bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 18 września 2018
Senny serial

5.IX Hipnagog: czaszka z czarnymi oczodołami, z jej ust wydostaje się jakby czarny język (może czarny płaski przedmiot).

7.IX W moim domu (ciemno pomalowany, drewniany z mansardą, inny) rozpanoszyła się ekipa budowlańców, szykujących sobie tymczasowy pokoik gdzieś na górze. Z materiałów stosowali wiklinowe plecionki, nic trwałego. Szefował im człowiek ze szczególnym błyskiem w oczach, który skądś znam i nie mogę sobie przypomnieć skąd, miał posturę któregoś z rzeczywistych budowlańców, których zaliczyłam przy licznych remontach. Rozpanoszyli się, bo bez pozwolenia zrobili też wykop od mansardy po piwnicę, zabezpieczając go prowizorycznie przed osypem deskami. Niezadowolona zajrzałam tam i odkryłam, że za cienką warstwą rozkopanej ziemi są ceglane solidne mury podpiwniczeń, prowadzące gdzieś w głąb. Zażądałam, aby zostawili tę robotę, nie pozwalam. Sama zaś naruszyłam lekko ręką warstwę gleby przy ścianie i ta obsunęła się całym płatem, odkrywając mur. Chciałam im w ten sposób pokazać ich gapiostwo. Kiedy wróciłam na to miejsce okazało się, że znów buszują bez pozwolenia. Usunęli ziemię ze ścian i odsłonili przejście w głąb, do kamiennej sali. Przed tą salą w murze po prawej stronie było jakieś zamknięte wejście. W głębi sali i wielkich kolumnach, które wspierały strop pałętało się sporo osób. Ostrzegłam ich, aby wyszli, nie podobało mi się to penetrowanie i te zamknięcia, dawno temu ukryte. Coś tam było niebezpiecznego. Z wejścia po prawej zaczęła nagle wylewać się gęsta ciemna krew i szybko tworzyć wielką kałużę na posadzce sali. Kto w nią wdepnął był w tarapatach, przyklejał się, a może krew była żrąca albo nie do zmycia (nie badałam tego, słyszałam tylko okrzyki grozy).

8.IX Zwidywały mi się czarne plamy, potem biała czaszka z czarnymi oczodołami przemieniająca się w twarz kobiety. Pomyślałam, że to Lilith, miała czerwone wargi.

9.IX Poprosiłam czachulca o prowadzenie i czuwanie. Pojawiła się niewyraźna wizja: jakaś chmura przypominająca kształt włochatego psa z ciemnym nosem, dłoń podająca mi jakiś ciemny płaski lity przedmiot, przypominający szlifowaną kamienną płytkę o wygiętych dowolnie krawędziach. Pomyślałam, że to ten sam przedmiot, który niedawno widziałam w ustach czachulca, i który wtedy wzięłam za czarny język.

14.IX Hipnagogi: usta kobiece, z nich wydostaje się pająk, potem jakaś czarna płaska płytka z czymś jasnym nieco w kształcie serca na sobie – wszystko zamazane, to tylko moje domysły. Usta kobiece czerwone, wydobywa się z nich znak jang-in. Usta kobiece jak brzeg czary.

16.IX Zwrot ku czachulcowi, niech prowadzi dalej jak chce. Nagła wizja: kilka białych istot w kolorze takim biało-perłowym, zwarcie przy sobie głowy, uśmiech w oczach.
Ze snów: w domu rodzinnym na piętrze goszczę prezydenta, którym jest dobry znajomy, koziarz mieszkający w puszczy (ma charyzmę Baracka Obamy), on siedząc zwrócony z prawa na lewo Ekranu trzyma przed sobą dużą białą planszę-tablicę i pisze na niej różnymi charakterami pisma oderwane zwroty, frazy, nieważne jakie, ważna jest ta różnica charakterów. Stoję po jego lewej stronie, nieco z tyłu, i zaglądam mu przez ramię z szacunkiem. On tłumaczy, że są wśród ludzi, którzy piszą tymi różnymi charakterami także prostytutki, a styl prostytutki musi być inny wśród wszystkich, żeby go można było odróżnić od reszty. Przytakuję, oczywiście, to zrozumiałe. Tak, jakby prezydent był zbiorczą świadomością tych wszystkich różnych indywidualności i to ona dyktuje im, co i jak mają przekazywać/pisać.
Wychodzę z domu na ulicę, głowę mam mniejszą od tej, którą niosę na szyi, albo moja głowa jest większa od siebie samej.
Ktoś umieścił na szczycie wieży kościoła jakieś naczynie (?) przywiązane sznurem do drona. Dron wystartował i porwał je za sobą daleko, ale opór powietrza sprawił, że szybko zerwało się i spadło, także dron stracił szybkość i musiał lądować. Właściwie to teraz nazywam go dronem, bo we śnie wyglądał jak mały samolot.
Wieść: żeby odkryć na czym naprawdę stoi mój dom – skojarzenie z rozkopami z innego snu – potrzeba energii skupienia na tym temacie czterdziestu ludzi. Jak w baśni o Ali Babie i 40 rozbójnikach.

17.IX Nasze obejście zajmowało dużo większy obszar i było ogrodzone siatką. Za bramą zgromadziła się spora grupa ludzi, kontrolerów, policjantów i urzędników. Podeszłam do nich wolno i zabroniłam wchodzić. Nie dałam im tego prawa i nie weszli, przestępując jedynie z nogi na nogę i gapiąc się zza siatki. Wracając zauważyłam, że w boksie kóz coś się dzieje, drzwiczki były rozchylone. Zajrzałam, między kozami buszował/skrywał się młodziutki tygrys.

