bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 29 września 2015
Spiżowo

Sen nad ranem: znalazłam się w miejscu mojej dawnej pracy, na zapleczu biurowym dworca. Moi dawni znajomi wciąż tam jeszcze pracowali, choć było też kilka nowych młodych pracowników. Jak np. jakiś chłopak, albo dziewczyna (trudno było poznać płeć) z usianą zasklepionymi rankami twarzą. Ponieważ trwały jeszcze godziny obsługiwania klientów poszłam do pakamery, aby się zdrzemnąć i poczekać, aż nastanie bardziej sprzyjający czas na rozmowę. Rozważałam też trochę przy okazji, czy wypada wciąż jeszcze robić towarzyską balangę w biurze. Może lepiej będzie zaprosić wszystkich do jakiejś knajpy i tam powspominać dawne dzieje? Kiedy tak spałam przyśnił mi się jakiś wodny akwen poznaczony liniami prostymi wyznaczającymi granice terytoriów, po którym płynęła żaglówka (ja w niej) na pełnym żaglu z wiatrem, w rozpędzie przeskoczyła zgrabnie nad jedną z takich granic. Kiedy ocknęłam się w pakamerce, bo zajrzała tam moja dawna kierowniczka, wciąż tam jeszcze pracująca oraz prezes K., stary wiarus spółdzielczości z mojej poprzedniej pracy, i trzeba było się przywitać. Nie byli źle nastawieni w sprawie towarzyskiego spotkania, więc uznałam, że pogadamy w biurze. Wyjrzałam wtedy przez okno i zobaczyłam podjeżdżający pod  budynek dworcowy rządowy samochód. Zapamiętałam litery z tablicy rejestracyjnej WP i jakieś cztery cyfry, może data? Było tam 20 i chyba 5 albo 6, nie jestem pewna. Za kierownicą siedział generał. Był dziwnie wielki, większy niż normalny człowiek, a jego twarz wyglądała jak ulana ze spiżu. Był bardzo poważny, wysiadał, aby wejść do naszego biura.

Co do owego miejsca pracy oraz miasta tyle wiem, że symbolizuje w moich snach świat rządowej biurokracji w Polsce.  

10:25, transwizje
Link Komentarze (17) »
niedziela, 27 września 2015
Łopatkowo

Transwizja w pierwszej części nocy: ocknęłam się w transie, wyczułam koło siebie, a raczej za sobą czyjąś obecność. Pierwsza myśl: ufo, obca istota. Widziałam pod powiekami jakiś stożkowaty kształt w kolorach ciemnoniebieskim i czerwonym. Odbierałam ją negatywnie. Usiłowała podłączyć się do punktu na kręgosłupie na wysokości łopatek, tam zawsze przysysają się wampiry energetyczne, albo zagubione duchy. Zaczęłam odruchowo recytować modlitwę. Słysząc swoje słowa wymawiane w myślach jako głos. Istota jakby zamarła i czekała, aż skończę. Pomyliłam się w tekście, od razu przyssała się znowu. Skoncentrowałam się głębiej i powtórzyłam modlitwę prawidłowo, opanowując lęk. Istota z jakimś odczuwalnym przeze mnie żalem odsunęła się, znikła, a ja obudziłam się na jawie. Moje ciało leżało odwrotnie, niż odbierałam jego położenie w transie, do tego na plecach, a w zwidzie leżałam plecami do góry. 

10:44, transwizje
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 września 2015
Dachowo

W ostatnich dwóch tygodniach znamienne były dwa sny dwojga różnych osób z podobnymi symbolami i o tym samym, jak mniemam. Czyli o istnej inwazji uchodźców arabskich na Europę, która zachwiała Niemcami i resztą krajów zachodnich. Polaków na razie zaniepokoila i zmusza do przewartościowań. 

Pierwszy sen opowiedział mi Jan, którego spotkałam niedługo po powrocie ze szpitala, podczas wycieczki na świętą górę Grabarkę. Był tym snem zaniepokojony, bo powtarzał się co kilka dni w niezmiennym kształcie. Otóż nagle zapadał się dach w jego domu, szybko i tak głęboko, że nie dało się myśleć o naprawie. Zapytał co to może znaczyć.
Przyznałam, że sprawa wygląda niebezpiecznie. "Zawalą się plany i cele na przyszłość u ciebie albo w twojej rodzinie, a może na szerszą skalę" - powiedziałam. Jan miał zmartwioną minę.

