bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
poniedziałek, 26 września 2016
Dwunastka

Przedwczoraj zerknęłam trochę na stronę autorstwa niejakiego Jana Chrzciciela, gdzie jest przekaz o tworzeniu dwunastek.

Dzisiaj pierwszy w środku nocy wizjosen: trudno go opisać, bo najwięcej działo się w abstrakcji, umysł chwytał w lot pewne treści bezpośrednio, bez obrazów, lub mimo nich. Treści poza słowami, tak jak to się odbywa w telepatii. Rzecz działa się jak w jakiejś grze, której bazą wyjściową była historia uczniów Jezusa. Idea zostawała wystrzelona do przodu (nie wiem, przez kogo, wychodziła jakby spoza i znade mnie na zewnątrz, tylko, kto dyktował sen? Widziałam to jak jakiś niewidzialny pocisk wystrzelony wzdłuż asfaltowej drogi przed siebie). Wraz z tym wystrzałem ruszaliśmy spontanicznie biegiem w pogoni za pociskiem, aby go schwytać w locie. Widziałam kilkoro osób. Kiedy udało się się go złapać uruchamiała się w każdym wiedza, potrzebna do podjęcia gry. I odpowiednia „tożsamość”, czy raczej rola do zagrania. Piotra, Pawła, czy inszych apostołów. Zawsze dwunastu, dwanaścioro. Każdy kto schwytał to "coś", mógł zainicjować powstanie swojej dwunastki, na tych samych zasadach.

Z dalszego snu pamiętam wizję: stoję wśród ludzi czekających na lotnisku, przy wyjściu, na kogoś. W drzwiach pojawia się kobieta, która właśnie przyleciała z daleka, ze świata, dość wysoka, szczupła, bladawa na twarzy, poważna, jakaś szycha, którą otoczyli ważniejsi od nas odbierający. Słyszę zdanie z jej ust, mówione do witającego. Że trzeba sprawdzić, czy może rozmieścić? wszystkie posłane? wcześniej osoby, także te żyjące samotnie i na odludziu… Miałam wrażenie, że kobieta jest jakąś zarządzającą specjalnym zakonem kobiecym, i sama żyje w zupełnym wyrzeczeniu. Wydawała się dość sroga.

W kolejnym śnie wylądowałam w mieście, które uważałam za Warszawę. Wysokie wieżowce, ulice szerokie, brak tłoku i samochodów. Weszłam do sklepu, żeby coś kupić do jedzenia. Było to jakby na mojej dawnej ulicy, ale sklep w środku dziwnie się zmienił. Lada była inna, obudowana, nieprzeźroczysta. Stał za nią mężczyzna, który obsługiwał jeszcze kogoś przede mną. Zauważyłam na półkach wielki kloc sprasowanego mięsa, z którego odcinano żądane kawałki na sprzedaż, gdzie indziej jakiś tłuszcz, wyglądający jak bryła smalcu. Zrezygnowałam z zakupów, bo nie miałam ochoty na mięso. A żadnego urozmaicenia tam nie było. Pamiętam jeszcze, wieczorną porą jakiegoś człowieka leżącego na brzegu chodnika, którego sprzątały jakieś służby.
W którymś momencie zorientowałam się, że znalazłam się w jakimś innym czasie, niż mój, a może to świat alternatywny? Idąc ulicą zauważyłam idącą mi naprzeciw jakimś mostkiem dziewczynę. Postanowiłam sprawdzić, czy mnie widzi. Bo może jestem tu niewidzialna? Stanęłam naprzeciw niej i czekałam, aż podejdzie. Zatrzymała się i uśmiechnęła.
- Widzisz mnie? – zapytałam.
- Tak.
- Nie jestem stąd.
- Wiem.
- Co to za miasto?
- Warszawa.

