bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 30 sierpnia 2005
Koniec
Najpierw opowiedziała mi swoje trudne doświadczenia związane z ojcem i jego sknerstwem, już raz opuściła mieszkanie i tułała się po przedmieściach gdzieś w  wynajmowanych piwnicach domów, teraz znów stary chce ją oszukać i zebrać należną jej kasę, a może nawet ją wydziedziczyć. Potem zadzwonił telefon i słuchałam jak krzyczy do słuchawki wiekim, wzbierającym buntem i rozżaleniem głosem:
- Nie, to koniec, KONIEC, nie dam sobą więcej pomiatać! Nie przyjdę, widzieliście mnie ostatni raz w życiu, NIE PRZYJDĘ!!! Koniec, skończyło się, do widzenia! Słyszycie? KONIEC!!!
- Jak wygląda twoja macocha? - spytałam, gdy odwiesiła słuchawkę i wypłakała się już w łazience.
- Sześćdziesiątka, szczupła, nieduża, w okularach...
10:37, transwizje
Link
poniedziałek, 29 sierpnia 2005
Stare buty
Kwadra Księżyca w Bliźniętach (przypomnę: podczas nowiu była wizyta duchów, opowiadających morderczą historię z 1945 roku, a podczas pełni - trafiłam na miejscowy cmentarz) rozpoczęła się wisielczym humorem. Podczas drogi do chatki z moich ust leciały same "opowieści dziwnej treści", tj. wspomnienia z różnych krwawych wydarzeń, o których słyszałam w dzieciństwie i kiedykolwiek później. Podczas drogi powrotnej bolała mnie głowa (rzadka u mnie przypadłość) i zwidywała mi się jakaś demoniczna, szaro-czarna gęba. Przyjrzałam jej się szczegółowiej i stwierdziłam, że się nie porusza i właściwie jest to jakaś maska w stylu horror, a nie żywa istota. Niemniej pojawiła się myśl, że znowu borykam się z jakimiś cudzymi energiami duchowego uzależnienia i one nie popuszczą, póki tego nie rozwiążę w niewidzialnym świecie. Coś ewidentnie przyczepiło się do mnie, psując mi dobry nastrój.
Dziś długi sen wizyjny. Kwestia zasadnicza wiązała się w nim z zaistnieniem w tzw. środowisku, w którym można by korzystnie prosperować i zyskiwać przyjemne "głaski" od podobnych sobie. Mimo, że udało mi się trafić do tej zaczarowanej restauracji, to jednak nie było w niej dla mnie stolika i nikt z kelnerów mnie nie zauważał. Zdecydowałam się stamtąd ostatecznie wyjść, lecz na progu budynku przypadkiem usiadłam na przyczepie samochodu, jadącego gdzieś na bogate przedmieścia, gdzie wśród wielu podobnych domów stała rezydencja prze-sławnego Pawła Kukiza, który grał z zespołem Petera Gabriela. To niespodziewane szczęście skończyło się pechowo, bo mnie stamtąd zwyczajnie wyproszono. Wtedy zaczęła się powtórka z rozrywki. Znów trafiłam do rzeczonej restauracji i spotkałam tam starszą panią w okularach, która zdecydowała mi się pomóc i życzliwie zaprowadziła mnie w głąb sali. W bufecie dokonywano jednak pewnych zakłamań. Tańsze ciastka serwowano stałym bywalcom, a ciastka za 307 złotych nowym, takim jak ja. Kiedy zapragnęłam zjeść taniej powiedziano mi, że cena jest jednakowa dla wszystkich, tylko porcje różne. Uwierzyłam. Gdy odwróciłam się ku sali nigdzie nie zauważyłam mojej starszej pani, znikła. Znowu zostałam na lodzie. Postanowiłam się wycofać sama, zanim mnie stąd usuną i odnalazłam swoje buty, stare, zużyte adidasy, które zdjęłam na progu sali (jak wszyscy goście), aby je włożyć i wyjść. Wtedy nagle odnalazła się "moja pani", lecz zaczęła zachowywać się dziwnie histerycznie. Miałam wrażenie, że wpadła tu na chwilę przed śmiercią, że może nawet już