka. W nocy obudził mnie trans i usłyszałam głos mojej Mamy, przebywającej właśnie w szpitalu na badaniach.
- Boli mnie gardło - powiedziała - Coraz bardziej. Coś mi w nim rośnie. Chcę stąd wyjść. Zabierzcie mnie do domu....
- Ależ mamo, zostań, niech cię zbadają i stwierdzą co to jest. Może dadzą jakiś antybiotyk. Jeszcze niedawno byłaś chora, trzeba uważać - tłumaczyłam jej.
Mama bowiem dopiero co wyleczyła się ze śmiertelnego raka i drżałam o to, że sprawa może w każdej chwili powrócić. Rozmyślając o tym wyszłam jeszcze przed świtem, ciemną porą rozjaśnioną ulicznymi latarniami na ul. Polnej, wraz z koleżanką z pracy rudą Elą. Gdzieś szłyśmy, może do pracy właśnie. Niosłam w ręku butelkę piwa i popijałam, śmiejąc się przy rozmowie. Ela wysforowała się do przodu, a mnie, przy przeskakiwaniu licznych kałuż po deszczu wypadła z rąk butelka i potoczyła się w kierunku przecinającej Polną asfaltowej ulicy Piotrkowskiej, dodam, dość uczęszczanej trasy. Była jeszcze szansa uratować zawartość, zawołałam do Eli, aby ją złapała. Ela więc, zamiast przejść na drugą stronę ulicy zatrzymała się w połowie i podniosła butelkę. Kiedy pokazywała mi ją z triumfem, że piwo się nie wylało nagle nadjechał z prawej motocykl i przejechał ją, odjeżdżając wraz z martwą Elą pełnym gazem. Zaczęłam przeraźliwie krzyczeć, wydzierać gardło, rozumiejąc nagle o czym chciała mnie przestrzec mama. "Nie, to się nie dzieje naprawdę! To niemożliwe!". Szok obudził mnie z tego snu na jawie i dość długo dochodziłam do siebie.

W następnym śnie chciałam kupić krowę rasy Rosenthal, niedużą, mleczną, której mleko najlepsze jest na sery. Cielęta i jałówki dostępne były zagranicą. Znalazłam w prasie ogłoszenie od hodowcy, angielskiego bodajże. Miał młodą krowę na sprzedaż. Skontaktować się z nim pomagała mi ruda Ela, która pracowała dawno temu przy skupie żywca i znała się na rzeczy. Kiedy trwały negocjacje telefoniczne, na mój koszt, z boku odezwała się moja mama, podpowiadając: "Spytajcie o cenę". No, tak! Przedłużało to rozmowę, bo trzeba było jeszcze dyskutować z mamą, ale cena padła, 38 tysięcy ( w mojej wyobraźni było to raczej 3,8 tysiąca). Poza tym krowa była nieco większa, niż inne egzemplarze jej rasy. Cena była nie za wysoka, ale i nie tania. Mimo to jakoś ubiliśmy targu, hodowca zobowiązał się dostarczyć nam zwierzę najbliższym transportem. Wtedy zaczęłyśmy dyskutować, że właściwie sprowadzanie bydła zza granicy jest ryzykowne i trudno jest je potem zarejestrować w urzędzie. Gdyż często sprowadzana jest choroba cielęca, grasująca na wyspach. Hodowcy z wysp wyzbywają się sztuk zarażonych i certyfikują swoje zdrowe sztuki, a sprzedane nie mogą zostać zarejestrowane z powodu wrodzonej słabości.

