bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
piątek, 30 lipca 2010
I wsio
Ostatni nalot ludzi z miasta (mieszczan? mieszczuchów? miastowych?) wstrząsnął moim jestestwem, jak zawsze. Ponieważ przeważnie krótko to trwa, to i szybko otrząsam się z szoku, ale tym razem było tego trochę dłużej i więcej. Aż mi się pewnie ważne zworniki mózgowe przepaliły i stąd powstał kilkudniowy alcchajmer.
Krótko stwierdzić muszę: proces cyborgizacji miastowych postępuje z roku na rok tym szybciej, im ja większy opór temu stawiam, jaja licząc i ciągnąc kozy za cyc. Przepaść pogłębia się. 
Kilka uwag: miejskie cyborżańskie obyczaje nijak nie przystają do ludzkich na tradycyjnej wsi. Stowarzyszanie się w mieście jest inne, niż na wsi. To, co łączy mieszczan ze sobą to abstrakt, idea, moda, trend zbiorowy. Indywidualność w ich świecie to ściema. Polega na inteligentnym podpięciu się pod aktualnie panujące zbiorowe gusta i odgrywaniu przed widownią otoczenia obranego sobie wizerunku, niczym własnej osobowości. W środku panuje głucha pustka. Taki jest fakt.
Zabawa rodzi się wtedy, gdy otoczenie (widownia) przestaje być miejskie i wszelkie nitki pajacyków stają się grubymi powrozami w oczach ludzi ze wsi, żyjących nadal w najprawdziwszym realu.
Iluzja pożera miejskich ludzi i rodzi cyborgów, karmiących się obrazkową kulturą i żyjących na pokaz, nie w środku siebie.
Oni nie znają granic. Nie wiedzą co to własna miedza, próg własnego domu, świętość wnętrza. Potrafią wchodzić do obcych bez pukania. Nie wyczuwać niuansów i pory obiadu, obrządku. Gościna obowiązuje tylko w jedną stronę, w ich.
Nie rozumieją, że wokół trwa praca, codzienna, zwykła i obowiązkowa. I że coś za coś.
Nie spostrzegają oczywistości, faktów, lecąc umysłem cały czas za swoimi abstraktami. I za przyjemnością, która dla nich mieszka na wsi. Cóż za relaks na świeżym powietrzu!
Myją się pod prysznicem też rano, po ciężko spędzonej nocy w pościeli, do której weszli po dokładnej wieczornej kąpieli. Nie obchodzi ich skąd i gdzie leci woda, jak się ją grzeje i że można by ją inaczej wykorzystać ku szczęściu innych istot.
Brak ciepłej wody, konieczność pójścia do sławojki to są nieraz bariery nie do przejścia. Zwłaszcza dla dzieci i młodych cyborgów. Wieś jest w ich oczach światem z innej planety, niższym, i nie daj Boże, gdy lukrowany obrazek zaczyna śmierdzieć.
Toczące się wokół nich intensywne życie roślin, zwierząt i ludzi nie przedziera się do ich uabstrakcyjnionej świadomości. Rozmawiają górnolotnie na telewizyjne tematy nawet z chłopem, bo zwyczajnie nie umieją inaczej. Ten rozumie z tego tyle, że nie jest słyszany i rozumiany. Nawet język rozdwaja się, na miejski i wiejski. Cyborżański i ludzki. 
Świat miasta stał się NIESTETY - uniwersum dla jego mieszkańców, jakże kulturalnych i czystych. Kosmici w lesie, na polu, pod stodołą i oborą.
10:22, transwizje
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 lipca 2010
Pust-nie
To nie niewyspanie, bom dziś wyspana, a wciąż to samo wrażenie. Głowa jak balonik, w którym krążą dziwacznie jakieś prądo-gazy, nawet pusta więc nie jest. I trzecie oko w czole jak tarcza nastawione, mrowiące stale. 