umarła, ale udaje jeszcze żywą, słaniała się i omdlewała, po czym stawała na nogi i rozmawiała ze mną w miarę trzeźwo. Koniecznie nie chciała dopuścić, abym włożyła na nogi swoje adidasy i odeszła. Nagle porwała mi je i uciekła gdzieś na zaplecze, skąd gapiło się na mnie z ciekawością kilka podobnych jej osób, a mnie zostały w rękach jedynie jej stare, ciemne okulary przeciwsłoneczne. Poczułam dziki bunt, tak nie powinno się dziać! Zaczęłam z całej siły krzyczeć wysokim, wzbierającym wewnętrzną siłą głosem. I na tym obudziłam się, czując jak otoczyły mnie silne, magiczne energie, generowane głównie przez kobiety, nazywające się czarownicami, z których nie sposób znaleźć wyjścia innego, niż oddanie się w obronę samemu Bogu. Co natychmiast uczyniłam. 
10:57, transwizje
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 sierpnia 2005
La la la
"La la la, Bóg mnie nie ukara!" - to słowa z piosenki, którą usłyszałam dzisiaj we śnie wizyjnym. Było w nim o jakimś mężczyźnie "z twardą głową" (hm, cholera, wspomniałam w poprzedniej notce o waleniu kijem w plecy podczas medytacji zen, chyba ma to związek znaczeniowy), którego waliłam w głowę kijem, chcąc go zabić, gdyż usiłował zgwałcić jakąś moją koleżankę, ale on zamienił się jedynie w krwawą, potem pomarańczową miazgę, rozpuścił się i potem pojawiał a to jako jakieś zwierzę, które akurat zjadło roślinkę z miejsca tego rozpuszczenia, a to jakaś osoba, która to zwierzę pokonała i także zjadła. Nie dawało się cholernika nijak wykasować. Na koniec zaś zajął mieszkanie swojego przyjaciela, który zginął w wypadku samochodowym na autostradzie, sprawdził wszystkie zakamarki, czy aby nie ma śladów krwi, lecz nie było i napawał się przyjemnościami lata, śpiewając to, co powyżej: "La la la, Bóg mnie nie ukara!"...  
13:16, transwizje
Link
Święte głupstwa
Źle znoszę wszystko co jest sztuczne, wykreowane, "praktykowane". Dlatego pewnie nigdy nie chodziłabym wokół drzewa z przytupem, przytup zbyt by mnie rozśmieszał i dekoncentrował. W ogóle medytuję sporadycznie, tylko wtedy, gdy czuję taką potrzebę. Może wstyd się przyznać, ale obecnie robię to bardzo rzadko. Właściwie nawet trudno to, co wtedy robię nazwać medytacją, a raczej modlitwą, rozmową z sobą i z Bogiem we mnie. Kiedyś owszem, medytowałam w ciszy często i potrafiłam wytrwać w medytacji nawet kilkanaście godzin, a z przerwami na posiłek, sen i jakieś oklepane czynności - kilka dni. 3 lata temu  sesja zen dla zainteresowanych w pewnym ośrodku warszawskim (na którą zaciągnęła mnie Niejaka) trwająca dwie godziny była dla mnie za krótka, dopiero zaczęłam się rozgrzewać, ale osiągnęłam łatwo stan zbliżony do satori, czego kilka osób chyba mi zazdrościło (widziałam po ukradkowych spojrzeniach grupki mężczyzn z otoczenia mentora, który w najważniejszym momencie zaczął walić mnie po plecach kijem), a wielu było zdumionych i zgoła wystraszonych efektem (mówili to). Kiedy potem opowiedziałam tę historię dwóm zenowcom, praktykującym od wielu lat, obaj niezależnie od siebie z jakiegoś powodu mocno się zirytowali, stwierdzając, że popełniłam mnóstwo kardynalnych błędów i na pewno to nie było żadne satori. Na moje pytanie jednak, jak w takim raze owo satori wygląda, żaden nie umiał odpowiedzieć i wymigali się sloganami, wykutymi na pamięć. Co ciekawe, z oboma rozmawiało mi się jak "ze ścianą".
