bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
piątek, 25 sierpnia 2017
Ruski żart

Przed świtem sen, jakby z głowy Stasiuka wzięty: rozmawiam z jakimiś ludźmi gdzieś w dalekiej Rosji, na południu. Jeden z obecnych mężczyzn, w średnim wieku jest kierowcą i przewozi towary i ludzi, handlując po drodze tym i owym, w głąb pustyni Amu-daria. Moi rozmówcy przy stole cieszą się, bo rząd rozpoczął na pustyni prace, będą eksploatować jakieś złoża, pokazała się szansa na wzbogacenie się dla miejscowych.

- Hm, zanim wy jakieś diengi z tego zobaczycie, to te złoża się skończą, a rząd zostawi wszystkich zatrudnionych samym sobie, bieda w rezultacie będzie jeszcze większa. Bieda i smutek – stwierdzam, skądś już znając takie historie. Ale mi nie dowierzają… wolą swoją nikłą, jednak zawsze nadzieję na zmianę stanu rzeczy.

Rozpytuję owego kierowcę, czy nie chciałby choćby raz puścić się gdzieś dalej, gdzie indziej. Wzrusza ramionami uśmiechając się, zobaczyłam, że nie ma wszystkich zębów. Może i tak, ale gdzie?

- Byłeś na Syberii? – pytam.

- Nie.

- To może tam? Nie chciałbyś zobaczyć tajgi, innej przyrody, wielkich rzek?

- Może i tak. Może pojadę na ten Sybir – reflektował się przewoźnik. Niezobowiązująco. To mnie tam ciągnęło. Byłam w jakiejś podróży, może jako dziennikarz, i zdaje się, byłam w tym śnie mężczyzną.

- Sybir – podchwyciła temat siedząca z nami przy stole kobieta. Dość młoda, ładna.

- Ach, ten Sybir. Słyszeliście tę historię z… - i tu wymieniła szybko nazwę miejscowości, dwuczłonową, coś jak Leśny Jar, albo coś podobnego, obłast, najbliższą rzekę, czego niestety nie pamiętałam po obudzeniu. – Tam kilka kobiet ugotowało się żywcem, tak im dopiekło…

Zrobiła tym na wszystkich takie wrażenie, że natychmiast założyła sobie gumowy nosek klauna, co znaczyło: „Za dużo wypiłam. I naszło mnie na głupie żarty…”.

W tym momencie obudziłam się, wstrząśnięta okropnością takiej samobójczej śmierci, a jeszcze dość długo mój umysł unosił się ponad całym rosyjskim obszarem, „graniczącym tylko z Bogiem”, jak orzekł był kiedyś Rilke, przeżywając samotność, prymitywizm, opuszczenie nielicznych mieszkańców, pustą przestrzeń, surową przyrodę i okrucieństwo rzeczywistości, w jakiej żyje się tam od wieków.

15:32, transwizje
Link
sobota, 19 sierpnia 2017
Świece we mgle

Nasze jaskółki wyprowadziły stadko młodych już dawno, teraz owa młodzież, przynajmniej jacyś reprezentanci, uwiła gniazdka i znów wychowuje pisklęta, choć czas już nie po temu. Ich rodzice gromadzą się na drutach i przewodach, wyczekując pory odlotu. Te zostaną jeszcze do chwili usamodzielnienia się najmłodszych. Ruszyłam wczorajszego wieczoru. Na gniazdach sterczące wiernie sylwetki bocianów. Nie odleciały jeszcze, patrz. Widzisz tę chmarę na niebie? Czarne uskrzydlone punkty formowały klucze i gromadnie krążyły nimi ponad łąkami. Bociany sejmikują. Czas. Na nas też czas tej nocy. Ominąć strefę Profanum, migającą kolorowymi światełkami, grającą, zalatującą smażeniną i kapryszącą licznymi dziecinnymi głosami. Potem wejść wolnym krokiem pod górę tylnym wejściem. Ciepły wieczór. Nie trzeba było ubierać się cieplej po zachodzie, jak poprzednimi laty. Z trzema cienkimi woskowymi świecami przecisnęłam się przez tłum i ciasną kolejkę wiernych stojących po błogosławieństwo, do polowego ołtarzyka przy cerkwi, gdzie można było zapalić ogienki, ustawiając świece w piasku. Od dwóch dni podjęłam pewne oczyszczanie, teraz modlitwę, zapaliłam wiedząc po co. Potem usiadłam w cieniu krzyży wotywnych. Głos przez megafon ogłosił, że namaszczenie jest przedłużone do drugiej w nocy. Było spokojnie. Cicho. Jakoś mniej pustego gwaru i chaosu, jaki sprowadzali przez ostatnie lata ciekawscy goście "z zachodu", szukający tu podniecającej przygody i tematu do zdjęć. Widać było chorych, kaleki. Czuło się skupienie. Nagle rozległ się dziki krzyk jakiegoś dziecka. Wkrótce batiuszka wyszedł z cerkwi szybkim krokiem i wysypał na ziemię pod wotywnymi krzyżami popiół z szufelki. Trwała cierpliwa praca oczyszczania z duchów, wzmacniania. Jakiś leśny żuk na ramieniu. To przecież las. Zwabiony światłem świec. Jacyś ludzie przerwali ciszę miejsca, intonując prawosławne pieśni gdzieś na stoku góry. Zeszłam wolno po kamiennych schodkach, ku studzience. Kolejka była długa, cierpliwa. Każdy wyciągał z torby po kilka butli, butelek, buteleczek, nadstawiając je nalewającym wolontariuszom. Ja miałam tylko jedną. Po co więcej. Potem jeszcze obmyć się w świętej strudze, pomyślałam, że trzeba było to robić na odwrót. Najpierw umycie, potem napicie i wejście z intencją. Trudno, następnym razem zmienię porządek. Z powrotem koty, jeden, drugi, czwarty, przemykające drogami daleko za wsią, jedną, drugą. Rude, łaciate. I tumany mgielne, zawsze tam, gdzie wiem. 

10:13, transwizje
Link
piątek, 11 sierpnia 2017
Trzask

Wczoraj dwie burze daremnie próbowały złagodzić gorąco, które nadpłynęło. Noc parna, trudna do zaśnięcia. Spędzałam wolny czas z zamkniętymi oczami, śledząc różne myśli i obrazy. Nagle na niebie zagrzmiało i rozległ się trzask pioruna gdzieś blisko. Zobaczyłam wewnętrznym okiem, jak piorun ułamał konar dębu rosnącego przy południowej drodze. Otworzyłam oczy.

- Słyszysz? Coś się stało...

Nikt mi nawet nie odpowiedział. Panowała zwykła nocna cisza.

17:49, transwizje
Link
Archiwum