bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
środa, 22 sierpnia 2018
Kur sens

Przeglądając notatki ze snów trafiłam na sen, który jest właściwie odczytem książki napotkanej ostatnio na tybetańskim straganie pt. "Kury". Co za kury? O czym może ten zapis traktować?

15.VI.2018 Sen z atmosferą niemieckiej okupacji, choć szło o hodowanie kurczaków, czy może ludzi jak kurczaki. Z punktu widzenia hodowców. Te hodowle miały w sobie coś z obozu koncentracyjnego, z czystek etnicznych. Czasem jakiś hodowca litował się nad którąś ofiarą (widziałam ją jako człowieka), czułam tę niepewność, odczucie zniewolenia także u tego, kto hoduje. 

Zatem przedstawia się z wolna "cywilizacja Niemowów", co zapowiedział także sen o JB.

10:25, transwizje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 sierpnia 2018
Dzwon

Odkrywa się przede mną stara wiedza. W lesie coś szczególnego i groźnego się dzieje. Jakieś dzieci gapiące się bezczelnie z gałęzi. Dzieci-nie-dzieci. To wynik czegoś, co wydostano z głębi. Jak jakaś błyskawicznie – z niezwyczajną prędkością – mnożąca się pierwotna bakteria, może pierwotniak, coś jak kijanka jakiegoś płaza. (Padła nazwa, ale szybko ten skrawek snu został zamazany). Dotknięte nią istoty ziemskie zostają pożarte, a może zamieniają się w coś, co pożera. Dziko, to za mało powiedziane.

Atmosfera Tybetu. Czytam tłumaczenia starych ksiąg przechowanych w klasztorach. Traktują o różnych rasach i ludach, które tu kiedyś zamieszkiwały. W tekstach zdarzają się dziwnie niezrozumiałe, absurdalnie niewinne zdania. Zaczynam podejrzewać, że zostały źle przetłumaczone lub zapisane szyfrem specjalnie. Coś się za tym kryje groźnego, co chciano zatrzeć w pamięci już przed wiekami wieków, ale przecież nie do końca, bo jedynie zaszyfrowano, a nie zniszczono.

Znajduję się w Tybecie. Ma być jakaś konferencja, czy wykład. Na straganie zauważam dwie książki. Po polsku, sprzedaje je też polska straganiarka. To ostatnia część serii książek, którą znam i czytałam z zainteresowaniem. W białej płóciennej okładce, przybrudzona od rąk czytelniczych. Nosi tytuł: "Kury”. O, obok leży poprzedni tom, w takiej samej okładce i podobnie uczerniony rękami. Tytuł składa się z kilku słów, jest ledwie widoczny zresztą. Już go znam, czytałam, ale może warto wrócić do treści, przypomnieć sobie. Biorę, kartkuję książkę i oglądam z zainteresowaniem ilustracje. Rysownik świetnie oddał atmosferę niemieckiej okupacji [sic!] w Tybecie. Widzę na jednej z rycin rzut z powietrza na obóz koncentracyjny zamknięty w jakiejś górskiej dolinie, w kształcie kwadratu podzielonego na sektory krzyżem, w każdym sektorze kilka (4?) baraków. Kojarzy się to z kształtem swastyki. Zima w górach. Postacie oficerów niemieckich. Barwy poszarzałe i przyciemnione. Tak, kupię, muszę sobie przypomnieć treść! Na konferencji wszyscy wiedzą, że wokół w górach czai się to coś nawet nie dzikiego. Pożerający chaos. Można zostać zarażonym w każdej chwili, nie wiedząc o tym. Wychodzę na chwilę z budynku i pochylam się obok ula z pszczołami, uplecionego z jakiejś trawy czy słomy w kształcie klosza (przypomina niemiecki Dzwon – pojazd, który ponoć Niemcy zbudowali w czasie wojny), pszczoły kręcą się pracowicie, a ja myślę, że każda z nich może trafić w trakcie oblotów na to coś i przynieść wszystkim... Mam kontrolowane odczucie czającej się ostatecznej grozy. Wewnątrz budynku obserwuję, jak Darek Kwiecień wyprowadza z sali grupę dzieci. Wiem, że wie. Jest skupiony, odpowiedzialny, czujny i opiekuńczy. Dzieci szybko i karnie wychodzą z nim na zewnątrz. Nie można się rozbiegać, narażać wszystkich.

Jak ktoś z organizatorów mam potem podjąć decyzję, czy i jak zabawić zaproszonych gości. Chyba trzeba coś zatuszować. Najlepiej obrócić wszystko w żart. Straganiarka zamienia się w satyryka przebranego za kobietę, gotowego wystąpić przed publicznością i przedstawić w śmieszny sposób treść sprzedawanych dwóch tomów biało oprawnych książek. Pytam go: Ile może potrwać twój występ? To jakiś skecz? Satyryk patrzy na mnie biznesowo: Tak, skecz. Piętnaście minut? Dobrze - podejmuję decyzję.

09:54, transwizje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 sierpnia 2018
Kolos, studnia i krokodyle

Śniłam tak jak to ciągle mi się zdarza ostatnio - poziom 6. Wspólna sypialnia domu dusz, gromadząca ponoć (wg JB) wszystkie żyjące aspekty mojej duszy. Wśród jakichś kobiet nieznanych mi, w różnym wieku, siedzących w kucki w miejscu sali, gdzie nie ma łóżek, Jolka. Przysiadam się do nich, zapalam długiego papierosa, który wygląda jak kadzidło i wciągam dym, jakoś słabo się tli, w końcu oddaję go Jolce, jako bardziej wprawnej w paleniu. Kładę jej głowę na kolanach, zerkam z dołu na jej twarz, czy ją czas zmienił. Widzę tylko fragmenty twarzy, nigdy wprost, ale rozróżniam, że nie ma makijażu, jest trochę smutna, spoważniała, przestała być krzykliwa i bezczelna. Wstaję i mówię o niej do znajomego: Ona była kiedyś istną Gwiazdą... Jaką gwiazdą? – dopytuje ten, ale nie składa się odpowiedzieć. Tłumaczę tylko, że zachowywała się po gwiazdorsku. Odsuwam się od dziewczyn, teraz idę w kierunku jego miejsca spania po prawej stronie. Zdejmuję po drodze spodnie, ale zasłania mnie długa koszula, a nawet dwie. Siadam na jego łóżku, on przy mnie. Ot, przyjacielska bliskość. Łóżko jest wąskie pojedyncze, ja też takie mam. Z tym, że jego jest nieco szersze od mojego i chwilę rozważam pomysł, aby z nim spać. Ale rezygnuję. Skądś znam tego młodego człowieka – zastanawiam się. Jest dość niespotykanym mężczyzną, jeśli tak go polubiłam. Z boku stoi grubas w wieku odpowiednim, w czarnej połyskliwej koszuli opiętej ciasno na wystającym tłustym brzuchu, pewnie chciałby do mnie zagadać, ale obecność młodego go peszy. Tylko patrzy. Sypialnia była dużą salą z łukowatym sklepieniem, coś zaczęło klekotać w ścianie i pojawiła się grupka “klekarzy”, by znaleźć źródło awarii instalacji, nie wiem czy elektrycznej, czy innej. Zaczęli wycinać dziurę w gipsokartonowej białej płycie (po środku ekranu w kierunku na prawo). Najpierw niewielką, potem coraz większą. W końcu odkryli duże łukowate przejście w czerwonej ceglanej jakby zamkowej ścianie. I sobie poszli. Zajrzałam tam z moim młodym znajomym i ogarnęło mnie zdumienie. Przejście otwierało wlot do ogromnej otchłannej studni, w której sterczał kolosalny czarny mężczyzna, wystawała tylko jego czarna głowa ze świecącymi jasno/biało oczami bez źrenic. Patrzył na nas.

Po obudzeniu się przyszło mi do głowy, że młodym znajomym był PZ. Co ciekawe oboje mamy tzw. miskę, specyficzny i dość rzadki układ planet w horoskopach urodzin, co daje mocne zafiksowanie na swoim wewnętrznym świecie. Wyraz klekarze skojarzył mi się już we śnie z klekotem i bocianami. Zawiera w sobie słowo: lekarz. K-lekarz. Specjaliści od (zwiastowania) narodzin nowej świadomości wykraczającej poza strefę 1-5? (czerwone ceglane wejście to brama 5/6 wiodąca przez karmę). Ów kolos, jak wcale nie cień nie przestraszył nas, był to ktoś budzący szok, podziw, potężny, kto samodzielnie przebrnął przez otchłań i zaczął się wspinać strumieniem wstępującym. Pewnie dobrze, że Jolka przestała gwiazdorzyć, bo potrzeba skromności, aby go zintegrować.

Ważny poniekąd jest symbol studni, który od dawna mi się śni. Dotyczy strefy 1-5, karmicznej. Niedawno miałam mały dom zbudowany w obrębie cembrowiny studziennej wystającej nad ziemią (kwadratura koła), wnętrze jednak było prostopadłościenne, pokój i łazienka. W lewym górnym rogu ściany była szpara, wykruszona przez wiatr wiejący z zewnątrz (szczelina i duch święty).

Dzisiaj jechałam autobusem do Zakopanego, miałam bilet, ale nie siedziałam na wyznaczonym miejscu, jeden niesforny dzieciak będący pod opieką kierowcy został podczas swojej bieganiny uszkodzony złośliwie dość trwale i skutecznie przez zielonkawożółte krokodyle.

10:10, transwizje
Link Dodaj komentarz »
Archiwum