Ruszyłyśmy na miasto, bo dziewczyna postanowiła mnie po nim oprowadzić. Spotkałyśmy jakichś jej znajomych. Między innymi kobietę w dojrzałym wieku, zdaje się nauczycielkę.
- Czy na świecie panują wojny? – zapytałam więc.
- Nie. Nie ma wojen – odpowiedziała moja znajoma.
- A który macie teraz rok? – dociekałam dalej.
Wtedy włączyła się w rozmowę owa „nauczycielka”. Zrobiła grymas wielkiego zastanawiania się i otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie mogła sobie przypomnieć. Po chwili stwierdziła:
- 2999 czy 3999, tak jakoś.
Zdumiało mnie to i zamilkłam, choć myślałam, że to jakaś podpucha. Czy oni wciąż tu stosują datowanie wg ery chrześcijańskiej? Poza tym podany rok przekraczał nawet datę końca naszej ery podaną przez Nostradamusa. Coś się nie kleiło.

Wczorajszy sen ma się dopełniająco do dzisiejszego o grze w 12. W rodzinnym domu na parterze zjawiło się trochę gości. Przyjmuję ich razem z siostrą, umożliwiając nocleg. Jest m.in. RoD, gość z wielką patriarchalną brodą, mówię do niego najpierw per: Pawle, a potem poprawiam się na Piotra, bo nie mogę sobie przypomnieć jego imienia. Jest też para Tybetańczyków z synkiem, i jeszcze jacyś nieznani mi na jawie ludzie. Nie wiem, po co ten zjazd.
Kładę się spać na tapczanie, pośród nich i zapadam w trans. Mam widzenie, że w połowie października zacznie się jakieś dramatyczne zamieszanie w kraju, na świecie, nie zapamiętałam co. Chaos, rozgardiasz, ale raczej nie wojna. Coś jak nagły kryzys finansowy, załamanie. Na koniec ukazał mi się plakat, przedstawiający twarz żeńskiej istoty okoloną gęstwą wzburzonych włosów, tak jak na znanym plakacie Che Guevary. Przy lepszym wpatrzeniu się rozróżniłam, że to głowa sarny wychylająca się z krzaka. Świetny symbol bogini lasu, Diany. Przy czym pamiętam, że la diane, znaczy Pobudka. Pod spodem napis: Puszcza Białowieska. I zaraz obraz stosów pociętych pni drzew.
Budzę się w pełnym ludzi pokoju. Są jacyś zgaszeni, nieaktywni, jakby na coś czekają. Zastanawiam się, kto przyrządzi śniadanie, kto je opłaci. Nikt się na razie nie wychylał, więc i ja nie podniosłam tematu. Dałam nocleg, więc chyba na razie starczy. Siostra sprowadziła elektryka, bo pojawiła się awaria, licznik dymił z przeciążenia prądu. Elektryk dłubał coś na zewnątrz okna w przewodach zewnętrznych.

10:28, transwizje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 września 2016
Ćma

Dwa, a może trzy dni temu podczas rozmowy wieczornej w kuchni przy ciemnym oświetleniu nagle przeleciała koło mnie wielka czarna ćma i zygzakowatym niezwyczajnie prędkim lotem skierowała się w kierunku zlewu. Po czym znikła. A. też ją zauważyła, przerwałyśmy rozmowę i dłuższą chwilę rozprawiałyśmy o tym. Poszłam nawet szukać owada, ale go nie znalazłam. Pomyślałam, że to jakiś duch, ale nie pomyślałam czyj.

Ciężka noc. Zwidy. Z kociej perspektywy. Raz usta jakiejś smutnej starszej kobiety, może moje. Kluska wyzdrowiał i bawił się z czarną Kicią. Wyglądał tylko inaczej, miał dwoje oczu i bure łatki na pyszczku. Nie mogąc spać usiadłam i modliłam się jakiś czas. Rano, podczas obrządku Kluseczka odszedł. Już bardzo wychudzony, zimny i sztywny.

Wczoraj jeszcze łudziłam się, że może z tego wyjdzie, że to tylko zakłaczenie. Dostał dużą dawkę olejku parafinowego. Ale nie, nic takiego nie wydalił. Zapewne zatruł się otrutą myszą.

Pochowałyśmy go koło Miłej. Kolejny kamień położony na zwierzęcym cmentarzyku.

