bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
czwartek, 28 sierpnia 2014
Chlup

Sen rano: lecę swobodnie nad jakąś wodą, rzeką zdaje się (myśl o Wiśle), ale mój lot się zniża, tracę moc, zatem rozglądam się gdzie by tu bezpiecznie wylądować. Zbliżam się do brzegu rzeki, ale jest on grząski, porosły jakimiś krzaczorami, wznoszę się lekko, aby wylądować bezpieczniej. Dalej brzeg jest obudowany jakimś starym murem, mijam mur, za nim biegnie dróżka nadbrzeżna. Ląduję, idę nią. Mur jest częścią jakiegoś starożytnego, na poły zasypanego fortecznego wzgórza, a dróżka obiega to wzgórze, biegnie daleko, po czym zawraca i okrąża miejsce. Na wzgórzu spotykam kolejno dwóch mężczyzn. Każdy z nich jest uduchowiony w sposób dla mnie manieryczny, współczesny, nieskromny. Każdy praktykuje jakąś ścieżkę i jest całkowicie o jej skuteczności przekonany. Dają mi rady, jak najlepiej się zachowywać w życiu (dieta, medytacja, takie tam srututu). Zostawiam ich i postanawiam pobiegać raczej, niż ich słuchać. Mijam wzgórze i decyduję się skrócić sobie drogę, przebiegam przez dziką strefę trawy, aby trafić na tę samą dróżkę, ale już powracającą z drugiej strony wzgórza. Na niej spotykam Mii Krogulską, schodzącą akurat ze wzgórza po spotkaniu z dwoma ezodęciarzami. Zatrzymuję się, witamy się i ściskamy serdecznie. Mii ma jakiś problem, o którym mi opowiada, ale niezbyt ten fragment snu pamiętam. Widziałam pismo, w tytule wymieniony był jakiś potężny bóg, poniżej tekst apelu pod auspicjami dwóch podległych mu bóstw. Jednym był Hermes, po lewej stronie kartki, i chyba Merkury (sic!) po drugiej, prawej stronie wymieniony. 
- Wiesz o tym, że żadnemu z bogów nie można do końca wierzyć? - mówię po zapoznaniu się z tekstem. I nie mam akurat na myśli tylko boga złodziei i handlu, a wszystkich.
- Tak, wiem, oczywiście - odpowiada Mii.
I pociąga za drewnianą ścianę, wielką i wysoką, z desek zbudowaną wieki temu, okalającą z tej strony wzgórze. Mimo, że wyglądała solidnie, to jednak ściana drgnęła i zaczęła się obsuwać na nas. Ruszyłyśmy biegiem dróżką, aby nie dać się jej przygnieść, ale nagle zapadła kompletna ciemność, światło dnia zgasło, a na mrocznym niebie rozbłysła groźnie błyskawica (piorun Zeusa? - pomyślałam).
Na szczęście ściana tylko się trochę obsunęła i zatrzymała, wisząc na jakimś metalowym mocowaniu. To nas uratowało. Znów zrobił się dzień. A jacyś mężczyźni przyśrubowali z powrotem ścianę do jakiejś metalowej konstrukcji, którą z zewnątrz ona chroniła. Pokazałam im jeszcze jedną niedokręconą śrubę u dołu, dokręcili i wszystko wróciło do normy. 

Wchodzimy do wnętrza warowni, ukrytego wewnątrz wzgórza. Jest tam wiele pomieszczeń, kręcą się jacyś ludzie, trochę młodzieży. I coś groźnego, ciemnego, niezgłębionego tkwi pod spodem, przed czym chroni owa starożytna budowla. W jednej z sal podłoga kończy się jakiś metr od ściany i najzwyczajniej można tam wpaść (mroczna, zastała, brudna woda) i nigdy się nie wydostać. Odczuwam paniczny lęk przed tą głębią i natychmiast chwytam za ramię biegnącą za piłką dziewczynkę, która do tej sali wpadła i wyprowadzam siłą na zewnątrz, zakazując wstępu. Ludzie nie rozumieją niebezpieczeństwa, ja je skądś znam i odczuwam dramatyczny paraliżujący strach przed nim.
Inne sale są bezpieczne, o tyle, o ile mury są jeszcze w stanie stać mocno. Obserwuję dwóch dorosłych mężczyzn, konserwujących jakiś stary żelazny mechanizm zębaty, na którym wisi platforma, służąca do oprowadzania na niej (raczej przemieszczania w głąb wnętrza) grup zwiedzających. Wszystko jeszcze się jakoś trzyma.
Trafiam w ową zwiedzaną przestrzeń i wraz z grupką młodzieży, siedząc wysłuchuję wykładu jakiegoś człowieka, opowiadającego o prastarych dziejach świata. Dowiaduję się, że w pra-pra-pra-dawnym czasie, epoce Nun (?) ludzie nie tworzyli jeszcze cywilizacji materialnej, nie znali nawet pisma i różnych podstawowych technologii, ale bawili się swoim umysłem, grali ze zjawiskami przyrody i istotami niższymi. Z biegiem czasu pojawił się alfabet, ludzie zaczęli się różnicować. Rodzili się z różnymi charakterami i cechami wrodzonymi. Jeśli narodził się jakiś dziwak to i tworzył umysłem odbicie swojego dziwactwa i grał z nim. W tym czasie także pojawiła się owa groźna siła, która powoli przenikała świat, aż w końcu przechwyciła trochę istot ludzkich. One przemieniły się na zawsze, stamtąd nie ma powrotu. Mrok zaczął grać w ludzką grę.

10:18, transwizje
Link Komentarze (8) »
Archiwum