bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
niedziela, 26 września 2010
Włoś-nie
Przed snem nagle dopadła mnie zgaga i ból głowy. Mocny jak diabli i o tyle dziwny, że nie walił w trzecie oko, jak zawsze, ale w dekielek na czubku głowy. 
Męczyłam się dość długo szukając właściwej pozycji w łóżku, żeby nie ściskało żołądka, aż w końcu zapadłam w sentrans.
Zobaczyłam cień jakiegoś mężczyzny, nieznanego. Który przemawiał w obcym języku. Cholera, w jakim, nie pamiętam. Na pewno nie był to angielski, francuski, niemiecki. Ale mógł być rosyjski, grecki lub hebrajski. W każdym razie nic nie zrozumiałam. Ach, wiem, to był włoski!
Potem ból w żołądku i głowie zniknął. I do rana śniłam jakiś nowy film Spielberga. Jedną z głównych ról grał w nim aktor, który występował we wcześniejszych filmach jako chłopiec. Grał w nich dziecko bez rodziców, wychowywane w państwowych ośrodkach wychowawczych. Bardzo inteligentne i niezależne. Teraz dorósł i mimo, że bohater filmu miał 23 lata wyglądał doroślej. Był korpulentny, flegmatyczny. Miał zdolności odczytywania zaszyfrowanych symbolami tekstów. Akcja była taka, że coś się stało na świecie, było mało czasu i trzeba było uciekać. Uciekała grupa ludzi specjalnie przygotowanym autobusem, w którym zgromadzono zapasy żywności na pewien czas. I ja się załapałam jakimś cudem. A wraz ze mną 3 kurki zielone nóżki, Kicia i Łacio. Przed nami była trudna daleka droga w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie by można zacząć życie od nowa. Jeśliby podróż trwała za długo był tajny plan zabijania potajemnie niektórych członków grupy, aby dać większą szansę przeżycia najważniejszym... Na razie żywiliśmy się zapasami warzyw, głównie marchwi, potem miał przyjść czas na słodycze. W końcu, gdyby trzeba było poszłyby na żer moje cenne kurki i nawet koty, byłam tego świadoma.
11:00, transwizje
Link
sobota, 25 września 2010
Wol-nie
Sen niedawny: Artijowa opowiada mi swój sen, chce się poradzić, zrozumieć, ma jakiś problem z decyzją. Słuchając opowieści wchodzę w jej sen i śnię go w moim śnie. Szła w tym śnie po ażurowych metalowych schodach w wielkim budynku podobnym do handlowego centrum. W górę. Wyprzedzał ją dość znacznie aktor, pan Łapicki. Gdy nagle zdecydował wrócić się i zaczął schodzić. Tuż przy niej pobujał się dłużej, jakby się zawahał. Ale w końcu ruszył dalej w dół. Artijową niepokoiła myśl, że sen ostrzegał ją przed wygórowanymi ambicjami, których nie zdoła zrealizować. Nie chciałam pochopnie wyciągać wniosków, więc spytałam ją o plany osobiste. I zwierzyła mi się, że bardzo chce adoptować niemowlę. Mało tego, że chce, ale już miała jedno wybrane i gotowe do adopcji. Była to delikatna dziewczyneczka wprost po porodzie. Tymczasem matka rozmyśliła się i z adopcji nic nie wyszło... Teraz zaś pojawiła się nowa szansa. Strażak XY (tu padło imię i nazwisko, które zapomniałam) spłodził nieślubne dziecko. Już się urodziło, dziewczynka. Zdrowa, silna, ładniutka, przaśna, z ludu. Matka jest kobietą ze wsi, chłopką z dziada pradziada. Teraz wyszło w rozmowie, czym martwi się Artijowa. Czy uda jej się z tym dzieciaczkiem? Ponieważ jestem odpowiedzialną wróżką przystopowałam jej emocje i mówię: 
- "Słuchaj, pomyśl i przemyśl jedną kwestię. Bo to ładniutkie dzieciątko będzie rosło i na pewno ujawni cechy swego pochodzenia. Czy będziesz w stanie je kochać, mimo to? Czy go nie odrzucisz? Dziecko wymaga absolutnej miłości i akceptacji...". 
Ale Artijowa już mnie nie słuchała. Już była pewna. Chce mieć tę dziewczynkę i wychowywać ją. Ujrzałam, jak w tej drobniutkiej kobietce uświadamia się i ujawnia się niesamowita siła woli zogniskowana na cel.
09:59, transwizje
Link
piątek, 24 września 2010
Projek-cznie
Duchy przodków miejsca opanowują mnie czasem. Nie czuję się wtedy do końca sobą. Reaktywność mi się zmienia. Robi się stara, chłopska, prosta. Odbieram wrażenia, myśli, wnioski i kompleksy dawnych mieszkańców chaty.
Albo ta zgaga ostatnio. Co za cholera... 
I wyszło. Źródłem zaburzeń był drugi majster, który się pogniewał na nas (choć zawinił on). Waliło w 3 czakrę do dziś. Bo dziś przyszła kózka do wózka. I nawet pochwaliła nasze klejenie glazury. Przeszło jak ręką odjął. 
10:05, transwizje
Link
sobota, 18 września 2010
Dziej-nie
Odpowiedziałam ostatnio na kilkanaście pytań do wywiadu dla Morri w temacie wampirów. Zajęło mi to kilka dni. M. pisze pracę licencjacką na ten temat.
Obejrzałam kilka filmów:
- "Księga ocalenia"
- "Deja vu"
- "Incepcja"
Na You Tube: wykłady Eckhardta Tolle.
W necie przestudiowałam strony w temacie: polskie ekowioski.

W realu:
codziennie warzę jeden ser. Kleję wespół zespół glazurę w kuchni.
A poza tym nic na działkach się nie dzieje...
20:10, transwizje
Link
wtorek, 14 września 2010
Sów-nie
W nocy obudziłam się i słyszę dziwny dźwięk.
- Czy ty też to słyszysz? - pytam A. - Czy mi się tylko zdaje...
- Tak, coś słyszę...
- Koty? Jasiek? Tak dziwnie miauczy czy krzyczy. Może trzeba sprawdzić, co?
- To wstań i sprawdź.
- Ty jesteś bliżej drzwi. Ty sprawdź.
- Ok.
A. wstała z łóżka i otworzyła drzwi na taras. Chwilę stała w nich nasłuchując.
- I co?
- To jakiś nocny ptak. Cholera, sowa. Że też ja zawsze muszę pierwsza coś takiego usłyszeć!
Gdy to powiedziała usłyszałam w swojej głowie słowa bajki: "Był sobie dziad i baba, bardzo starzy oboje..."
- O tej porze roku sowy tu często pohukują... - stwierdziłam pocieszająco.
Niedawno A. siedziała ze starym człowiekiem na ławeczce blisko Góry. I doszedł ich głos sowy, w biały dzień.
- To teraz mnie woła - powiedział staruszek - Teraz będzie moja kolejka.

16:39, transwizje
Link
niedziela, 12 września 2010
Matriosznie
Medytacja podczas ponad 3-godzinnej ceremonii religijnej uświadomiła mi po raz któryś z rzędu (zawsze w podobnych sytuacjach), że nie jestem chrześcijanką. I nic mnie w symbolicznym znaczeniu tego obrzędu nie jest w stanie poruszyć. Już nawet nie wysilam umysłu i wyobraźni, aby cokolwiek poczuć, daremne. 
Są jednak rzeczy poruszające, bardziej wieczne od wiecznych.
Zgromadzenie wspólnoty lokalnej. Dające przekrój. Od najstarszych do najmłodszych, od kobiet do mężczyzn. Od najprostszych do najbardziej inteligentnych. Od najbiedniejszych do najbogatszych, itp.
Prosta pobożność, rytm modlitw, śpiew, ryt. Zawsze taki sam.
Połączenie ze wspólnotą, także jej przodkami, na zgromadzeniu. Wytworzenie energii. Ołtarz, kapłan, kadzidło.
Ponieważ przebywałam skromnie w przedsionku cerkiewnym w nieruchomej pozycji stojącej musiałam odnaleźć w sobie źródło spokoju w szumie własnej krwi. Wszyscy tak stali, oprócz tych, którzy napełniali ruchem wnętrze świątynki. Całowali ikonę, stali w powoli przesuwającej się kolejce do spowiedzi, bili pokutne pokłony przed ukrzyżowanym Jezusem, żegnali się znakiem krzyża, gdy każdorazowo chór kobiet wznosił refren Sława tiebie Gospodi! albo podobny Gospodi pomiłuj! Niektórzy wychodzili w trakcie, rozmawiali przed cerkwią, a potem wchodzili znowu, żeby sprawdzić na jakim etapie jest ceremonia.
Obserwując swoje reakcje wyciszyłam się i podążyłam za grupową energią. I, śmiech, i zaskoczenie. 
Było w niej dużo zdrowej chłopskiej cielesności. I praktycznego myślenia. I osadzenia w glebie, i zakorzenienia w przodkach i własnym ciele.
Wszyscy wspólnie stali-śmy w brzuchu ogromnej Matrioszy. Baby-Ziemi. Bogini. Cudowne, rozkoszne bezpieczeństwo. Cała treść chrześcijańska obrzędu była jak... gazy przesuwające się wewnątrz owego matczynego brzucha, albo czasami jak poruszanie się nieświadomego jeszcze płodu. 
11:54, transwizje
Link Komentarze (1) »
środa, 08 września 2010
Twór-nie
Przyśnił mi się AS. Nie był podobny do tego ze zdjęć. Bez zarostu, spokojny młody człowiek. Spotkaliśmy się, oprowadzałam go po moich włościach, które były jakieś większe. I dziwne, bo np. do wielkiej drewnianej obory prowadziły... schody ruchome, zresztą zepsute. Coś puściło w mechanizmie i stopnie skosiły się tak, że nie można było na nich stanąć. Rozmawialiśmy o tworzeniu przyszłości umysłem. Powiedziałam, że zrezygnowałam z tych zdolności, bo moje lęki okazują się większe od dobrej spokojnej wyobraźni. Tym samym mogłabym niechcący, wystraszona czymś i poruszona negatywnie generować złe zdarzenia. Przyznał mi rację. On potrafił panować na tyle nad umysłem, aby nie tworzyć tragedii. 
Ciekawe było to, że czułam do niego miłość jak do rodzonego brata.
Były jeszcze jakieś dziwactwa. Np. nie chcąc zabijać zawinęłam w bandaże dwie maleńkie kaczuszki, aby poczekały na moją spóźniającą się mamę, która miała zdecydować co z nimi. Ale one zostawione sobie gdzieś na półce z książkami zdechły i to w męczarniach. 
- Lepiej by było, gdybyś po prostu ucięła im łebki siekierą - powiedziała mama po swoim spóźnionym o kilka dni powrocie.
No, tak, ale nie mogłam się przemóc, by to zrobić. Wolałam zostawić to innym.
09:36, transwizje
Link
poniedziałek, 06 września 2010
Zielononiebieśnie
I znów bezsenność wielogodzinna. Usiadłam i zaczęłam medytować z oddechem, kolorami i słowami Źródło (zielony wdech jak Ziemia) i Miłość (niebieski wydech napełniający Niebem). Gdy z tego urodził się kolor zielononiebieski (święty kolor Majów) położyłam się i po jakimś czasie zas-łam.
10:44, transwizje
Link
 
1 , 2
Archiwum