10:41, transwizje
Link
wtorek, 20 września 2016
Bogowie stwórcy

Po obejrzeniu przed snem filmu "Prometeusz" (podobały mi się wizualizacje, reszta to kopia Obcego, choć niektóre rozwiązania graficzne nawiązują chyba bardziej do mitologii greckiej) rano, przy wybudzaniu się zaczęłam widzieć jakieś ciemne poruszające się postaci. Kiedy skoncentrowałam się w głąb rozróżniłam potężnego czarnego bardzo wysokiego dinozauroida, manipulującego rękami przy niewielkiej przy nim figurce człowieka (miał jaśniejszą od niego barwę, szarawą). Wyglądało jakby odkręcał lub przykręcał mu głowę, lub jeszcze wtykał mu coś do mózgu. Człowiek był bezwładny, jak lalka. Wkrótce dinozauroid zniknął, jego miejsce zajęła wysoka boska przepiękna kobieta. Z jej ust wydostawała się jasna energia, która trafiała w usta człowieka. Po chwili postać kobiety przemieniła się w równie szczupłą i wysoką kosmitkę o wielkich migdałowych czarnych oczach. To była ta sama istota.

10:06, transwizje
Link
środa, 14 września 2016
Na wschodzie

Najświeższy wideoklip Marii Peszek, autorstwa Anny Maliszewskiej, kręcony bodajże w Kijowie, na przełomie sierpnia i września, kojarzy mi się dziwnie bardzo ze snem opisanym tutaj, 7 sierpnia.

16:34, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2016
Zaświaty

Przed snem znów czarne oczy humanoidalnej istoty, tak samo przymrużone, jedno bardziej od drugiego. Odniosłam wrażenie, że istota owa słabnie i jest umierająca...

We śnie błąkałam się późnym popołudniem po piotrkowskim cmentarzu. Razem z dawną koleżanką, która usiłowała w końcu mnie stamtąd wyciągnąć. Zajęłam się jednak nad jednym z grobów wróżeniem z kart. Był to dziwny tarot. Karty ukazywały rysunki układów karcianych. Rozłożyłam od góry po cztery karty w pięciu rzędach, nie bardzo wiedząc, co mają owe rzędy pokazywać. Przyjrzałam się niektórym kartom w dwóch najwyższych, zapewne opowiadających przeszłość. Na jednej był układ trzech odwróconych giermków, a na drugiej trzech odwróconych mieczy. Opowiadało to o samotności, rozpadzie układów ze znajomymi, braku przyjaciół i nieprzekazywalnym bólu z tego z powodu. W końcu zniecierpliwiona moim lekceważeniem jej koleżanka odeszła w swoją stronę. Na cmentarzu było wielu ludzi, kręcili się, bo zbliżało się święto zmarłych. Liczyłam, że ją łatwo odnajdę, gdy skończę, ale tak się nie stało. Znikła. Pewnie wyszła z cmentarza. 

Błąkałam się dalej w narastającej frustracji. Pochylałam się nad jakimś pustym grobem. Zapadł wieczór. Ludzi przybywało. Potem ruszyłam alejką i nagle natknęłam się na idącego w parze z jakimś nieznajomym człowiekiem, mojego mistrza reiki, na jawie nieżyjącego już Piotra B. Powitałam go, spojrzał na mnie zaskoczony i zmieszany. Urwał kontakt ze mną na dłuższy czas przed swoją śmiercią, o której dowiedziałam się bardzo niedawno zresztą. Odpowiedział, ale nie wykazał żadnego odruchu i chęci porozmawiania ze mną, więc szłam dalej. 

Wyszłam z cmentarza i zaczęłam myśleć o powrocie do rodzinnej miejscowości, do domu. Właśnie uciekł mi ostatni autobus. Było około 20 godziny. Nagle zaczęłam biec ulicą, brukowaną, z ceglanym murem z boku, bo usłyszałam odgłos z dworca PKP odjeżdżającego pociągu. Może jeszcze zdążę! Nie widziałam otoczenia wyraźnie, tak jakbym była bez okularów. W końcu trafiłam na róg ulicy, były tam otwarte drzwi jakiejś kolejowej stróżówki. Gdy przystanęłam widzenie wyostrzyło się. Spytałam o wejście na dworzec, gdzie jest.