I w kolejnym śnie miałam już ową krowę oraz stadko kóz w domu, na rodzinnej działce. Na jej końcu od strony wschodniej był świeżo pogłębiony szeroki rów odpływowy, na tyle głęboki, że była obawa, że zwierzęta mogą tam wpaść i nie wyjść. W domu mieszkało kilka młodych osób, jacyś dwaj młodzieńcy, dwie dziewczyny i ja, właścicielka. Zaproponowałam im układ. Daję wam do dyspozycji dom, gospodarstwo i możliwość utrzymywania się za codzienną pracę. Każde z was będzie miało określone obowiązki do wykonania codziennie, oprócz tego dostanie możliwość rozwijania jakichś hobbystycznych zainteresowań, np. ktoś może prowadzić pracownię fotograficzną, ktoś tkacką itp. bo takie sprzęty były w domu. Zarobki z robienia serów kozio-krowich i innych przetworów idą do wspólnej kasy, z której opłacamy dom, żywność, media, podatki i ubezpieczenia. Zajęcia hobbystyczne mogą być źródłem indywidualnych zarobków przeznaczanych na inne przyjemności, typu kino, teatr, książki, wypady do miasta. 
- Co wy na to? Proponuję wam dom i utrzymanie, ja sama rodziny nie mam i już nie założę, a nawet gdyby, to nie taką, jak każdy by się spodziewał, więc to propozycja na lata albo do końca życia.
Jeden chłopak miał w planie jednak iść do technikum zaocznego, pięcioletniego i choć propozycja bardzo mu się podobała, był w rozterce. Powiedziałam zatem:
- Przemyśl to. Do czego przydać ci się może wiedza z technikum za pięć lat, gdy w 27 roku ma wybuchnąć w całej Europie wielka zaraza bydła i ludzi i nie wiadomo, czy przeżyjemy w ogóle. Mamy większą szansę na wsi, dbając o podstawy życia, niż w mieście, zajmując się cywilizacyjnymi udogodnieniami, które zawalą się bardzo szybko. 

09:34, transwizje
Link Komentarze (4) »
środa, 23 kwietnia 2014
Zaskocznie

Pamiętam swoje zaskoczenia z kilku wizjosnów tej nocy (samej treści nie zapamiętałam, może dobrze). Okrucieństwem, bezwzględnością, brakiem serca jakiejś istoty, której oczami śniłam.

Akcja pierwszego snu przypomniała mi się podczas jedzenia obiadu: otóż szef znanego polskiego pisma psychotronicznego wziął w obronę jakiegoś gościa, który miał za sobą przeszłość komuszą. Przewiózł go swoim samochodem, na swój koszt w jakieś miejsce. Zostało to namierzone przez jakiś ważny czynnik i szef zlądował ze stołka, nie mógł już szefować własnemu pismu. Jego dobre imię zostało skalane i podważone publicznie. Ponadto jego żonę zaczęło coś dręczyć niewidzialnie i pogardliwie. Właśnie owa bezwzględna i pozbawiona wszelkiej empatii, pełna wzgardy istota. Obudziło mnie zdumienie.

09:41, transwizje
Link
sobota, 19 kwietnia 2014
Zewsząd

Nad ranem popadłam w trans. Patrzyłam na siebie z zewnątrz, z góry, więc przyszło mi do głowy ten stan zbadać. - Co będzie, gdy dotknę swojej twarzy? Poczuję to ciałem fizycznym czy nie? - pomyślałam i zaraz tak zrobiłam. Nic nie poczułam oprócz tego, że nagle wystartowałam gdzieś w przestrzeń. Leciałam daleko pośród szarości przed świtem, przyglądając się blokowiskom jakichś nieznanych miast. Nagle znalazłam się na ulicy jakiegoś ukraińskiego miasta. Ludzie, nie znający się nawzajem, starsi, młodzi, przystawali na ulicach i rozmawiali ze sobą. Po polsku, ale odniosłam wrażenie, że słyszę język podobnie jak dubbing w filmie, podłożony. Ludzie byli zmartwieni i bezradni. W kraju panowała dyktatura rosyjska, nic nie mogli zrobić, przeciwdziałać. Padały jakieś nazwy, nie zapamiętałam ich. Było tuż po jakiejś wojnie wewnętrznej. Przez chwilę znalazłam się w świadomości jakiegoś żołnierza rosyjskiego, bądź pro-rosyjskiego, który dostał nakaz strzelać w miejscach publicznych i takiejże użyteczności, ale bezwzględny zakaz strzelania w domy prywatne. Były krzyki, zamieszanie. Potem znów wylądowałam na ulicy pośród zwykłych ludzi. I od nich dowiedziałam się, że w Polsce, we Wrocławskiem trwa podobna akcja ze strony Niemców. Miała tam miejsce wojna domowa, która rozprzestrzeniała się na kraj.