Kilka dni temu zaś Anna opowiedziała mi swój sen.

- Był dziwny i jakiś niepokojący - przyznała - Przyśniło mi się, że w naszym domu na poddaszu bawią się dzieci Abdulów i jeszcze jakieś tutejsze. Tak biegały i skakały, że nagle trzasnęła belka stropowa i rozeszła się niebezpiecznie. Z początku wyglądała bez zarzutu. Była co prawda łączona, ale starannie umocowana kołkiem, wyszlifowana, pomalowana. Okazało się teraz, że w środku była stara i spróchniała i już nie da się jej połączyć... Zresztą ten dom był całkiem inny, niż w rzeczywistości, tylko przypominał nasz.

Abdul to znajomy Czeczen, który jakiś czas temu usiłował z rodziną osiedlić się na podlaskiej wiosce, ale w końcu nagle wszyscy wyjechali do Brukseli.

Ten sen już szybko przypisałam właściwej sytuacji. Domy rodzinne, działki często symbolizują kraj rodzinny, ojczyznę, państwo.

A poza tym czuję się stopniowo coraz lepiej. Choć każdy większy wysiłek muszę odespać w łóżku następnego dnia. Lekarka twierdzi, że drżenie nóg i osłabienie potrwa około trzech miesięcy, a cała rekonwalescencja po KZM trwa pół roku. Przypadłość jelitowa już w zaniku. Dzięki pasteryzowanym jagodom i naparowi z korzenia kobylaka.

10:31, transwizje
Link Komentarze (6) »
niedziela, 13 września 2015
Jagodowo

Po prawie dwóch tygodniach borykania się z poszpitalną biegunką i nieudanymi próbami walki z nią przy pomocy reklamowanych w aptece farmaceutyków ogłaszam dzisiaj wstępnie pokonanie wroga sposobami naturalnymi. I to w ciągu jednej doby! Wstępnie, gdyż wszystkie objawy niedyspozycji jelitowej jeszcze nie znikły, jednak najbardziej męcząca polka-galopka w dzień i w nocy ustąpiła. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co konkretnie pomogło? Zjedzenie w czterech porcjach co kilka godzin słoiczka pasteryzowanych leśnych jagód. Teraz w czółko się swoje pukam, że tak długo nie pamiętałam o ich właściwościach. Moja nieżyjąca mama na pewno zaaplikowałaby mi je jako pierwsze, zaraz po powrocie ze szpitala. I oszczędziła męczarni. Zawsze, co roku szykowała baterię słoiczków jagodzianych na zimę, także i w takich medycznych celach. I mnie ten zwyczaj pozostał, dlatego jagody się w potrzebie znalazły i jest ich nieco więcej, ale na razie zaprzestanę ich dalszego spożywania, bo wygląda na to, że mogłyby pojawić się kłopoty odwrotne, z pozbywaniem się niepotrzebnego bagażu.

19:47, transwizje
Link Komentarze (12) »
czwartek, 03 września 2015
Śnio

29 marca tr. rano wpadłam w stan wizyjno-senny (mogłam w każdej chwili otworzyć oczy i odbierałam też wrażenia z zewnątrz): najpierw pojawił się świat intensywnej zieleni (kolor radiestezyjny), a w nim robale, pajęczakowate, kleszczowate. Poruszały się i przemieszczały. Potem zobaczyłam głowę jakiejś dziewczyny, owiniętą całkiem białym opatrunkiem, pajęczaki wchodziły jej w usta, nosem, w oczy.

Taka była zapowiedź efektów działania ukąszenia kleszcza, którego znalazłam na sobie w połowie lipca.

Podobna wizja pojawiła się na kilka dni przed drugą fazą choroby. Dziewczyna, w której ustach tkwi wielki czarny kleszcz, widoczny do połowy. I jakieś prędkie sceny szpitalne.

