bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
piątek, 31 sierpnia 2012
Żywo-makabreśnie

Kilka nocy temu był sen: jechałam opóźnionym pociągiem do Kielc, z Tarnobrzega bodajże, o którym poszły pogłoski na dworcu, że opóźnienie jest stąd, że wykryto w jednym z wagonów bombę i że ma być na nim w drodze wykonany zamach. Wsiadłam z pewnym lękiem, czujnie. Zamiast o 13 przyjechał o 16. W drodze nagle zaczął zwalniać. Przez okno zobaczyłam (wraz z tłumem pasażerów) wyjeżdżający z krzaków czołg. Ustawił się dość groźnie przy torach i gdy motorniczy zwolnił bieg pociągu, niby dla żartu, sterująca czołgiem Rosjanka skierowała lufę wprost w lokomotywę. Pociąg stanął. Z krzaków wyskoczyła banda Rosjan. Zaczęły się jakieś negocjacje. Widziałam na ziemi rozrzucone pióra jakiegoś szaro-białego wielkiego ptaka (po obudzeniu przyszło mi do głowy, że mógł być to orzeł). Ruscy go złowili i zeżarli. Obok było też sporo śladów po upieczonych kurach i kurczakach. Szło im o przeszukanie jakiegoś określonego terenu, ogrodzonego i będącego polską własnością. Chcieli mieć do tego wyłączne prawo...

A poza tym od trzech dni mam w domu żywy horror. Stało się to rano, dwa dni temu, w godzinie, gdy kwadratura Pluton w Koziorożcu i Uran w Baranie zawisła na osiach IC i DSC. Mimo wszystko nie przypuszczałam, że może być aż tak makabryczny i drapieżny ten układ, ale teraz myślę, że swoją rolę odgrywa przechodzący ostatnio przez Skorpiona Mars, władca Barana i związany z Uranem i Plutonem przez władztwo.
Co się stało? Kluseczek chciał rano napić się mleka z miski Koli. Kola zawarczała jak zawsze ostrzegawczo, kociak jednak był ufny wobec niej. I Kola nagle, pod naszą nieuwagę ugryzła go w głowę z całej siły i mocno precyzyjnie. W efekcie małemu wypłynęło prawe oko na wierzch. I tak wisi.
Tego samego dnia, za godzinę A. musiała jechać do Białego, aby podpisać umowę w urzędzie, którą załatwiała od roku. I u mechanika, po drodze zostawiła samochód do przejrzenia (znów zaczął niespodziewanie stawać). Przez kilkanaście minut, obie rycząc w niebogłosy (nie, to nie dzieje się naprawdę!) rozważałyśmy co zrobić z rannym kociakiem. Może go po prostu dobić?
W końcu poszedł do pudełka i na okres obserwacji, aż do powrotu  z miasta. Był oszołomiony, siedział, cały napięty i nie reagował na to, co się dzieje.
W drodze powrotnej okazało się, że samochód jest dalej nienaprawiony, stanął na przejeździe, trzeba było go ściągać i został u mechanika na kolejny dzień i noc. Żaden wyjazd z rannym kotem do weterynarza nie wchodzi w rachubę. A. wróciła od mechanika rowerem.
Okazało się, że Klusio żyje i zaczął miauczeć. Połączyłyśmy go z Kicią i uspokoił się, przespał cicho noc. Nie chciał jeść. Cały wczorajszy dzień wahały się jego losy. Tyle, że rano i wieczorem wychodził sam z pudełka i domagał się wypuszczenia na dwór, aby zrobić siku. Lecz wciąż nie chciał mleka, ani ulubionej słoninki, ani nie zauważyłam, aby ssał matkę, choć z nią cały czas leżał w pudełku.
Zdecydowałyśmy się zdać na los i naturę. I nie główkować. Jeśli zdechnie, trudno, to w tym wypadku lepiej dla niego. I dla nas. Bo już go nie wydamy ludziom, takiego jednookiego kalekę. Jeśli przeżyje, jego szczęście, i czwarta kocia gęba do karmienia w domu, drugie trudno. He.
Tu muszę wspomnieć, że mocno mnie ta makabra, żywa makabra (oczko wiszące poza oczodołem jest przeokropnym widokiem) wstrząsnęła. Odechciało mi się żyć. Z trudem łapałam równowagę psychiczną. Jednocześnie miało i ma to związek z tekstem Nostradamusa, który teraz tłumaczę, i który zawiera różne makabryczne informacje o naszej przyszłości. Samo wyobrażenie sobie tego, o czym wspomina prorok, na bazie owego uzewnętrznionego kociego oka, budzi grozę. I jakże realną.
Dzisiaj Klusek, vel Łazanek raniutko wstał z pudełka i przyszedł na śniadanie. Dostał mleka i wypił je. Potem domagał się wyjścia na siku, jak zawsze. Próbuje sobie łapką zrobić coś z tym ocznym zwisem na policzku, ale nadal daremnie. Liczymy, że mu oko po prostu uschnie i odpadnie, jakoś to się musi, kurczę, w przyrodzie dziać. Samochód wciąż w naprawie i kilka kolejnych dni jest zajętych zaplanowanymi wcześniej pracami.

11:24, transwizje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 sierpnia 2012
Meszknie
Przeżyłam 3-dniowy atak alergii. Nie wiem na co. Właściwie zaczęło się w przeddzień Spasa, gdy wieczorem piłam czerwone wino, wtedy zgięcia kończyn dolnych i górnych zrobiły się nagle opuchnięte, piekące i czerwone, zwłaszcza pod kolanami. Minęło do rana i wróciło inaczej dzień później, już po Spasie. Też wieczorem, pisząc przy komputerze zauważyłam dwie meszki przelatujące mi przed ekranem. Potem odczułam coś jak ukąszenia, w rękę, w nogę. W godzinę później czułam się cała pokąsana, dosłownie od stóp do głów. Skóra piekła mnie i swędziała. Wzięłam prysznic, trochę pomógł, ale rano wstałam w jeszcze większej ilości bąbli na ciele. Zwątpiłam, że dwie meszki tyle mi złego uczyniły. Postawiłam na to, że to pchły, widocznie tak małe, że niewidzialne, i tak liczne, że wszędzie ich pełno, także pod moją kołdrą. Być może, rodem z psa albo kota rozmnożyły się w pokoju. Ogarnięta paranoją zabrałam się za dokładne sprzątanie. Wyniosłam pościel na słońce i wiatr, pościelowe wyprałam i wysuszyłam na powietrzu, odkurzyłam dokładnie każdy kąt, wymopowałam i wypsikałam na koniec muchozolem. Z tej pracowitości zapomniałam na chwilę o swędzeniu, ale ono zaraz potem się odezwało. Wręcz nasiliło się i zaczęłam zdobywać podejrzenie, że chodzi o alergię. Upewniłam się w nocy, śpiąc w odświeżonym łóżku, w wydezynfekowanym pokoju, że to alergia, bo swędzenie skupiło się na wnętrzach stóp, dłoni i zgięciach nóg i rąk. Pojawiło się także między palcami rąk i nóg.
W środku nocy wstałam i przeszukałam kredens, znalazłam jakieś stare opakowanie niewyłykanego do końca clemastinu, który A. zażywała po ukąszeniu jakiegoś owadziego potwora, po którym miała rumień przez ponad miesiąc. Połknęłam 2 tabletki i siłą woli zasnęłam, ignorując reakcje płynące z ciała.
Rano obudziłam się spokojna, już bez żadnych objawów swędzenia ani pieczenia. Zaczęłam ostrożnie jeść, obserwując swoje reakcje po każdym posiłku. Chleb wchłaniam bez reakcji, także mięso, owoce, warzywa gotowane i alkohol. Być może winne były surowe ogórki, które jadłam dwa dni na obiad. Szkopuł w tym, że nigdy dotąd nie miałam po nich żadnych kłopotów, nawet w dzieciństwie. I to tyle odnośnie alergii & mnie. Czyli wiadomo, że nic nie wiadomo. Acha, znalazłam jedną padłą meszkę na stronicy wydruku Cudownych Wróżb Nostradamusa...
21:04, transwizje
Link
wtorek, 21 sierpnia 2012
Łos-osiowo
Niedawno śnił mi się w przyjemnie przyjaznym śnie AS, szczegóły uciekły mi niestety z głowy, bo nie zapisane. Dziś historia jakiejś grupy zorganizowanej przez podstawionego trolla (widziałam fałszywy dowód osobisty w zielonej okładce, ze zdjęciem stworka=potworka) po godzinach w zamkniętej restauracji zgromadzonej. Niewinni ludzie z przypadku. W końcu stróżowi zrobiło się ich żal i za własną kasę kupił im wiele butelek wódki i zakąskę. Upili się, niektórzy po raz pierwszy stracili samokontrolę. Potem pojawiła się kobieta-historyk, grana przez gwiazdę francuskiego kina z lat 50-tych, żona archeologa, która w wykopaliskach odkryła płaszcz ze skóry łosia (he, łososiowy), jaki nosiły antyczne królowe. Skóra była nienaruszona, niosła ją wielka świta, była ogromna, ona prezentowała się majestatycznie-pierwotnie. Miała coś w sobie, jak i jej mąż, stworzyli w swoim mieszkaniu tajemny i poniekąd zaczarowany świat, do którego nie każdy miał wstęp. Gdy już ktoś dostąpił zaszczytu wejścia w prywatne progi, gospodarze siadali na podłodze, kobieta-historyk wchodziła momentalnie w szczere zwierzenia, czym skłaniała gościa do prędkiego otwarcia się. Przeważnie dość szybko zsuwał się z sofy i siadał na podłodze, wraz z gospodarzami. Chyba wiem o co i kogo chodzi w tym śnie.
18:00, transwizje
Link
niedziela, 12 sierpnia 2012
Masknie

Nad ranem stan wizyjny. Zobaczyłam siebie, siedzącą, z twarzą-maską, większą od naturalnej głowy, z pięknie wygładzonego drewna, może jesionowego, nie malowaną. 

15:29, transwizje
Link
wtorek, 07 sierpnia 2012
Iskrnie

Wczoraj wieczorem zaczęła się burza i pitoliła się dość długo, niezbyt groźnie. Trochę padało, pomrukiwało, bez wiatru. Ogarnął mnie w końcu głęboki sen i przyszła wizja. Dawno już takich nie miałam, kilka lat spokoju.
Moja świadomość wypełniła jak gdyby wnętrze domu, ale znajdowała się głównie na poddaszu. Za moimi plecami "stał" mój Ojciec (chodzi o mego Przewodnika duchowego przybierającego postać zmarłego taty-lekarza). Nagle łupnęło z nieba, i piorun uderzył w sam szczyt domu z taką mocą, że popadłam w trwogę i zdumienie. Co robić?
Ogarnięta lękiem chciałam się obudzić i natychmiast ewakuować z walącego się domu, ale zapadłam w jakiś bezwładny trans, w którym chroniłam domowników przebywających niżej. I widziałam siebie z rozerwanymi wargami, bez krwi, skojarzyło mi się to z zerwaniem plomby z zamkniętych szczelnie wcześniej ust (zakazu milczenia?).
Kiedy się ocknęłam jakiś czas dochodziłam jeszcze do siebie, wrażenie trwało. Ale zaczęłam myśleć i doszłam, że chodzi o moją rozmowę z wlnsc na Sen Graalu, o boskiej wizji rażącej z nieba. Skąd tak ostre u Nostradamusa sformułowanie, frapper du ciel?

Kontakt z Bogiem, z Jego wolą, jest absolutnie porażający i natychmiast obiera umysł z wszelkich iluzji... Prawda razi, może zabić. To tylko potwierdzenie tego, co już wiem z innych przeżyć tego rodzaju. Świadomość Boga-źródła, może tego nazywanego przez żydów yhvh, ukazującego się w płonącym krzaku, jest jak piorun. Płomień migocze w tle obrazu i skwierczy. 

09:48, transwizje
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Wtyle

No, więc w kilka dni po poprzednio zapisanej wizji odezwała się dawna znajoma, z czasów dla mnie ciężkich i złych, obarczonych "klątwą". To przypomnienie, czy też odnowienie linka w przestrzeni subtelnej zaowocowało kolejnej nocy nawrotem dawnych koszmarów. Demony. Czy raczej demoniczne świadomości, gdyby je narysować, jak w tej wizji, byłoby ciekawiej, niż na rysunkach Goyi. W senwizji wyszłam na chwilę, żeby odetchnąć, na powierzchnię, z jakichś podziemnych pomieszczeń. I wtedy nadjechał ulicą obok samochód osobowy i chwilę stał blisko. Zauważyłam w jego wnętrzu moją zmarłą matkę, kogoś nieznajomego także, a za kierownicą siedziała szalona złośliwa małpa, szympans. Po krótkim postoju nieobliczalne auto ruszyło w głąb podziemi. 

Tak, po śmierci Mamy, zaczęły gnębić mnie wizyty demona przebranego w jej ciało, udającego ją. Minęło. To muśnięcie starego uświadomiło mi, że nie chcę oglądać się w tył, w żadnym wypadku.  

Potem wpadłam w trans. Ujrzałam wnętrze pomieszczenia wyłożonego białymi kafelkami, jakby szpitalnego czy zabiegowego. Na stole ktoś leżał, chyba mężczyzna. Jakaś postać pochylała się nad nim, grzebiąc narzędziem w otwartych ustach (chyba). Usłyszałam przestraszony i przejęty głos kobiety (nierozpoznany), która na ten widok jęknęła: "O, Jezu!"... 

09:27, transwizje
Link Komentarze (2) »
Archiwum