Potem weszłam w sen. Tutaj rozmawiałam z jakimś mężczyzną, opowiadając mu dzieje swojego nazwiska. Jak to uważałam je od dziecka za dziwaczne, bo nikt się tak nigdzie w okolicy nie nazywał. I jak babka ukryła przed dziećmi i wnukami jego pochodzenie. Aż pewnego razu poznałam dwóch ludzi z Warszawy, którzy mnie oświecili w tej sprawie i podarowali księgę genealogiczną rodu sięgającą XIII wieku.

W ogóle znów powtarzają się sny, w których wracają dawni znajomi, tacy, którzy sprawili mi swego czasu wiele przykrości i bólu, lekceważąc mnie, a we śnie nagle stają się nie tylko uprzejmi, mili, ale i usłużni.  

10:31, transwizje
Link
czwartek, 10 kwietnia 2014
Podsłusznie

Dwie noce temu przed zaśnięciem rozmyślałam dość intensywnie o horoskopie „potomka”. Pewnie dlatego w nocy przyszły wizje kilkuletniego chłopca, bawiącego się jakimiś dziwnymi zabawkami. Sympatyczny.
Nad ranem sen: jestem w domu ASa, starej chacie, którą sobie niedawno kupił i odnowił. M. leży w łóżku, jeszcze blada i zmęczona po porodzie. AS pokazuje mi zakamarki, które urządził sobie dokładnie tak, jak zaplanował, zanim jeszcze tę chatę znalazł. Na strychu odkryłam nieznajomego obcego człowieka z obłudnym uśmiechem, mieszkającego tam bez niczyjej wiedzy, zajmował się podsłuchem.

Kilka dni temu znalazłam się niespodziewanie w internetowym towarzystwie osób o starodawnych nazwiskach rodowych i zajmujących się odradzającym się Domem Królewskim Merowingów. Bazując na przepowiedniach m.in. Nostradamusa.  Z tego powodu doszłam do wniosku, że sen o nowym domu ASostwa i podsłuchu odnosi się do nich.

Dzisiaj sen pod koniec nocy: przemieszczamy się w ucieczce, na razie dla nas spokojnej. Liczy się mobilność, zmiana miejsc. Świat coraz szybciej i w wielu miejscach wali się w różnych katastrofach, padają miasta, całe regiony, od trzęsień ziemi, katastroficznych powodzi i przemian społecznych. Tam, gdzie tego jeszcze nie ma, wszystko zdaje się spokojne i funkcjonuje jak zawsze, jest prąd, zaopatrzenie, komunikacja. Przebywamy jakiś czas w wielkiej sali, gdzie zgromadzili się ludzie kultury, śpią tu i jedzą, rozmawiają przy długich stołach, aktorzy, pisarze. Wszyscy gotowi na nadejście zmian, których czasu wystąpienia nikt nie jest pewny. Przede mną siedzi kobieta, którą wydaje mi się, że ją znam, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd. Potem ruszamy znów. Widzę zalane tory kolejowe, podmywa je rwąca woda rzeki. Jakiś człowiek próbuje się uratować z nurtu, trzymając się kurczowo podkładu.

18:07, transwizje
Link
poniedziałek, 07 kwietnia 2014
Niedźwiednie

Tydzień temu pojawiła się nad ranem senwizja: akcja działa się w Niemczech, stare klimaty, sprzed kilkuset lat. Przemawiały do mnie glosy recytujące jakieś poetyckie teksty (po polsku), w których padło wiele niemieckich nazw miejscowości, miast i miasteczek. Narodziło się tam jakieś dziwne zwierzę, wielkości konia, obdarzone Mocą, niezbyt wielkie, przypominało bardziej poruszającą się rzeźbę ze skomplikowanych węzłów i splotów w kolorze ciemnobrunatnym, niż żywe stworzenie. Szła z nim wielka grupa ludzi, padające nazwy miejscowości to były też ich nazwiska rodowe. Szliśmy razem przez starodawny cmentarz, wespół z głosami.