Po zaaplikowaniu mi leków przez kilka dni miałam wizje właściwie na jawie. Otwierałam oczy, i obrazy nie znikały. Przedstawiały przede wszystkim pajęczakowate stwory, które dość szybko zamieniły się we włosowate kłębki, pewnie tak wygląda wirus. Te kłębki z czasem zaczęły się dzielić, strzępić i znikać. Spoza nich wyłaniała się czysta struktura moich szarych komórek. Widziałam także później coś w rodzaju tapicerskich wzorów, w kolorze żółto-złotawym. Po wzięciu wszystkich leków te obrazy znikły zupełnie.

Lekarska opowiedziała mi, że reakcje subiektywne na neurozakażenie są bardzo różne. Spotkała np. człowieka, który mówił, że jego "kury zrobiły się takie wielkie jak strusie" i wszystko widział dziwnie powiększone. Ja z kolei miałam wrażenie dystansu, oddalenia, pomniejszenia.

Podczas dalszego leczenia sny miałam rzadkie i dość dziwne. Ukazywały świat ponadosobisty, zbiorowy, w którym mnie nie było wcale. Zasypany uschłymi żółtymi liśćmi, nasłoneczniony, jak przez ten upalny i suchy sierpień tegoroczny, z małym lwiątkiem Simhą siedzącym dość bezradnie w dołku. Albo stare nieznane miasto, w którym ludzie na jesień i wiosną zbierali się na święto kwitnących liliowo gałęzi jakichś krzewów, które masowo rwali. W ich duszach była przepiękna pieśń. Albo włóczyłam się z Adamem po starym Piotrkowie, dziwnie oświetlonym późnym wieczorem, pełnym starych zabytków, przeważnie kościelnych, a w nich i przy nich dziwnych, naładowanych jakąś prastarą energią pomników z brązu itp. stopów metalowych. Pomniki przedstawiały dawno zapomniane ważne postacie z prehistorii, nikt już nie wiedział, czy był to stary nasz polski król, czy kapłan, czy może wódz słowiański jeszcze sprzed chrześcijaństwa. Jeden z nich miał u swego powstania jeszcze wyłupane mieczem dwa skrzydła. Wg legendy jakieś dwa słowiańskie rody przysięgły strzec w czasie przekazu, lub zemsty wobec przekazu tej postaci i zrobiły ten znak na wieczną pamiątkę. Adam spojrzał wtedy na mnie. Pochodziłam z jednego z tych rodów. Ale pozostawiłam to bez komentarza, dość obojętnie.

13:32, transwizje
Link
środa, 02 września 2015
Po

Wczoraj wreszcie wróciłam w domowe pielesze. Mocno jeszcze osłabiona, więc większość dnia przeleżałam. Zaliczyłam jednak szpital, całe dwa tygodnie, nie dało się inaczej. Zaraz wzięli mnie w obroty. Krew, neurologia, ekg, tomografia mózgu, w końcu punkcja kręgosłupa, przeżycie dość niemiłe i ostatecznie najbardziej osłabiające. Badanie płynu mózgowo-rdzeniowego dało wynik pozytywny, KZM, kleszczowe zapalenie opon mózgowych. Przez tydzień wisiałam na kroplówkach. Przez dobę z siostrą Basen, bo nie można po zabiegu oderwać głowy od poduszki. Po tygodniu już byłam odstawiona od leków, na szpitalnej diecie i w obłokach. Głównie leżałam i gapiłam się w niebo za oknem. Szczególne przeżycie wyłączenia z życia, przez pierwszy tydzień pustki w głowie, wyizolowania ze wszystkiego. Nie dziwiło mnie nic. Ani, że ów kleszcz przywidział mi się wcześniej, ani nawet, że prawie 20 lat temu mialam wizję, w której traciłam nagle przytomność, omdlewałam, a gromadka kobiet wokół mówiła, że to się stanie, gdy będę mieć 54 lata. Na niebie pełnia progresywnego księżyca, stan szczytowy raz na 29 lat.

Mam wrażenie, że coś zmienię, ale jeszcze nie wiem co. Odpoczywam. Regeneruję ciało. I przede wszystkim zjechane kuracją antybiotykową jelita.

09:36, transwizje
Link Komentarze (8) »
Archiwum