17:41, transwizje
Link
środa, 28 lipca 2010
Dzianie
Dzieją się fajne rzeczy, ale niestety patrzę na nie zamglonym umysłem z powodu notorycznego przemęczenia i niewyspania. Był z wizytą Adam. Rozmowy do 4 rano. Przy tym codzienne koncerty na festiwalu do późna. Duża artystyczna uczta. Transylwanie, Czeremszyna z Todarem, Dikanda. Kolejnego dnia nasza sąsiadka, z pieśniami własnym głosem śpiewanymi. I wczoraj wieczór w Stowarzyszeniu, z grającymi na żywo madziarskimi Cyganami, którzy przy okazji wróżyli na boku wszystkim chętnym z cygańskich kart. Biesiada zacieśniła się przy kilku stolikach i członkowie zespołu przy akordeonie i bębenku śpiewali ze wszystkimi znającymi miejscowe piosenki. Trzeba było się wreszcie urwać stamtąd, bo rano dojenie i serowarzenie, i zarządzanie kozami w rui.
10:06, transwizje
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 lipca 2010
Życie
Ech, szczegóły. Pot, brud, smród, gówno, wymioty, muchy, larwy, gąsienice, pleśń, fermentacja, kwas, grzyb, wilgoć, ślimaki, zgnilizna, słowem tranzyt Wenus przez Plutona. I to jest istota życia. Plus krew.
22:05, transwizje
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 lipca 2010
Cud-nie
Obejrzałam film francuski "Lourdes". Ciekawy. Z wnioskiem: cud trzeba umieć przyjąć, otworzyć się w pełni na życie, a katolickie wychowanie zamyka mu drogę.
07:10, transwizje
Link
piątek, 16 lipca 2010
Sen
Na trawniku w środku naszej wsi pojawiła się młodziutka wrażliwa dziewczyna, na biało ubrana, szczupła Domicella. Bawiła się z maleńkim białym koźlęciem. Pojawiło się trzech kolesi pragnących ją potajemnie kontrolować. Szefował im młodzian spod znaku Skorpiona. Nawiązał kontakt w tej sprawie z wylegującym się pod pierzyną Antysemitą, Podejrzewanym o To, że Jest Żydem. Pierzyna płonęła. Wyjął z Domicelli, kiedy spała, wątrobę, w całości (pod wytłumaczeniem operacji), a Antysemita radził, w którym miejscu położyć wątrobę na pierzynie, aby się przypiekła i aby ją mógł zjeść. 
11:04, transwizje
Link Komentarze (12) »
niedziela, 11 lipca 2010
Losannie
Sen w nocy: Jary nie kryje się z tym wcale. Odpowiada co prawda niechętnie na ten temat, ale szczerze i zgodnie z prawdą. Znał Stanisława Koestnera. To był jego wieloletni towarzysz życia. Zginął 3 lata temu podczas jakiejś imprezy-akcji w obcej ambasadzie (tu widzę wielką przepołowioną salę, już po odbudowie). Był dziennikarzem. Jak im było razem? Hm, widywali się dość rzadko, tym bardziej dawno przestali bywać blisko. Jary, zajęty polityką wracał późno zbyt zmęczony do domu.
Z ciekawości wpuściłam wyśnione imię i nazwisko w google, ale nic nie uzyskałam, choć nazwisko należy do częstych. Jest za to Stefan Koestner, astrofizyk, pracujący przy eksperymencie w Lozannie.
15:46, transwizje
Link
czwartek, 08 lipca 2010
Dalnie
15 lutego 1999 roku. Miałam wizję "rozżarzonego czerwonawą, radioaktywną poświatą nieba na zachodzie. Pojawiły się przy tym w umyśle bezpośrednie informacje o ostatecznym złamaniu i zniszczeniu bariery rozciągającej się wokół Ziemi, utrzymującej dotąd wielkie rzesze ludzi w całkowitej ignorancji lub iluzji co do spraw ducha."
19 lutego 1999 roku. Anioł głosem papieża Jana Pawła II powiedział mi do ucha:  
- Wszyscy będą spokojnie zasiadać (wieczorem? w nocy? w ciemności?) przed telewizorami, kiedy niespodziewanie ujawni się straszna "zbrodnia". (Tu przemknęła mi myśl o nagłym upadku jakiejś ważnej, wpływowej osoby). To zaskoczy i zdziwi wszystkich. Po pierwszym szoku najpierw zapadnie cisza, ale później zacznie się hałas, zamęt i nic już odtąd nie będzie takie, jakie było.