Dzisiaj w środku nocy senwizja: radiowa trójka nadaje jakby z wnętrza samolotu stojącego na ziemi, samolot jest w rozsypce, pękają i odpadają jego części, do środka wdziera się atmosfera, która w jakiś sposób jest zabójcza. Redaktorzy Trójki jednak nadają do końca, Kaczkowski, Niedźwiedzki, głosami spokojnymi, choć ze świadomością, że za 16-17 minut po prostu umrą. Gra też na żywo orkiestra Dębicha, lub Dębisza, raźne melodie, trochę jak na tonącym Tytaniku.

Potem wizja: nieznany mężczyzna ok. 40-tki, siedzi przy stole, mówi coś (wizja była bez fonii), koło niego stoi kobieta, widziana niewyraźnie, z długimi włosami. Następnie senwizja: zjawia się u mnie starym, rozklekotanym samochodem (jakiś polonez albo fiat, zdarty poszarzały ciemnoniebieski kolor) energiczna kobieta, w wieku ok. 40 lat, mam wrażenie, że aktorka. Poczyna sobie  dość obcesowo. Jakoś dobrze to odbieram, choć jestem zaskoczona, ale zauważam z bliska, że jej twarz jest pokryta litą, choć cienką skorupą gojących się strupków.

I senwizja: jestem jednym z obserwatorów zachodniej wojskowej strony, oceniających ruchy i posunięcia rosyjskich wojsk, gdzieś na morzu. Rosyjskie statki ustawiły się wzdłuż wybrzeża, a my wiemy, że to głupie i propagandowe posunięcie, zaś morze, wykorzystywane przez nich do ćwiczeń i pokazowych manewrów pełne jest zatopionych wraków na dnie.

13:53, transwizje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 kwietnia 2014
Bośnie

Przespałam calutką noc z hakiem (tj. do 10) bez najmniejszej przerwy. Śniłam cały czas, różne sny, ale mające jeden podobny charakter. Zaczęło się od tego, że mój ojciec, blady, chudy, wyczerpany nadużywaniem alkoholu, powrócił nagle do biegania. Zaczął codzienne treningi i biegł od bramy kościoła parafialnego w stronę domu. Robił to zawsze na bosaka. W domu wszystko zaczęło się zmieniać pozytywnie. Mama była wreszcie spokojna i zadowolona. A nasz dom, ze starej zmurszałej cegły, który chylił się i zapadał z jednej strony w głąb ziemi od fundamentów, zatrzymał się w tym swoim schyłku i jakby umocnił w sobie. Zdążyłam chwycić siostrę, zanim by wypadła z okna, nie zauważywszy zapadniętej i wybrzuszonej podłogi.

Potem w kolejnym śnie znalazłam się w swojej pierwszej pracy, w spółdzielni. Znowu pracowałam w biurze, tyle, że czasy były już po-kryzysowe, nasze. Starzy znajomi, koledzy, koleżanki, jak nowi. Zwłaszcza Sylwek, którego bardzo lubiłam swego czasu, bardzo się ucieszył, gdy go spytałam o żonę. Że pamiętam. Z radością stwierdził, że wszystko z nią ok.

Rano z kolei uczyłam się w szkole, w liceum, mojej dawnej klasie licealnej. Akcję zapomniałam, ale przeważnie wzruszają mnie te akurat sny z jakiegoś powodu. Odwrotnie, niż fakty z tym związane w życiu rzeczywistym. 

Kiedy się obudziłam i wolno otwierałam oczy przyszło mi na myśl, że to mój organizm się regeneruje, stąd takie przedziwnie wspomnieniowe obrazy.

19:07, transwizje
Link
Archiwum