bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
piątek, 31 lipca 2015
Matrixowo

Trudno mi opisać to zgaszenie humoru, uczucie inności, które się zaraz pojawiło i nie znika, albo zmniejsza się na dość krótko. I strach, który dławi. Na nowo. Sprowadzając na ziemię absurdalne historie. Otóż wczoraj wieczorem A. dostała silnej gorączki, 38 stopni czy tak jakoś. Wyjazd do Wawy upiekł się. Dziś wylądowała u lekarza. Ten badając ją, odkrył na jej plecach kleszcza. Stwierdził co prawda zapalenie oskrzeli, ale teraz nie wiadomo co może być jeszcze. Wydostanie pajęczaka ze skóry przypominało horror. Poleciała krew. Rankę zaklejono plastrem. Winowajcę wyrzucono, zamiast dać do zbadania. Nie pomogły tłumaczenia, że w domu mamy specjalny przyrząd i to nie problem wydostać bezboleśnie tego owada. Trudno.

Zatem dostała antybiotyk i osłonę do niego. A mnie znów zaczęło mdlić. Ze stresu, jak przypuszczam. W każdym razie udało mi się dopiero zjeść kanapkę z szynką. Zasmakowała mi. Wegetarianizm diabli wzięli. Próbuję obejrzeć "Matrix".

16:17, transwizje
Link Komentarze (4) »
czwartek, 30 lipca 2015
Bezgorączkowo III

Ponieważ A. musi jechać do stolicy w sobotę wciąż mam problem, oddać się czy nie w ręce szpitala choćby na wszelki wypadek w tym czasie. Wczoraj było ze mną dość marnie do popołudnia. Aż nagle usiadłam w łóżku i zagłębiłam się w lekturze "Ksiąg Jakubowych" na zaskakujący długi czas. Przeczytałam jakieś sto stron. Po czym zawołałam laptopa i jeszcze z jakąś godzinkę słuchałam Cohena i czatowałam z Monią. Jestem jej wdzięczna za zainteresowanie. Jak mnie zobaczy na fejsie zaraz się pyta o moje samopoczucie. 

Dzisiaj od rana było zaskakująco lepiej. Zjadłam śniadanie po raz pierwszy od wielu dni, zamiast banana zupę na płatkach ryżowych z odrobiną mleka. W południe wchłonęłam owego zaległego banana, a po kilku godzinach kanapkę, styropianową z dżemem jabłkowym z cynamonem, popijając herbatą lipową. Wkrótce zawołałam obiadu i zjadłam pół miseczki zupy warzywno-kurkowej na oleju. Piję też dużo w przerwach wody przegotowanej z cytryną (czuję, że to ma sens) i trzy razy dziennie łyżkę wody z trzema kropelkami wody utlenionej. Ten medykament biorę od wczoraj i od wczoraj notuję polepszenie. Gorączka prawie zanikła. Co kilka godzin jednak odczuwam jakby opuchnięcie głowy, przykładam sobie wtedy ręce i robię zabieg reiki. Pomaga. 

Osłabienie się utrzymuje bez większych zmian, czasem wpadam w panikę, ale hipochondria dręczy mnie od dziecka, więc staram się nie przejmować. Potrafię samą wyobraźnią wyprodukować w sobie odczucie każdego objawu, więc najlepiej jest, gdy czytam albo piszę, albo rozmawiam. Odruchy wymiotne na zapachy znikły praktycznie.

17:04, transwizje
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 lipca 2015
Gorączkowo II

Jestem po dwóch dniach rozbijania się po lekarzach. Wczoraj wizyta u lekarza miejscowego, bardzo leciwego, bo minęła mu już dawno osiemdziesiątka. Obadał mnie, osłuchał, ślad po kleszczu obejrzał, zmierzył mi ciśnienie i dał skierowanie na prześwietlenie w szpitalu powiatowym, bo dosłuchał się jakichś szmerów w płucach. Zajechałam do miasta już dość późno, prześwietlenie zrobiłam, ale nie było już odpowiedniego lekarza, żeby je opisał. Dzisiaj więc z ledwością wyciągnęłam się z łóżka i znowu tam pojechałam. Odebrałam wynik, nic nie znaleziono w płucach i poszłam zapisać się na zakaźny. Kolejka nawet niewielka była, a lekarka bardzo miła. Obadała mnie, ostukała, sprawdziła odruchy neurologiczne i dalejże mi proponować pozostanie w szpitalu na obserwacji. Bo podejrzewa jednak pierwszą fazę zapalenia mózgu. Udało mi się wykręcić, bo gospodarstwo na głowie, wymaga w razie czego zorganizowania prac. Dostałam zatem skierowanie na oddział do ręki, w razie, gdybym poczuła się gorzej, zapis na kolejną wizytę u lekarki za tydzień, jeśli wszystko będzie dobrze szło, no i wysłała mnie na badanie krwi. Udało się je zrobić w ostatniej chwili, bo laborantka już zamykała biznes. Żadnych lekarstw. Oprócz jakichś przeciwzapalnych popularnych typu Ibuprom.

Po powrocie do domu, cała w dreszczach walnęłam się do łóżka z gorącym termoforem. I zasnęłam. Obudziłam się w lepszym nastroju i z nawrotem siły. Coś tam pomagam w kuchni. I_Cing wieszczy 21.3 na 30. Jestem dobrej myśli mimo wszystko. Piję duże ilości przegotowanej wody z cytryną. Bo witamina C syntetyczna obciąża mi nerki. Jem banany i trochę lecza, mam wstręt do cięższych potraw. Reaguję też wymiotnie na ostre zapachy jedzeniowe. Choć z tym jakby już lepiej.

15:57, transwizje
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 lipca 2015
Gorączkowo

W piątek, na pierwszym koncercie festiwalowym chłodnym wieczorem nagle zrobiło mi się bardzo zimno. Nie wystarczyły nawet trzy bluzy na sobie. W nocy, niedługo po powrocie i słowackim 7-letnim czerwonym winie wypitym z Jurkiem, dostałam silnej gorączki. Rano zmierzyłam temperaturę, 39 stopni. Nie byłam w stanie wyjść do obrządku. Dziś drugi dzień gorączkowania. Nie ma przy tym innych objawów grypy. Nie boli mnie gardło, ani nie mam kataru, rzadko kaszlę. Trochę bolą mięśnie, czasem głowa. Głównie jest gorączka i poty, czasem dreszcze, osłabienie. Biorę witaminę C, Ibuprom i pyralginum od wczoraj wieczorem. Jakieś dwa tygodnie temu znalazłam na sobie rano kleszcza, wgryzionego w lewy wierzch stopy. Jeśli to nie borelioza, bo charakterystycznego rumienia jednak nie ma, to możliwa jest pierwsza faza zapalenia mózgu. Należę do ludzi, którzy chorują prawie bezgorączkowo. Ponad 39 stopni miałam tylko raz w życiu, w dzieciństwie, gdy chorowałam na grypę hiszpankę.

17:13, transwizje
Link Komentarze (3) »
niedziela, 12 lipca 2015
Dworcowo

Sen wizyjny: rzecz działa się najpierw na rynku w mojej rodzinnej miejscowości, gdzie kończyła się właśnie impreza rocznicowa. Ludzie już zaczynali rozchodzić się do domów. Odjechało na drezynie stoisko z lodami, na które miałam ochotę. Miałam nadzieję, że jeszcze wrócą, ale już nie wrócili. Były inne stoiska, oferujące słodkie bułeczki i ciastka, ale nie interesowały mnie. Potem znalazłam się w gronie uczniów jakiejś klasy na lekcji religii. Pojawiłsię ksiądz o bardzo niemiłej prezencji i wyrazie twarzy. Surowy, ortodoksyjny, karzący za byle co. Od razu podniosłam temat, że nie wszyscy w klasie jesteśmy wyznania katolickiego. O, np. jedna dziewczynka jest ewangeliczką. Ksiądz zrobił oburzoną minę i zaczął rozpytywać ową dziewczynkę. Znów wzięłam ją w obronę, mówiąc, że w klasie jest też kilku prawosławnych, a ja jestem ateistką na przykład. I nie życzę sobie wysłuchiwać pouczeń księdza katolickiego. Mocno mnie ta pseudo-dyskusja podjarała. 

Potem szłam ulicą w mieście P. na dworzec, chcąc kupić bilet, chyba do domu. Przejrzałam wszystkie kieszenie i niestety, znalazłam jedynie kilka grzybków, już podsuszonych, które miały wartość bilonu, ale nawet nie wiedziałam ile konkretnie. Bilet był droższy. Nieco tym stropiona spotkałam nagle na ulicy mojego ojca. Wyglądał trochę inaczej. Wysoki, szczupły, wyprostowany, miał wszystkie zęby, choć wszystkie zażółcone, uśmiechał się serdecznie, tak jak zawsze potrafił. Spytał co się stało. Opowiedziałam, że brakuje mi kasy na bilet. Dał mi potrzebną kwotę bez problemu. Wiedziałam, że niedługo już pożyje, że ma zdiagnozowaną śmiertelną chorobę, ale on wcale się tym nie martwił. I zaraz zaczął dzwonić z komórki do jakiegoś swojego przyjaciela. Mówił mu:

- Adaś? Jak dobrze, że cię słyszę! Zawsze mi ciebie brakuje, nie wątp w to!

Dworzec okazał się wielkim budynkiem. Czekając na autobus wewnątrz trafiłam na jakieś przedstawienie teatralne. Przeszłam chyłkiem za kulisami, żeby nie było widać mnie z widownii trafiłam na jej tyły. Bohaterem przedstawienia był jakiś chory na białaczkę pijaczyna, prosty człowiek, którego jakaś lekarka usiłowała wyleczyć. Mężczyzna ów wielokrotnie upadał w nałóg i chorobę i potem dźwigał się z niej, choć wszyscy wiedzieli, że w końcu umrze, nie ma mocnych. Na widowni siedziało grono jego fanów i wznosili okrzyki co jakiś czas wspierające go w naprawie zdrowia i życia. Ubrani byli na biało, z czerwonymi dodatkami w postaci lamówek na niektórych elementach stroju. Przemknęłam się między nimi, po drodze znajdując zagrzebane w piasku pieniądze, bilon, ale kilka sztuk. Przezwyciężyłam pokusę wzięcia ich ze sobą, zostawiłam. Potem znalazłam się w poczekalni. Autobus miał już niedługo podjechać na stanowisko. Tymczasem moje stadko gęsi, które dreptały za mną wiernie w tłumie nagle znikło. Wróciłam się ich szukać, zaglądałam pod ławki, między torby podróżne. Żadnego śladu. W końcu zdesperowana zawołałam na całą salę: 

- Zginęły moje gusie. Proszę mi pomóc w szukaniu! Rozejrzyjcie się państwo wokół siebie, czy ich koło was nie ma.

I z tym uczuciem zawieszenia i nadchodzącej szybko konieczności decyzji obudziłam się.

09:52, transwizje
Link Komentarze (2) »
Archiwum