1 marca 1999 roku. Zaczęłam czytać Apokalipsę. W nocy ukazały mi się odpowiedzi na pytania. 
"Zobaczyłam żołnierza w mundurze khaki i z hełmem na głowie. Jego twarz przypominała mapę, wydłużoną ku dołowi, składającą się jakby z dwóch części, w których rozpoznałam: u dołu Afrykę, u góry - południową Europę. Kontury lądów, okalających Morze Śródziemne były smoliście czarne, w środku wiele ciemnych cieni. Robiło to bardzo ponure wrażenie, bo wyglądało jak czaszka dziwnego, strasznego stwora. Wkrótce twarz-mapa przemieniła się w ludzką, człowiek ten miał jednak ohydnie długi, gruby i zakrzywiony ku dołowi, nochal." 
Kiedy zadałam pytanie o los religii chrześcijańskiej w Europie, "ujrzałam wieżę kościelną z naszego parafialnego kościoła. Jej szczyt był poszarzały, jak gdyby wypalony i pozbawiony dzwonu. Przypominał pusty, ziejący otchłanną ciemnością oczodół."
6 marca 1999 roku. Nad ranem poczułam najpierw intensywne wibracje w miejscach nad uszami, po czym nadeszły obrazy z przyszłości: "Smoliście i upiornie czarny mrok. Ziemia zasnuta przerażającymi chmurami, gdzie niegdzie tylko błyska blade światełko na obrzeżach chmur. Cienie budynków, wielkich bloków mieszkalnych. Od czasu do czasu rozbłyśnięcia światła pojedynczych, ręcznych latarek, tak jakby ludzie szukali się albo sprawdzali sytuację. 
Potem linia czasu jako podziałka na linijce. Wyraźnie zaznaczony na niej próg oddzielał jedno tysiąclecie od drugiego. Od strony przyszłości zmierzały ku progowi liczne podobne do siebie jak krople wody szare istoty, przekazujące mi teraz wiedzę o tym, co się będzie działo. Wystający próg zamienił się nagle w dołek, symbolizujący nagły, niespodziewany, ogromny, kilkuletni kryzys." 
28 marca 2000 roku. Sen wizyjny w głębokim transie. "Widzę jakby wąską uliczkę w Krakowie. Idę za plecami grupki kilku księży, która zajmuje prawie całą szerokość uliczki. Jacy oni szczupli i wysocy! Mają ze 3 metry wzrostu. Wszyscy inni przechodnie schodzą im posłusznie z drogi, nawet księża, malutcy przy nich jak karzełki, przeciskają się boczkiem przy rusztowaniach. Przez głowę przebiega mi myśl o jakiejś sekcie i jej potężnym przywódcy i wychylam się, żeby lepiej go zobaczyć zza pleców innych. Jestem taka niska jak dziecko. Jakaś postać idzie na czele grupy wysokich kapłanów (wszyscy jednak mają w sobie coś z wyglądu żydowskich rabinów) z rozłożonymi niby ptak rękami, szerokie rękawy w kolorze czerwonym tworzą skrzydła, wieje od niego wielką mocą, pomieszaną z grozą. Na głowie ma dziwny kaptur zrobiony ze skóry zwierzęcej, czapka, jak głowa drapieżnika, zachodzi mu na twarz. To bliźniak Bestii - odczytuję tak ten obraz. Oprócz niego idzie trzech innych, bardzo podobnych, i razem tworzą zwarty szereg. Za nimi podążają gapie. Tak, to sam prorok Daniel i jego trzej towarzysze! W końcu przeciskam się do przodu i wyrasta pode mną wielki pies, szary wilczur, niosąc mnie jak koń na swoim grzbiecie."
12 kwietnia 1999 roku. Poranek zaczął się wielkim biciem serca, a następnie przez głowę przeleciały mi obrazy wizyjne w nieznanym mi dotąd nastroju, porównywalnym z księgami prorockimi w Biblii.   
"Stojąc w oknie balkonu w mieszkaniu na piętrze wołałam ludzi, aby przyszli i zobaczyli, co się dzieje. Wiatr przywiał z bardzo daleka (chyba z południa) wielkie, ciemno-szare strzępy spalonej materii (wyglądało to jak norwidowskie "lecące szmaty zapalone"), które zahaczały o balustradę, antenę telewizyjną i leciały dalej. Wiedziałam, że są to resztki spalonych ludzi i ich domów." Pomyślałam: dojdą do was wieści z zagranicy o jakiejś okrutnej, ludobójczej zbrodni.
"Na ciemnym, ponurym niebie ujrzałam ogromną, jakby zatrzymaną błyskawicę, olbrzymią elektryczną iskrę, rozdzielającą świat na dwie połowy, od wschodu do zachodu. Potem górujący, krwistoczerwony sierp księżyca w nocy. Oba te obrazy były pełne grozy i majestatu. Takie wydarzenia zdolne są wprawić ludzi w  niewyobrażalną histerię. Potem na zachodnim niebie (co obserwowałam przez okno mojego domu, wychodzące na zachód) "otworzyły się upusty niebios" i spadały z nich wodospady ciemnej, brudnej wody z kamieniami, deszcz meteorów i potop błota. Chwilę później zobaczyłam dawniej zamieszkane, teraz bezludne, pełne gruzów i pływających śmieci wybrzeże. 
Na koniec ukazał mi się świat Nowej Ery. Tej wizji towarzyszyła niezwykła muzyka, podobna w nastroju do utworów New Age. Był jasny, słoneczny dzień. W oddali stało kilka kolorowych (zielonych, czerwonych) domków w kształcie zwykłych prostopadłościanów, w pobliżu których kręcili się młodzi ludzie. W płytkiej i bardzo czystej wodzie strumienia, płynącego obok taplało się nagie, szczęśliwe, uśmiechnięte może trzyletnie dziecko. Było jasne, że ci ludzie są całkowicie inni od nas, inaczej myślą, co innego jest im drogie. Oto "stara Ziemia przeminęła"  i nikt już tutaj nie ogląda się wstecz."
27 kwietnia 1999 roku. Sen wizyjny w głębokim transie ukazał mi dalszą przyszłość. "Najpierw będzie kilka lat kryzysu i nadzwyczajnej mobilizacji sił wszystkich ludzi, po którym przyjdzie pokój i wielka radość. Sucho, gorąco. Potem ujrzałam ogromny i groźny wir w ciemnym morzu (Morzu Czarnym?) i na moją głowę spadło z góry coś twardego, jak kamień i bezwzględnie niszczącego. Jak góra wody. Śmierć i zniszczenie. Nic z tym nie da się zrobić. Pojawiła mi się także data: 2020 rok, jako ważny dla mnie nieuchronny fakt. Dalej było mokro, deszczowo, coraz bardziej mokro, zaczęłam się bać, myślałam o jakimś dachu nad głową i ten lęk mnie obudził." 
14 czerwca 1999 roku. Sen wizyjny. "Zobaczyłam młodego mężczyznę w żołnierskim, polowym mundurze zwisającego głową w dół z helikoptera, był podtrzymywany za nogi. Wkrótce jednak stopniowo zaczął się zsuwać, jak gdyby ktoś go puścił. Powiało grozą, że spadnie, ale nie! Wisiał tak do góry nogami w powietrzu, niczego się nie trzymając! Pomyślałam, że właśnie użył energii antygrawitacyjnej. Wtedy rozległ się w moich uszach wredny, szatański śmiech tego człowieka, chichot bestii, wstrętny. 
Tymczasem niżej, jakby na jakiejś półce (cała akcja działa się w olbrzymiej, starożytnej, kamiennej sali) stał niewysoki, grubawy zakonnik w beżowym habicie, który rękoma robił jakieś znaki. Ujrzałam pył czystej, złotej energii rozsypujący się wokół niego. W pewnej odległości, jakby w tle, stał jeszcze ktoś, mnich, ale wysoki, szczupły, ubrany na czarno, słabiej widoczny, podobny do jego cienia. 
Wkrótce człowiek wiszący głową w dół zaczął zwolna opadać." 
29 kwietnia 1999 roku. Wieczorem przeglądałam atlas geograficzny i wpatrywałam się intensywnie w mapę Europy. W nocy weszłam w głęboki stan wizyjny, podobny do tego, w którym zobaczyłam wcześniej znaki przyjścia Pana. 
"Ukazała mi się płaska, przypominająca trójwymiarową, kolorową płytkę mapa Europy, unosząca się na wodach oceanu. Duża część kontynentu od południa zaznaczona była ciemnym kolorem. Cień pokrywał półwyspy Apeniński i Bałkański, Wybrzeże Dalmatyńskie, połowę Francji i tylko niewielkie wyspy na północy oraz cała Wschodnia Europa świeciły jasną, słoneczną barwą. Polskę oddzielał od strefy cienia jedynie wąski paseczek lądu. Kiedy przyglądałam się temu - płytka kontynentu nagle mocno zadrżała i podniosła wody Morza Śródziemnego, zalewając znaczny obszar Półwyspu Apenińskiego i południowej Francji. Mój wzrok przesunął się nad całą planetą (przypominającą kolorowy globus) i zobaczyłam, że ziemia trzęsie się także po drugiej stronie półkuli, w okolicach Ameryki Środkowej i Północnej. Kontynent amerykański zaczął się gwałtownie zmieniać, a wody oceanu wtargnęły daleko w głąb lądu.
Następny obraz to zapełniony ludźmi stadion piłkarski. Przyglądałam się zgromadzonej widowni  jak gdyby okiem kamery, rejestrującej wydarzenia, raz robiąc plan ogólny, a innym razem zbliżenia obrazu. Na widowni zauważyłam puste miejsca, nieliczne i przez to niewidoczne z daleka. To byli ci, którzy znikną na zawsze z materii, mistrzowie Gry. Widownia obrazowała resztę ludzi, którzy w wyniku Wielkiego Meczu dostąpią ewolucji świadomości. Było tam wiele młodych, radosnych, niesamowicie szczęśliwych osób. Chwilę potem ujrzałam boisko piłkarskie, przedzielone kreską pośrodku. Obydwie jego części błyszczały oślepiająco białym światłem, co oznaczało zbliżające się ostateczne zwycięstwo ducha nad materialną ciemnością."
Kiedy odzyskałam kontakt z fizycznym ciałem, moje uszy rejestrowały jeszcze długo przetworzone przez nadświadomość dźwięki płynące z ulicy. Ilekroć przejeżdżał jakiś samochód, jego warkot odbijał się jak gdyby od licznych cienkich płytek anteny telewizyjnej, zamontowanej na balkonie i docierał do mojego umysłu jako chóralne, pełne entuzjazmu okrzyki wielkiej rzeszy młodych ludzi zgromadzonych na stadionie: Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy! Okrzyki te słyszałam wyraźnie nawet po otwarciu oczu i całkowitym oprzytomnieniu.
18 maja 1999 roku. Przed zaśnięciem zapadłam w odmienny stan świadomości, część mnie była na wyższym poziomie wibracji, ale świadomość jawy utrzymywała zwykłe rozeznanie, co dawało pewne spięcie i niemożność skupienia się. Pojawiały się wewnętrzne obrazy, które wyrywały mnie natychmiast ze snu. Cały czas była w nich przestrzeń. 
W ten sposób - nagły i wyrywający - "ukazało mi się wnętrze wielkiego, gotyckiego kościoła. W miejscu ołtarza stała bardzo szczupła i wysoka aż po sklepienie, kilkumetrowa postać Pana, z ośmioma długimi, cienkimi rękami. Uśmiechał się pięknym i subtelnym uśmiechem młodego Syna Boga, o twarzy podobnej do Babajiego, którego znam z fotografii. Temu obrazowi towarzyszył niezwykły nastrój wcielonej bożej mocy, nie do opisania słowami." 
28 maja 1999 roku. Sen wizyjny: "zobaczyłam dwie długie, starożytne, śródziemnomorskie ulice. Wiele domów było zburzonych, zaniedbanych i wyludnionych. Obok nich rosła gęsta i wysoka, nie strzyżona trawa. Prażyło ostre letnie słońce. Nieliczne grupki ludzi wałęsały się bez celu. Wiedzieli, że umrą i urządzali sobie orgie w rodzaju weneckiego karnawału śmierci z okresu epidemii dżumy."
8 lipca 1999 roku. We śnie wizyjnym ujrzałam "Włochy ogarnięte niesamowitymi, gwałtownymi przemianami pod wpływem terroru czarnego niszczyciela, zmuszającego kapłanów do samobójstw. Zobaczyłam grupę czarno ubranych mnichów, na pół spalonych i żywcem rozkładających się. Wstrętnych, z pałającymi demonicznie oczami, którzy w nasuniętych na głowy kapturach, wchodzili jeden za drugim po schodach w górę. Straszna, szatańska sekta rodem z najgłębszego piekła, wychodziła na powierzchnię, pnąc się stopniowo do władzy." 
Innym razem, jako kontrę wobec tamtej siły ujrzałam "na tle morza ognia potężnego, walczącego rycerza w srebrzystej zbroi. Wizja grupy rycerzy, młodych ludzi w hełmach, pancerzach, w płaszczach z krzyżami  i niebieskich dżinsach powtórzyła się kilkakrotnie."
6 września 1999 roku. Sen wizyjny: "ukazały mi się cztery małe, bliźniacze ludziki (niczym czterej bracia Kumarowie), staruszkowie, drobne karzełki z idealnie okrągłymi, jak dno kieliszków, wytrzeszczonymi oczami bez powiek. Wprowadzali mnie do czegoś podobnego do wielkiej instytucji charytatywnej. Powiedzieli, że to coś strasznego, co musi się wydarzyć, a czego wszyscy się boją, będzie służyło wielkiemu dobru w przyszłości i żeby starać się nie bać, ufać i w pełni zaakceptować ten proces." 
25 marca 2000 roku. Wizja: "zobaczyłam grupę młodych, roześmianych postaci młodziutkich dziewczyn i chłopców ubranych w przedziwne stroje, rodzaj szat z owiniętej wokół ciała lekkiej materii od stóp do głów, w kolorze jasnej krwi. Biegły przed siebie, wśród beztroskich chichotów i przekomarzań, nawołując się: 
- Obywatelko, obywatelu, chodźmy pobawić się na tym dziwnym cieniu... 
Usłyszałam w głowie komentarz: "To pokolenie 96..." i ujrzałam, że na spotkanie grupki czerwonych postaci wyszła grupka podobnych ludzi ubranych w czerń. Czarni poprosili: 
- Użyczcie nam swoich pędzli do malowania (chcieli się przemalować na czerwono), ale czerwoni kategorycznie odmówili im jakiejkolwiek pomocy i zgodnie odwróciwszy się do tamtych plecami, odeszli."
Trochę później, w czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah, którejś nocy obudziłam się w transie. "W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, z JHWH i że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć, każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0."
Kilkanaście tygodni później jeszcze raz pojawił się w moim pokoju podobny podmuch wiatru, a z nim jakaś istota, w której wyczułam mężczyznę. Poprzedziła go wizja karty Tarota Gwiazda (przedstawiająca siedem gwiazd wokół ósmej, zjednoczonej z dziewiątą), do której głos dał taki komentarz: 
"Wszyscy są zaprogramowani na Nową Erę. Program uruchomi się w określonym czasie."
Coś mnie wtedy zaniepokoiło i spytałam w myślach: 
- Kim jesteś? - a on odpowiedział, przysiadając na chwilę na brzegu tapczanu: 
- Pan - i w tym momencie wszystko zniknęło. 
26 września 2001 roku. Obudził mnie głos szepczący mi wyraźnie do prawego ucha: "Około (37)79 roku znowu zostaną założone hodowle klonowanych ludzkich hybryd. Wszyscy jednakowi jak krople wody. Takie będzie wyzwolenie na krótko spętanego łańcuchem smoka. Szeptowi towarzyszyło pulsowanie tuż przy uchu, jakby niedużej kulki energii." Wiadomość nie wiem czemu wstrząsnęła mną.
(Fragment mojego dziennika wizyjnego zamieszczonego w "Przemianach w ultrafiolecie", 2002, Wydawnictwo Brama)
06:12, transwizje
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum