bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
czwartek, 27 września 2012
Omdlenie
Niedawno dotarły do mnie wieści niepokojące. Dotyczą dorosłej od niedawna S., która zaczęła objawiać dziwne zachowanie. Lekarz zdiagnozował depresję i przepisał psychotropy. Dziewczynie na tyle się pogorszyło, że traci apetyt, ma obsesję bycia niekochaną przez rodzinę, wszyscy oceniają jej zachowanie jako obce i dziwne u niej (była dotąd żywą, aktywną i pomagającą wszystkim młoda osóbką), zrobiła się milcząca i zła. No, i zaczęła mdleć. Bez wyraźnego powodu, bo badania na razie niczego specjalnego nie wykazały. Lekarz zmienił rodzaj leku, ale nie ma żadnej poprawy. Zdałam sobie sprawę, że rzecz była mi zapowiedziana jakiś czas temu w transie, gdy doczepiła się do mnie jakaś młoda dziewczyna i błagała o pomoc. Nie jestem na razie w stanie zaprosić jej do siebie, choćby z tego powodu, że panna chodzi jeszcze do szkoły. Zaczęłam modlitwy i medytację. Dziś nad ranem przyśnił mi się jej problem. Zemdlała, byłam w ekipie pomagających jej, zaatakował ją dziwny osobnik, istna maszkara. Przejęłam atak, i o ile udało mi się go odepchnąć na pewien dystans od siebie, to kurczowo trzymał swoją rękę na moim splocie słonecznym, sięgając do serca. Użyłam brutalnej siły i zdeptałam go. Okazał się jakby poskładany z różnych części, głowy, rąk, nóg i splecionych drutem. Zmiażdżyłam mu bezlitośnie głowę, ręka obsunęła się bezwładnie na ziemię. Mój pomocnik podniósł jego czerep do góry, pusta, obrana z mięsa czaszka, w której grzechotał jakiś kawałek kości, może ząb. - O - powiedział mój pomagier - nic dziwnego, że go to tak gryzło całe życie... Czyli mamy ducha...
09:11, transwizje
Link Komentarze (4) »
piątek, 07 września 2012
W-ł-ó-dnie
W środku nocy walczyłam z astralnym atakiem. Zaczęła się budowa, firma ruszyła z pierwszymi pracami, a ja wszedłszy do budynku (na jawie nie istniejący) zobaczyłam leżące na terakotowej podłodze liczne jadowite wielkie osy-matki, gotowe znosić jajeczka i mnożyć się na potęgę. Wiedziona instynktem znalazłam w klamotach pojemnik muchozolu i wypsikałam podrzucone nam zarzewie trującym gazem aż do skończenia się go w pojemniku. Właściwie muchozol sam zaczął lecieć, ledwie odetkałam zatyczkę i sam zdecydował, że wypsika się aż do dna. Osy-matki i ich jadowity paskowany pomiot właśnie lęgnący się, padł na miejscu. W trakcie snu weszłam w trans, silnie waliło mi serce i pracowała czakra słońca, odbijając czyjeś poczucie niższości i krańcową złość. Zaczęłam odruchowo odmawiać modlitwę do Boga. A potem znalazłam się w Łodzi, na Piotrkowskiej, gdzie spragnionej znajomej łodziance, która tam mieszkała, nie dane było kupić w nocy upragnionego napoju (chyba wody), bo ulica dla kasiastej elity została przeznaczona.
21:01, transwizje
Link Komentarze (1) »
Archiwum