bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
piątek, 27 czerwca 2014
Zaocznie

Oko, w kształcie pocisku rzadziej mi się ostatnio pokazywało. Ale bywało. I tak wczoraj zoczyłam owo oko-pocisk, a w nim siedziała... maleńka sowa. Po chwili zoczyłam dwoje takich oczu, zwróconych do siebie czubkami pocisków i były to oczy... sowy.

20:08, transwizje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 czerwca 2014
Cudnie

Wczoraj senwizja blisko świtu: mieszkam w jakimś niedużym mieście nad wielką wodą. Życie tu toczy się jak co dzień zwyczajnie, gdy nagle na niebie dzieje się coś przerażającego. Daleko na horyzoncie i wysoko na niebie ukazuje się spadający statek kosmiczny, ogromnych rozmiarów. Odnoszę wrażenie, że spada z powodu wojennego zestrzelenia przez jakiś inny statek, tam toczy się wojna. Ludzie obserwują z przerażeniem bezwładne lot w dół kosmicznego pojazdu, który runął w wody oceanu. Trzeba spodziewać się ogromnej fali po tym wypadku. Mamy kilkanaście minut, może godzinę-dwie na ucieczkę. Niektórzy odruchowo ruszają byle dalej z miasta w głąb lądu. Ja też przez chwilę biegnę. Ale ustaję. To nie ma sensu. Każdy to wie. Za krótki czas morze na pewno nas pochłonie, tu czy nieco dalej. Może lepiej nacieszyć się jakoś tą ostatnią chwilą spokoju przed burzą? Widzę, że więcej ludzi tak zrobiło. Jacyś staruszkowie siedzą jak zawsze przed domami na ławkach, dla nich ucieczka nie ma sensu. Siadam koło nich. Patrzymy w niebo od strony lądu. Nagle widać, że coś się tam dzieje. Pojawiają się jakieś światła, świetliste postacie sunące po niebie ku brzegowi lądu, jak aniołowie. Fala jest coraz bliżej. Są już pierwsze oznaki, woda liże nadbrzeżne ulice. Zwłaszcza tam, gdzie autostradą sunie za miasto karawana samochodów uciekających. Niektórzy zjeżdżają na drugą stronę i zatrzymują się. Reszta ogarnięta paniką, wraz z towarzyszącą im falą powodziowej wody jedzie w głąb lądu. Tu gdzie my stoimy i czekamy, nie ma żadnej wody, nic się nie dzieje. A jednak cuda się zdarzają!

10:27, transwizje
Link
sobota, 14 czerwca 2014
Tłocznie

Nad ranem senwizja: znalazłam się w rozległych salach, połączonych ze sobą, pełnych różnych ludzi. Z tzw. środowiska ezoterycznego. Panie, panowie, młodzi, starzy, różniaści. Byłam kimś tu nieznanym, na kogo nikt nie zwracał uwagi. Prowadzono różne zajęcia, dyskusje, wykłady, nauki. Trzeba się było wpisać do wspólnej księgi, gdzie obok nazwiska często było zdjęcie podpisującej się osoby (podobnie jak profil na FB). Nikt mi nie chciał wyjaśnić, gdzie jest rubryka do podpisania się, przejrzałam kilka stron i wszystkie były już zapisane. Zatem oddałam księgę dalej, a na koniec wypłacano tantiemy, czy rozdawano dyplomy, ale tym, którzy podpisali się w księdze. Mnie tam nie było, więc nie dostałam. Trochę mnie to zdeprymowało. Widziałam wiele wad w tych ludziach, koterie, wybujałe ego, zawiści, sprzymierzenia się przeciw sobie. Rzadko ktoś mi się po prostu zwyczajnie podobał z zachowania. Okazało się, że jestem tam z ASem. On też tylko patrzył i słuchał. Siedzieliśmy blisko siebie, tuląc się do siebie jak rodzeństwo. Obserwowałam jakąś głęboką studnię, nad którą pochylił się grubawy mężczyzna. Chciał nalać wody do kubka. W studni była pompa, ale bez rączki. Wsadził w to miejsce gwóźdź i zarozumiale nacisnął z całej siły. Woda poleciała, ale on zachwiał się nad cembrowiną i wleciał do środka. Złapaliśmy go w kilka osób dosłownie w ostatniej sekundzie. Jeszcze dość długo i boleśnie, drżąc ze strachu przed upadkiem w otchłań wyłaził z tej studni. Potem AS zapadł w sen, u brzegu owej studni. Nie mógł się obudzić, ogarnął go jakiś koszmar. W końcu udało mu się ocknąć na chwilę i powiedzieć, abym wezwała pomoc. Pobiegłam do sąsiedniej, dużej sali i zawołałam, czy jest tu ktoś, kto zna jakieś prawosławne modlitwy. Zgłosiła się młoda dziewczyna, szybko przyszła do ASa, który już znowu pogrążony był w koszmarnym transie. Wzięła jego stopy, bose i na podeszwach zrobiła znaki krzyża, recytując coś w starocerkiewnym. Ja z boku pomagałam jej mówiąc w myślach swoją modlitwę. Trans zaczął ustępować, AS wrócił do przytomności.

09:51, transwizje
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 czerwca 2014
Dobroźle

W nocy senwizja: cała filmowa i długa opowieść o mojej-nie-mojej rodzinie. Jak to w takich snach pod osobami znanymi mi z życia kryją się zupełnie inne, nie wykluczone, że z innego poziomu lub czasu. Siostrzeniec, mały chłopiec, najwyżej 9-10-latek postanowił z własnej woli uśmiercić się w rozpalonym piecu. Namówił do tego dwójkę swojego rodzeństwa, w podobnym wieku. Rzecz przedsięwzięli w zupełnej tajemnicy przed dorosłymi. Ktoś z rodzeństwa, kto się nie podjął umrzeć wraz z nimi pełnił inne role, rozpalił w piecu, zamknął go za nimi. Najpierw ofiarnicy (bo jak ich inaczej nazwać) dopełzli, czołgając się z wyrazem pokory i posłuszeństwa długą drogą do szkoły. Był to wysoki, kilkunastopiętrowy ciemnoniebieski budynek z przyległościami. Żeby go ogrzać trzeba było napalić w 16 piecach c.o. Teraz było lato, wakacje, szkoła pusta, napalenie w jednym mogło pozostać niezauważone. Do pieca były dwa wejścia, jedno obok drugiego, lecz komora spalania była wspólna. Kiedy węgiel za jednymi drzwiczkami zamienił się w żar, rodzeństwo weszło drugimi drzwiczkami, a pozostałe z nich zamknęło je za nimi. Obserwowałam to ze zgrozą w sercu. Jaki był motyw tak makabrycznej formy śmierci u dziecka? 

Jednak ktoś zawiadomił w tym momencie pogotowie i straż. Zdołano wydostać dzieci z komory palnej, oczadziałe, osmalone, ale jeszcze żywe. Siostra, ich matka pojechała z nimi do szpitala. Cały czas czułam zgrozę, a sen się nie kończył. Na progu szkoły spotkałam najstarszą siostrę z rodzeństwa, stała uśmiechając się pogodnie. Bałam się o nią, że wpadnie w panikę, była zawsze uczuciowa i wrażliwa. Powiedziałam jej coś w rodzaju, że będzie dobrze, i wróciłam do siebie.
Tam kontaktowałam się ze sPermakulturnikiem, przebywającym w Anglii, tonem flirciarskim, choć pamiętałam, że jestem od niego dużo starsza. Ale cóż, uznałam to za dobrą zabawę. Dziwił się, że chcę grządki permakulturowe zakładać w środku lata. 
- A czyż nie jesteś tak świetnym specjalistą, że znajdziesz rośliny, które jeszcze zdążą dać plon do jesieni? - żartowałam sobie.
Jednocześnie cały czas czuwałam nad najświeższymi informacjami o zaczadzonej z własnej woli trójce siostrzeństwa. Nie było wiadomo ani pewne, czy przeżyją, trwali w nieprzytomności na granicy życia i śmierci, siostra nie wychodziła ze szpitala, czuwała cały czas. Dowiedziałam się, że siostrzeniec, który zdecydował się na taki czyn zrobił to na polecenie "aniołka", który mu się ukazał. Wierzył, że służy to dobremu celowi i przekonał do swojej wiary rodzeństwo. Teraz szeroko dyskutowano, kim i czym mógł naprawdę być ów aniołek. 

Pewna pisarka angielska napisała o tym powieść, wyszedł też komiks, wszystko zdobyło wielką poczytność. Powstały różne kompilacje tej historii, wydano ich zbiór. Znalazłam w nim także dobre zakończenie dopisane do tej historii, w którym mój siostrzeniec dorósł i został przystojnym młodym mężczyzną z niewielką blond-bródką, zakochał się w pięknej dziewczynie, ale wciąż nie wiedziano jakie siły i moce za nim stoją, dobre czy złe. Odkryto także szereg przepowiedni wierszem, pisane ptasią mową, w para-romańskim języku. Zauważyłam w jednej z linijek ukryte słowo "deimonece" czyli demonica. Była to moja prywatna rodzinna historia, a spróbowano ją podciągnąć nawet pod realizację przepowiedni Nostradamusa o "narodzinach trojga doskonałych dzieci", które miały być zabite rytualnie. Autorka książki była starą brzydką Angielką z białymi, rzadkimi włosami, które rozczesywała szczotką, włosy garściami na niej zostawały, w końcu plastikowy (zielony) trzonek szczotki złamał się w jej ręku. Kiedy pochyliła głowę, na ulizanym przedziałku po środku głowy zauważyłam duże ciemniejsze wgłębienie, rowek. "Ach, to tak wygląda ciemiączko" - pomyślałam - "palec Boga?".

Obudziłam się w dziwnym stanie psychicznym, przede wszystkim wstrząśnięta faktem zapakowania się samemu do rozpalonego pieca. Czułam to jak obecność jakiejś dziwnej na poły demonicznej nieludzkiej w każdym razie istoty, a jej intencje były dla mnie nieodgadnione, poza-uczuciowe. Wtedy przypomniałam sobie, że rozłożyłam po południu karty, które mówiły o jakiejś starożytnej tajemnicy opatrzonej klątwą, której nośnikiem i strażniczką była królowa monet, może wróżka, może matka rodu, także cały ród z linii żeńskiej. Nie mogłam sobie przypomnieć ostatniej karty i do tej pory nie pamiętam... 8 Mieczy (dogmatyczny zakaz) czy odwrócona trójka Pucharów (trujący wstręt), nie wiem.

Zasnęłam znowu i nadeszła transwizja: znów dłuższy sen, w którym wybierałam się na jakiś wakacyjny pobyt wraz z trzema psami i trzema kotami, ale A. dokoptowała jeszcze swoją przyjaciółkę, której nie lubiłam i poczułam się niepewnie. Podczas przygotowań do wyjazdu dwa razy podchodziłam do okienka bankowego i prosiłam o sprawdzenie stanu mojego konta, i dwa razy urzędniczki mnie zlekceważyły i odmówiły odpowiedzi. Wyszłam trzaskając drzwiami i przeklinając głośno: Kurwa! Znalazłam się w końcu na dworcu na peronie pomiędzy dwoma odjeżdżającymi w różne strony pociągami, pełnymi cudzoziemców i ludzi wyjeżdżających na stałe za granicę. Czułam niepewność swego położenia, brak bezpieczeństwa i mocy zmiany na lepsze, zależność od innych, bardziej obrotnych ode mnie ludzi, tymczasowość. Zaczęłam odmawiać modlitwę, głośno w skupieniu wewnętrznym. I wtedy weszłam w trans. 

Poczułam jak jakaś siła unosi mnie w górę, pofrunęłam wysoko, śmiało, obróciłam się wokół swojej osi i spojrzałam za siebie. Poczułam obejmującą mnie dłoń, Chrystusa, jak to rozumiałam, bo cały czas odmawiałam jego modlitwę. Lecz nagle ogarnęła mnie niepewność, kim jest naprawdę ta istota, dobra czy zła i zaczęłam opadać w dół. Dłoń postawiła mnie ostrożnie na ziemi z powrotem. 

15:59, transwizje
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 czerwca 2014
Zakopanie

Sen: spotkałam ją. Była to staruszka, mieszkająca od lat przy białoruskiej granicy, po polskiej stronie, ale pochodząca z terenów dzisiejszej Białorusi. Zaczęła tam co rusz wracać, jakby coś przygotowując. Dość długo nie mogłam się zorientować co. Miała na imię Belinda, była szeptuchą. Podczas spotkania nagle powiedziała, że musi ruszać dalej.
- Czemu? - zdziwiłam się.
Wypatrzyła coś na niebie. Prowadziła ją pewna gwiazda, którą ona sama odkryła i zawsze ją obserwowała. Pokazała mi ją, ale nie mogłam jej zobaczyć, bo na niebie było mnóstwo innych gwiazd i drzewa zasłaniały horyzont. Pokazała mi więc ją i jej położenie na ekranie laptopa, posługując się trójwymiarowym programem astronomicznym. Gwiazda nazywała się Zakopane i świeciła blisko jakiejś drugiej, chyba nieco większej gwiazdy.

Musiała iść, zostawiła mi więc listy, bodajże dwa. Nie wiedziałam do kogo, ta osoba miała się zgłosić. A może były do mnie. Miałam to odkryć.
Belinda znów odeszła za białoruską granicę. Dowiedziałam się, że miała ok. 150-160 lat, a wyglądała całkiem młodo! Było to jej czwarte życie. Przygotowywała się do śmierci. I być może do następnych narodzin.
Pojawiłam się w jakimś mieście, prawdopodobnie był to Kraków. Przypominało go w każdym razie. Pracowałam za okienkiem na miejskiej poczcie, gdy pojawiła się za nim wysoka, szczupła dziewczyna, o której wiedziałam, że jest spod znaku Lwa. Czekała na coś. Spytała o listy. A ja byłam coraz pewniejsza, że były do mnie, nie do niej. Dałam jej jeden z nich. Zakolegowałyśmy się. Rozmawiałyśmy o Belindzie. Spytała w jaki sposób została szeptunką.
- Takie osoby wiedzą to od dziecka i same odkrywają świat i swoje moce. Spróbowała. Mówią, że połowa jej klientów została uleczona. To dobry wynik - mówiłam. 

09:52, transwizje
Link Komentarze (2) »
Archiwum