- Najbliższe dopiero pod Łodzią - odpowiedział strażnik. - Nie ma tu dworca. Tylko ja.

Zawróciłam na dworzec PKS. Dopadłam jakiegoś zapełnionego pasażerami autobusu, odjeżdżającego ze stanowiska. Choć nie miałam żadnych pieniędzy w kieszeniach na bilet. W rozpaczy postanowiłam jechać na gapę, może tylko podjechać bliżej w moim kierunku. Stanęłam blisko kierowcy, bo zresztą dalej się nie dało wejść. I zaczęłam z nim rozmawiać. W języku może niemieckim, a może holenderskim, nie wiedziałam dokładnie. Widziałam siebie z boku jako obcą mi na jawie kobietę w wieku średnim. To po to, aby go oswoić i przekonać, że mam bilet. Może się uda bez kontroli. Wyjechaliśmy na obrzeża miasta. Było inne, niż w rzeczywistości. Leżało nad brzegiem morza, w zatoce były niewielkie wysepki, a na nich dziwnie, piękne starożytne posągi. Zorientowałam się, że jestem w zaświatach.  

10:36, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 września 2016
Ogrzewanie ochładzanie

Notatki do poprzedniego wpisu. Sen spełnił się następująco:

Pogadałam sobie wczoraj wieczorem niespodziewanie na czacie z fejsbukową znajomą, która jest teraz zafascynowana kwestią urządzenia sobie domowej chłodni. (We śnie było na odwrót, szło o ogrzanie zimą pokoju). Napisała co następuje:

JAZ: nasza chałupa ma wnękę z cienką ścianą w aneksie na piec i stare oryginalne zawiasy do drzwi i tam biegną rury z zimną wodą... chcę to wykorzystać do stworzenia lodówki bez prądu...

Jej historia tłumaczy początek snu. Zjechała bowiem, podobnie jak ja, z Warszawy na pogranicze, jednak zachodnie, poniemieckie tereny. Kupiła stary poniemiecki dom, który próbuje od kilku lat wraz z mężem urządzić i odbudować.

Kwestia rozmowy z Wojciechem J. wypełniła się z kolei dzisiaj, gdy przeczytałam jego najświeższy wpis na Tarace na temat Tollego. Tak! Uśmiechałam się dziwnie kobiecym uśmiechem tego człowieka!  

19:41, transwizje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 września 2016
Uśmiech cudzego losu

Przed snem pod powiekami dwoje czarnych oczu wpatrujących się we mnie, nie ludzkich. Duże, jedno bardziej przymrużone, niż drugie, po otwarciu szeroko - okrągłe. Po chwili wyłoniła się twarz humanoida. To zresztą nie pierwszy raz ostatnio.

Sen długi, ciągnący się do rana, z zawiłościami akcji. Pamiętam fragmenty. Drogą wzdłuż dużej rzeki jechał wojskowy transport kilkoma ciężarówkami, wypełnionymi żołnierzami. W pewnym momencie zatrzymali się, oddział wysiadł i żołnierze zajęli się niszczeniem starych metalowo-betonowych umocnień rzecznego brzegu. Robili to wielkimi wiertarkami kruszącymi beton i łomami. Woda w rzece była czysta i ciepła, kusiła do kąpieli, wskoczyłam do niej i pływałam z przyjemnością.

Zamieszkiwałam (jako członek owego stacjonującego żołnierskiego oddziału) w wynajętym pokoju w jakimś drewnianym domu. Gospodarz, starszy człowiek zaproponował mi zmianę pokoju na bliższy łazienki, w którym - jak opowiadał z lubością - przy budowie zamontował rury podgrzewające pod podłogą, była też możliwość usunięcia jakichś szafek z zabudowanej wnęki i wstawienia pieca, bo było w tym miejscu dojście do komina. To na przypadek zimowania, i gdyby zima miała być rzeczywiście zimna. W pokoju naprzeciw mieszkał nieżyjący już na jawie Sławko z mojej wsi. W razie czego można go było prosić o jakąś pomoc.

Siedziałam przy drewnianym stole na ławie gdzieś na świeżym powietrzu, koło szamana Wojtka J. i próbowałam nawiązać rozmowę. Nie był zbyt otwarty. Opowiedział komuś, pokazującemu w jakimś piśmie zestaw znaków podobnych do chińskich heksagramów, że analiza wyników jest dla niego długa i żmudna. Wykonuje ją bardzo szczegółowo i bierze później poważnie do serca. Stara się unikać trudności, zapowiadanych przez niektóre linie, manifestujących się pod symbolicznymi postaciami przypisanych im przez mędrców dawno temu.

- Ile ja się nabiedziłem, aby nie natknąć się na pewną starą znajomą, pokazującą się zawsze w jakimś kącie placu, czy przestrzeni, gdzie przechodziłem... - opowiedział.

- A ja się tym nie przejmuję. Staram się przyjmować wszystko z uśmiechem, takie jakie jest i ma być - uśmiechnęłam się do niego, ale tego nie zauważył. Albo zlekceważył. Nie był to mój uśmiech, stwierdzam, ja się tak kobieco i łagodnie nie uśmiecham.

10:10, transwizje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 września 2016
Muśnięcie cienia

Wizjosen: widzenie animacyjne, myślenie jak postaci z gry komputerowej. Sztuczna inteligencja. Umiejętność logicznego przewidywania zdarzeń, jak w szachach. Ujrzałam swoje życie krótko, zwarcie, do przodu, z taką szczególną siłą i zręcznością planowania posunięć, jak wpuszczony w grę gracz. Może agent, mający zadanie do wykonania. Brak oporów, jakichkolwiek. I strachu. Emocji generalnie, wszelkiego rodzaju.
Widzę postać młodej dziewczyny, razem z nią ktoś jeszcze jest, nie pamiętam szczegółów. Pewnie to byłam ja, świadomość ego, zawsze pozostająca na zewnątrz postaci we śnie. I stąd złudzenie istnienia drugiej osoby.
Patrzę nocną porą z ulicy w okno swojego pokoju na piętrze w domu rodzinnym. W oświetlonym pokoju widać wiszący na ścianie obraz Matki Boskiej z aureolą w kształcie półksiężyca. Przemykam się, jakby chcąc coś wziąć nie swojego, czy ukraść w podpiwniczeniach, nakładam na siebie mnóstwo ubrań, nie swoich, jedno na drugie, aż staję się gruba i niezgrabna. To przebieranie się w dowolną ilość tożsamości.
Na koniec coś ciemnego, ponurego się staje, jak nieuniknione. To, co miało się stać? Nie wiem co, bo zakończenia snu dziwnym trafem przypomnieć sobie nie mogę, mimo starań.

We śnie, oglądając akcję okiem cyborga myślałam o sztucznej inteligencji, i przepowiedni Nostradamusa o skonstruowaniu czegoś martwego żywego, czemu odmówiona zostanie dusza. I co stanie się przyczyną ogromnych trudności. 
Zamachowcy-cyborgi.

Wieczorem dziwne samopoczucie. Od jakiegoś czasu czasem się pojawia. Nagle przyszło mi do głowy, że się zmieniam. Naprawdę. Nie na żarty. I poczułam lęk. Bicie serca. Jednocześnie zaciekawienie. Jakby cień czegoś mnie musnął. Tej zmiany. Otwieranie się czegoś więcej, nade mną. Konieczność spojrzenia jeszcze na coś, co mnie przeraża. Nic poza tym. Program jest zasłoną. Poza nim cośkolwiek w ogóle jest?

Musi być, bo skąd by się wziął program? Kto by go stworzył i wpisał?

09:58, transwizje
Link
 
1 , 2
Archiwum