10:29, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 września 2018
Polska Grenlandia

Wylądowałam na Grenlandii. Są tam miejscowi Polacy! Fascynuje mnie to, robię z nimi wywiad. Para – stara matka i dorosły syn, prości ludzie, mieszkają na wzgórku w ogrodzonej siatką przestrzeni, która nie ma bramki tylko ciasną dziurę w płocie, przeciskam się z trudem. Oni sobie radzą świetnie. Hodują jakieś zwierzęta. W dole wzgórza płynie woda, wzbiera okresowo. Jak to na wyspie północnej, jest zimna. Nie przejmują się niczym brnąc przez nią zanurzeni nawet po szyję tak jak stali, w ubraniach. Nie okazują żadnej reakcji na niską temperaturę, zadziwia mnie to. Ich organizm przywykł do ekstremalnego chłodu. Potrafią z sąsiadami, zanurzeni po szyję w tej wodzie stać na zalanej drodze i śpiewać swoje ludowe piosenki.
Zbiegam szybko, a raczej chyba frunę w dół wzgórza, starając się z nimi rozmawiać i unikać wody.
Potem pojawia się kwestia [nieślubnego] synka mojej dawnej przyjaciółki, to niemowlę. Pomagam w opiece nad nim. Zapakowanego ciepło i bezpiecznie w jakimś wózku zabieram gdzieś w górę poza wioską do opuszczonej drewnianej chaty, aby tam mógł wyspać się spokojnie i w miarę bezpiecznie. Penetrując chatę znajduję ślad czyjegoś pobytu, niewielką czarną lornetkę. Przymierzam do moich oczu, pasuje, bo redukuje moją wadę wzroku i mogę zobaczyć wreszcie co się znajduje na podwórzu sąsiedzkim. Nic szczególnego, wielka stodoła, jakieś klamoty porozrzucane dość swobodnie za ogrodzeniem. Odkrywam jednak jeszcze drugie obejście znajdujące się za tym sąsiednim. I tam mogę zerknąć. Widzę teraz kilku strażników w czarnych mundurach, siedzą tyłem do mnie i obserwują przestrzeń przed sobą, zatem jestem bezpieczna. W takim razie to oni tutaj byli i któryś zapomniał lornetki.
Wracam do dziecka, zaglądam do wózka, biorę na ręce. Było zapakowane w podłużne pudełko z przykrywką i dopiero w jakieś okrycia i nakrycia wózka. Spało, przebudziłam niepotrzebnie, zaczęło płakać krzywiąc buzię. Wtedy pojawił się staruszek, pamiętam go nieszczególnie, z siwym nieogolonym zarostem na twarzy, drobny, w łachmanach, albo w niechlujnym ubraniu. Nie był wrogi, pomógł mi przy dziecku i wrócić z nim do grenlandzkiej polskiej wioski. Sam został w chacie, która była jego tymczasowym schroniskiem.
Tymczasem wody [chyba wiosenne] opadły. Widzę po środku wsi sad owocowy. Na gęsto posadzonych starych drzewach mnóstwo drobniutkich jak czereśnie żółtawych jabłuszek. Liści nie widzę w kolorach, są czarne razem z pniami i gałęziami jak widzi się pod światło, albo na czarno-białej fotografii. Pewnie w tym klimacie większe owoce nie dałyby rady urosnąć – myślę. Ale i tak jest pięknie i urodzajnie, jak to w sierpniu. Nie, mamy już wrzesień, owoce powinno się już zebrać na nadciągającą zimę (odnotowuję kiks z czasem 8-9).
Za sadem wypada brzeg wyspy i widok na morze. Ktoś mnie tam prowadzi, a mnie z miejsca ogarnia zdumienie i zachwyt. Widok morza jest niecodzienny. Fale płyną jakby z lewa na prawo, choć przy brzegu tworzą większe wzburzenia, co sprawia wrażenie, jakby wszystko z nimi było w porządku i uderzały w normalny sposób o skaliste wybrzeże. Są na nich miejsca wirujące [zdaje się z prawa na lewo, tworzące kształt nieco spłaszczonej elipsy] w ciemniejszym niebieskim kolorze, wyglądają trochę jak burzowe chmury na niebie. Niebo wchodzi w biały kolor, morze ma różne odcienie niebieskiego, które tworzą jakby poziome warstwy na falach.

Mój komentarz: To wiem. Kanał minusowy ciągnie się do granicy 8/9, albo kapkę dalej. Jak przypuszczam wiedzie na Ziemię i z nią jest związany. Tutaj Polacy, czyli Ziemianie dostosowali się do minusowych warunków, nie tracąc "głowy" (która wystawała z wody i śpiewała wspólnotowe pieśni). Było też dzieciątko z matki nie-boskiej, które trzeba było czasowo ukryć. Minusowo pokazany archetyp starca i chłopca, starej i nowej świadomości, która się rodzi, mimo czarnych strażników, którzy przypadkiem zgubili "oczy" i patrzyli w inna stronę. Jest kawałek świętego mitu zatem. Dzikie jabłonie, w morzu poziomy-struny, wir w kolorze mentalu - próba zakręcenia falą w drugą stronę. Z zieleni to tylko nazwa była. Bo nawet jabłonie wydawały się pozbawione koloru.
JB: Szechinę określa się panną bez oczu.
Ja: He, czyli patrzyłam jej oczami?
JB: To możliwe.

 

10:15, transwizje
Link Dodaj komentarz »
Archiwum