Kiedy juz jednak medytacja sama się dzieje, to spontaniczny moment sam mnie porywa i są to - tak, teraz to dopiero widzę - każdorazowo ingerencje wyższych sił, istot, które chcą mnie w coś same "wplątać"... (np. wizyta Starca Czasu była poprzedzona taką spontaniczną medytacją cały wieczór). Nie potrzebuję do tego siedzieć, wąchać kadzidełek, liczyć, mantrować, słuchać ciszy, czy muzyki itp. albo też tupać nogami. Mogę wtedy robić cokolwiek, nawet rozmawiać o głupstwach. Każdorazowo zerknięcie potem w tranzyty planet wyjaśnia mi całkowicie zasadność pojawienia się takich przeżyć.
12:36, transwizje
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 sierpnia 2005
Święte drzewa

W chatce mam ich co najmniej kilka, domek stoi pod trzema dorodnymi dębami. Tej niedzieli odbyłam spacer do rezerwatu puszczańskiego, który znajduje się w odległości 3 km i znalazłam w nim święty gaj wokół ogromnego kilkusetletniego dębu, którego pień zdaje się ginąć w zielonym niebie, dosłownie - wniebowstępować. Jakieś sto lat temu ktoś posadził wokół niego cztery graby, w zgodzie z kierunkami świata, robi to teraz duże wrażenie.
Z moich ostatnich spotkań z duchami i wcześniejszych wizji, których bohaterami były ogromne stare dęby wynika, że las mówi do mnie i opowiada zaklęte w sobie smutne, krwawe i okrutne historie, których na polskim wschodzie wydarzyło się bardzo wiele. Być może jest to jedna z głównych przyczyn, dla których uciekam z labiryntu szklanego miasta, ta rozmowa z drzewami, które opowiadając jednocześnie jednak chronią i leczą naszą "potępioną zbiorową pamięć", która z jakiegoś powodu, a może bez żadnego powodu wyświetla się akurat w moim umyśle.
Dęby - najpierw ukazujące mi się w snach, teraz na jawie - są strażnikami karmy narodu, mędrcami i starcami czasu, przywołały mnie tu i wierzę, że zapoznają mnie całkowicie ze swoją Wiedzą. 

NInf dzisiaj pisze a propos, nic wcześniej nie wiedząc o mojej wycieczce: "Oto sposób jednoczenia się z drzewem, który niejednokrotnie stosowałem. Linie energetyczne łączące rdzeń pnia drzewa wychodzą z centrum tak jak gałęzie i są lekko zwinięte w prawo. To jest powód obchodzenia drzewa w lewo, tzn. chodzimy wokół drzewa, mając je po swojej lewej rece. Obchodząc drzewo dość mocno, ciężko stawiamy stopy, tak żeby odczuwać lekkie drżenie ciała. Chodzenie z przytupem to stara praktyka indiańska zwana medytacją na chodząco. Wybieramy sobie za partnera mocne drzewo, ale nasycone pozytywną energią. Może to być dąb, buk, brzoza, sosna, świerk, w żadnym wypadku wierzba, olcha albo topola, bo te mają negatywną energię i nam nie pomogą, one rosną na stojącej wodzie, a to nie jest korzystne.
Przyjaźniłem się zazwyczaj z dorodnymi sosnami, których gałęzie najniższe były na tyle wysoko, że nie musiałem się kulić, tzn. najniżej na poziomie 2 m. Najpierw usuwałem szyszki i drobne uschnięte gałęzie. Gdy już miejsce wokół pnia było przygotowane zapalałem kadzidełko, ale to nie jest konieczne, mnie to pomaga w transie.
Rozpoczynam od przywitania z drzewem, poprzez objęcie pnia jak kochanego człowieka, następnie formułuję problem, który mnie męczy. Następnie zaczynam chodzić wokół pnia najbliżej jak to jest możliwe, mając pień po lewej stronie. Kiedy chodzę z przytupem, w którymś momencie moje myśli ulatują, mam pustkę w głowie, jestem w stanie medytacji, całkowicie gotowy na przyjęcie wiadomości z drugiej strony. Kiedy myśli zaczynają wracać, po 5, a czasem po 15 i więcej minutach przestaję okrążać drzewo, siadam tyłem do pnia, jeżeli jest wilgotno to kucam, opierając się plecami o pień, ważne jest zachowanie możliwie bliskiego kontaktu kręgosłupa z drzewem i zamykam oczy. Często przeżywałem wyniesienie na szczyt aury drzewa, co daje niebywałą przyjemność, polegającą na oglądaniu okolicy z lotu ptaka, bo aura drzewa ma czasem setki metrów. Kiedy już czuję, że czas skończyć obcowanie z drzewem powoli otwieram oczy i wychodzę z medytacji. To dla mnie przykry moment, bo nagle jestem poza głosem drzewa, a dźwięki świata ludzi są takie płaskie... Znowu obejmuję drzewo jak kogoś bardzo bliskiego, dziękuję mu za  pomoc i żegnam się do następnego spotkania.
Jeżeli zaprzyjaźnisz się z jakimś drzewem, to nie obarczaj go swoimi problemami zbyt często, bo może zachorować, a nawet umrzeć, więc lepiej mieć więcej przyjaciół wśród drzew. A jeżeli jeszcze do tego znajdziesz w okolicy miejsce siły i być może święty gaj, albo jego niedobitki, bo ludzie całkiem zapomnieli dlaczego te gaje były święte, to pomoc drzew będzie jeszcze wieksza. A w chwilach dobrego samopoczucia zrób spacer po lesie i obudź parę drzew śpiących w twoim lesie, wołając je po imieniu, np. sosno kochana, obudź się! i stuknij w pień dość grubym kijem trzy razy, ale nie budź go dwa razy, bo się obrazi za twój brak szacunku, przecież juz nie śpi.
Praktyka z drzewem pozwala nam w dwojaki sposob oczyścić nasze ciała subtelne, zwłaszcza eteryczne i astralne. Eteryczne czyści medytacja w trakcie chodzenia z przytupem, a eteryczne - linie energetyczne drzewa, które czyszczą naszą aurę jak szczotka. Regeneracja, samooczyszczenie, po takim prezencie trwa dość długo i dlatego staram się z jednym drzewem pracować niezbyt często, najczęściej co 5, może 6 tygodni.
Masz las pod nosem, zaufaj drzewom. Z pozycji wierzchołka drzewa zobaczysz co się dzieje w czasie rzeczywistym wokół, ale jeżeli będziesz chciała bez chcenia i przywiązania do rezultatu (czyli bez emocji) to możesz wrócić do czasów dawno żyjących, albo jeszcze nie narodzonych ludzi."

11:36, transwizje
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2005
List w butelce
Zmiana miejsca, zajęć i celów, podyktowana przez duchyopiekuńcze i tranzyt Urana przez punkt IC (korzenie u dołu nieba), naprzeciw Plutona na MC (w zenicie) w moim horoskopie urodzenia prosi o jakiś rodzaj podsumowania mijającego właśnie, prawie 5-letniego okresu, który nazwę "warszawskim".
Doświadczenia twórcze:
-  nowa technologia (komputer i internet) w zamian za nieczęste, ale za to intensywne związki przyjacielskie w czasach mieszkania w domu rodzinnym na prowincji przyniosła łatwość komunikacji, wielu przypadkowych, ale i krótkotrwałych znajomych, powierzchowność dyskusji i przemyśleń oraz iluzję, że "czegoś się dowiem", "coś fajnego doświadczę", "kogoś ciekawego poznam" może dziś, jutro, pojutrze... to się nie dzieje i nigdy nie zadzieje, taki jest fakt.
- rosnąca niechęć do tzw. "środowisk branżowych"; nie żeby coś przykrego mnie spotkało, ale nic nadzwyczajnego stąd nie płynie, ino fałszywy podziw, bądź niezrozumienie od różnych typów charakterów i sposobów myślenia, tudzież wzorców miejsko-kulturowo-cywilizacyjnych twardo wbitych w umysły uprzejmych i nie dopowiadających niczego do końca ludzi, a są mi one głęboko obce od zawsze, jednym słowem: "strata czasu";
- pewność: nie przystaję to żadnego świata. Wychowana na wsi nie pasowałam do swoich rówieśników i ich sposobów na życie, szukałam daleko i przyjaciół i inspiracji, a kiedy trafiłam do miasta i mogłam "to" mieć, okazało się, że razi mnie nienaturalność cech, celów i zachowań większości ludzi, którzy nie szukają inspiracji w sobie, ale w innych, a gdy ją nawet spotykają, nie potrafią jej zauważyć, a tym bardziej docenić, chyba, że "ktoś im powie", czyli pokaże palcem i "każe bić pokłony".
- gwiezdni, przypadkowo poznani w Lublinie, którzy wydawali mi się ludźmi, do których - choćby z racji zainteresowań i odczuć w czasach dzieciństwa - przynależę okazali się takim samym wirtualnym wyobrażeniem oraz sztucznym zlepkiem często sprzecznych charakterów i fałszywych przekonań o sobie i świecie, jak wszyscy inni - poznani sposobami opisanymi powyżej... Trochę mi jeszcze szkoda, że tak mało wszystkich ich łączy NAPRAWDĘ, że są tak słabi i bezwolni, ustępliwi i "bezjajeczni", jak stadko zapłakanych przedszkolaków zostawionych pod sklepem z lodami przez panią przedszkolankę, która zagadała się z obcym panem gdzieś na zapleczu i pewnie zapomniała i o lodach i dzieciach, ale trudno - życie mija i wracam do korzeni, do ziemi i przyrody, do konkretów, do prostoty bycia z ludźmi nie w komputerze, a na rzeczywistej jawie.
- stopniowo narastająca erozja wyobraźni i wrażliwości;
- znowu irracjonalny strach, biorący się ze zbiorowych lęków, atakujących moje sny i wizje z pozycji Ducha Czasów;
- samotność i zagubienie małej ludzkiej mróweczki w labiryncie wciąż tych samych ulic, wśród szklanych wieżowców, dziwnych ludzi.
- świadomość, że wszystko już wiem i to jest we mnie, nie trzeba i nie warto szukać daleko, u innych i tylko trzeba ciszy, kontemplacji zwykłych codziennych czynności, aby osiągnąć całkowitą błogość i wolność już tu i teraz. To zapewne moje kolejne złudzenie, prowadzące mnie jednak w przyszłość z nadzieją, która nigdy mnie nie zawiodła i nie przestała podtrzymywać na duchu nawet w najstraszniejszych chwilach.

Pozostawiam ten list jakby rzucony w butelce na morskie fale, może ktoś przeczyta może nie, może ktoś coś powie, ale tylko cisza w zamian, szum lasu, opowieści duchów i upiorów, wyklętych przez polską historię, czekających cierpliwie na pomstę losu...
13:25, transwizje
Link Komentarze (4) »
Upiory
Minęła niedawno opozycja Księżyca do momentu, gdy w chatce odwiedziły mnie duchy miejsca, babci i dziadka oraz "czarnego dziecka", sugerując jakąś dziwną historię o "pomordowanych w tym lesie". Rano  pojawiła się krótka historia wizyjna, chyba jakoś powiązana z tamtą...
Duży, stary, drewniany dom, z przyległymi bezpośrednio do niego zabudowaniami gospodarczymi. Mokra pora roku, grząskie błoto na podwórzu. Przeszłość, okres tuż po wojnie. Dom jest pusty, mieszkańcy gdzieś znikli, pozostał jedynie młody chłopak, którego zadaniem jest wprowadzić w błąd przyjezdnych. Grupa wojskowych (nie jestem tego pewna, lecz dowódca miał coś wspólnego z Rosjanami, zapewne chodziło o przedstawicieli formującej się dopiero władzy ludowej) przyjeżdża samochodem transportowym, ktoś wysiadając pośliznął się w błocie. Dowodzący przygląda się uważnie domostwu i zauważa resztki wojskowego brezentu (być może tkaniny ze spadochronu) ochraniające przed deszczem sypiący się już ze starości stryszek szopki. Rozpytuje chłopaka, gdzie są mieszkańcy, ten mówi, że "uszli do sąsiedniej wsi przed mordującymi". Nie wierzy jednak zapewnieniom i każe otworzyć wrota stodółki, przylegającej do domu z drugiej strony. Skądś wiadomo, że tam leżą ukryte ciała pomordowanych i to miejsce owiane jest dziwną, zabobonną atmosferą. Dowódca spluwa i staje z westchnieniem na progu, mówiąc z udawanym animuszem: "Przecież wiadomo, że nie ma upiorów"...

Tego dnia, dokładnie w chwili przejścia Księżyca w znaku Ryb naprzeciw mojego horoskopowego Plutona, który przyciągnął owe duchy dwa tygodnie wcześniej, droga sama zaprowadziła nas na miejscowy cmentarz...  
A w nocy sen o prostytutce-władzy, spółkującej ze wszystkimi w glorii sukcesu i bogactwa, byle zyskać, nie stracić. Był tam dziwny młody chłopak Rosjanin, o nazwisku Zasukow, całkiem amoralny.

11:07, transwizje
Link
Prawdziwy fałsz
Walki rycerskie w Liwie rozpoczęły się wysłuchaniem "Bogurodzicy", puszczonej z płyty. "Rycerze" przyklękli, a ja wysłuchałam słów z myślą, że w średniowieczu to nasi byli tym, czym są dzisiaj islamiści. "A na ziemi zbożny pobyt" - tu widać faceta z toporem do obcinania rąk i głów barbarzyńców, który szykuje się do kolejnej jatki i nieważne, że teraz tylko markowanej, "a po śmierci rajski przebyt"... Kobiety jako dodatek do ciągle bijących się z innymi samców przypominają w ciszy swego upodlenia o nienaturalności cywilizacji, stworzonej i zarządzanej od tysiącleci przez "czynnik męski". 

Pamiętam jeden z pierwszych Falconów, urządzonych pod zamkiem w Mirowie. Tam pełno było skrzatów, koboltów, magów, tajemniczych mnichów, rycerzy spod dziwnych chorągwi, wróżek i czarownic. Adam był krasnoludem pilnującym w jaskini ukrytego tam Eliksiru Bytu, którego znalezienie było głównym zadaniem poszukujących istot. Eliksir znajdował się w skrzynce piwa EB, którą na koniec bractwo skonsumowało zgodnie przy wieczornym ognisku, licząc rannych i poległych w ostatecznej bitwie o zamek. Było zabawnie, ale tak jakoś... dziecinnie, jak i było teraz, na brzegu Liwca.

Moja chatka jest prawdziwa. I las, i grzyby, i pole.

10:09, transwizje
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum