bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
poniedziałek, 31 października 2005
Codzienność VII

Sobota: Sen: Donald Tusk i Pierwszy Bliźniak na wyprawie w polskie Tatry, nad brzegiem nieco zmętniałego Morskiego Oka rywalizują o pierwszeństwo w wejściu na szczyt. Rozmawiam z Donaldem w ten sposób:
- Mam nadzieję, że zdaje sobie pan sprawę, że nawet gdy pan wygra wybory, na co wszystko wskazuje, Bliźniak Nr 1 nie przestanie być pańskim rywalem i zawsze będzie panu deptał po piętach, dążąc do wytknięcia panu każdego błędu oraz przejęcia władzy?
Kątem oka spostrzegam ze zdziwieniem, że rywalowi Donalda w błyskawicznym tempie wydłużają się nogi i staje się mu równy, a może jeszcze wyższy?

Niedziela: 21 października Astromaria dała w swoim blogu wpis, który jest opowieścią o spełnieniu się w rzeczywistości jej życia treści mojego snu, zapisanego tutaj pewnej soboty, 8 października, czyli prawie 2 tygodnie wcześniej.
„Męski wdzięk? Zastanawia mnie pewne niezrozumiałe dla mnie zjawisko psychologiczne, które dotyczy głównie mężczyzn, aczkolwiek nie wyłącznie ich. Co gorsze ci mężczyźni działają w branży psychoterapeutycznej, powinni więc być wyjątkowo taktowni, delikatni i subtelni, żeby swoim brakiem psychologicznego wyczucia nie robić krzywdy osobom wrażliwym, poszukującym u nich pomocy.” Po tym wstępie następuje relacja z jej dyskusyjnych kontaktów z dwoma astrologami, „młodym ambitnikiem” i „starym wróblem”, którą wypisz wymaluj w stylu komiksowym streścił mój sen o polemice z Szamanem.

Poniedziałek: Zaczęłam czytać po raz wtóry „Nowoczesny mit. O rzeczach widywanych na niebie” Carla Gustava Junga. Wieczorem trafiłam w TV na film z Melem Gibsonem „Znaki”. Znacząca synchroniczność – jakby to wytłumaczył stary doktor. Film trochę mnie przeraził, mimo że powinnam być „oswojona” z gadzimi istotami, których szokująco drapieżne wizyty przeżywałam w ciągu wielu miesięcy w 1999 i 2000 roku. Większość osób, które nigdy nie doświadczyły stanu transwizji sądzi, że i Jung i kontaktowcy mówią tylko o „snach”, o w gruncie rzeczy nierealnych sytuacjach, z których w końcu wszyscy się budzą w dobrze sobie znanym, materialnym świecie. Co najwyżej nieco poturbowani i zdezorientowani przez parapsychicznie wykreowane siły, które ubrały się w strój wzięty z nieświadomych projekcji wziętego (opętanego przez nieświadomość). Tymczasem nawet Jung nie traktował wszystkich wizji do końca jako snu, halucynacji, gdyż sam je przeżywał i mógł doświadczyć niesamowitego realizmu przynajmniej niektórych z nich, wrażenia faktycznej Obecności Innego tak silnej, że pochłaniającej całkowicie dotychczasową świadomość jawy. Potrafił także uważnie i skromnie słuchać swoich psychiatrycznych pacjentów. Film był o tyle niepokojący, że zilustrował dość wiernie przepowiednie, o których mówią na przykład channelingi Kasjopejan. Oto świat, kontaktujący się z nami przez wieki za pomocą „wzięć” lub projekcji ciał wyższego rodzaju w trzeci wymiar nagle styka się z naszym na równych prawach i zaczyna naprawdę pożerać ludzi. To już przestaje być mniej lub bardziej koszmarnym snem, fantastyczną teorią, szaleństwem albo naiwnością umysłu, a okazuje się potwornym faktem, w obliczu którego stają zwykli ludzie, którzy muszą znaleźć oparcie w podstawowych wartościach swojego człowieczeństwa. O wielkości jungowskiej koncepcji świadczy to, że nawet wtedy w ostatecznym podsumowaniu daje się potraktować fizyczne pojawienie się dinozauroidów jako uzewnętrznioną projekcję zwierzęcej natury tkwiącej w genach naszego gatunku, z którą w trakcie Armagedonu można będzie tylko albo przegrać (dać się wchłonąć, czyli pożreć i cofnąć duszę w rozwoju ewolucyjnym) lub wygrać (zabić kosmicznego gada mocą ziemskiego ducha, odnajdującego w sobie Boga). Ma ona najwięcej wspólnego z buddyjskim widzeniem Jaźni i emanujących z niej światów, w których dusza błąka się bez przewodnika dotąd, aż wróci do Centrum, w głąb siebie. W nocy spałam spokojnie snem bez snów.

Czwartek: Sny polityczne, związane z tworzącym się Rządem. Najpierw moja matka, pomagając jakiemuś mężczyźnie chwyciła fachowo, z wiejskim doświadczeniem białą gęś za wypchaną jedzeniem szyję i prędkim, zdecydowanym ruchem przecięła jej gardło. (Symbole są komiksowe, gęś oznacza społeczeństwo, które głosowało na Tuska i PO, lecz szef PiSu i jego wyborcy urywają głowę tamtej koncepcji i nie licząc się z wolą prawie połowy elektoratu odcinają się zdecydowanie od zadeklarowanej kiedyś współpracy; moja matka gra rolę katolickiej, prawicowej opinii, cenzury obyczajowej i mieszkańców wsi, popierających PiS). Potem była tajemna, nerwowa ucieczka z czymś tajnym w głąb Rosji, przez trzy dni było się bezpiecznym, potem mogły być kłopoty, związane z klątwą (klątwa oznacza karę za złamanie cyrografu podpisanego ze złymi siłami, w tym wypadku pewnie rosyjskim wywiadem). Późnym wieczorem mój ojciec, mocno upity alkoholem zasnął na werandzie naszego dużego, luksusowego domu. Nagle usłyszałam hałas w pobliżu bramy, na ulicy, odgłosy bijatyki z jakimiś młodymi, agresywnymi chłopakami. Podeszłam do drzwi wychodzących na werandę, ale wtedy rozległ się strzał. Wystraszona upadłam na podłogę, kryjąc się za ścianą. Ojciec obudził się i w panice wbiegł do pokoju. Jeszcze nie zdążył położyć się tak jak ja, gdy rozległ się drugi strzał; na szczęście żadne z nas nie oberwało. Ten drugi strzał wyrwał mnie ze snu. (Mój ojciec symbolizuje rządzącą do tej pory lewicę post-komunistyczną, upitą dobrobytem i władzą, ja wcieliłam nowoczesne ruchy feministyczne; strzały oznaczają zagrożenie nagłą czystką). Obudziłam się z poważnym i nieodgadnionym wyrazem twarzy Drugiego Bliźniaka.
Rozumiem teraz, że niedawny sen o Króliku, lądującym na moim podwórzu własnym helikopterem zapowiadał nagły kryzys w ugrupowaniu PO, popieranym przez nuworyszy, przedsiębiorców i ludzi dążących do wielkiej kasy, takich jak Królik właśnie.

14:53, transwizje
Link
sobota, 22 października 2005
Codzienność VI

Czwartek: W jednym z ostatnich numerów lokalnej gazety natknęłam się na wieść, że widziano „niezidentyfikowany obiekt” na wieczornym niebie w trzech nadbużańskich miejscowościach w dniu 22 września, przedrukowano nawet zdjęcie zrobione przez rolnika, nad którego podwórzem „to” dość długo się unosiło; wielki błysk jasnego światła, rozmyty w obiektywie aparatu, był podobno większy, niż Księżyc w pełni. Jedno z tych miejsc jest 13 km od chatki. Po powrocie zerknęłam do swojego kalendarza. Tamtej nocy miałam sen wizyjny, w którym występowała dawna moja znajoma parająca się literaturą piękną, nosiła plastikowe okulary w kolorze czerwonym i miała kupę kasy, gdyż jej książki miały wielkie wzięcie. Pożyczyła mi łaskawie na bilet kolejowy, gdy nie mogłam od niej wyjechać po wizycie i koczowałam na dworcu z innymi biedakami. Sen był jednym z pierwszych z „serialu sukcesu”, który zaczął mnie wtedy nawiedzać. Co do NOLi i nieba - patrzę na gwiazdy codziennie, wychodząc wieczorami na siku, ale nic prócz sputników, samolotów i wschodzącego czerwonawo Marsa nie widziałam nadzwyczajnego. 

Piątek: Sen wizyjny zaraz po zaśnięciu: rzecz dzieje się w pokoju w chatce, a może w leśnym domu Niejakiej... Niejaka siedzi przy biurku i pisze. Rozmawiam z nią w pozytywnym stylu, chwalę, zachęcam, ale zauważam, że ona jakaś dziwna jest, oczy jej błyszczą, unika patrzenia na mnie wprost, może pijana? Jest sroga zima, noc. Nagle zauważam, że stary piec pękł na wysokości 2/3 i zrobiła się w nim spora rysa, pogłębiająca się stopniowo. Dymnik otwarty wpuszcza do jego wnętrza upiorny odgłos szalejącego na zewnątrz wiatru. Wicher hula w piecu, gwiżdże i wyje, jęcząc głosem młodej, oszalałej dziewczyny... Obudziły mnie diaboliczne energie, które przystopowałam modlitwą. Powiedzenie: „W starym piecu diabeł pali” nabiera głębi, mieszkającej w pierwotnych skojarzeniach.

Niedziela: Potwór ptasiej grypy powstaje w masowej wyobraźni niczym samospełniające się proroctwo. W moich snach panuje milczenie na ten temat. Serial o zarazie w Europie, dwóch ogromnych białych limuzynach gnających z zachodu na wschód z nie kończącym się diabelskim jazgotem kół: „chorychorychorychorychorychorychorychorychorychorychory...”, wizje „weneckiego karnawału” na wybrzeżach włoskich i francuskich, chorych ludzi wynoszonych wprost na ulice miast, skąd, ledwie zmarli zabierały ich służby sanitarne na wielkie ciężarówki, sny o skażeniu jedzenia, w którym zanikała „siła życiowa”i konieczności przyrządzania sobie samemu pokarmu, najlepiej z własnych upraw, kwarantanny w zainfekowanych miejscach w Indiach, także w niektórych regionach Polski (południowych), nastroju życia tu i teraz, gdyż śmierć spadała nagle bez wyboru, choć byli tacy, którzy nie zachorowali wcale, lecz nikt nie wiedział dlaczego tak się dzieje, zamkniętych granicach, wypatrywaniu ptaków na niebie, niosących wieść o wyrwaniu z matni, ogólnej niepewności jutra, ciężkich czasach, po których ma przyjść wielkie szczęście – dręczyły mnie w „paranoicznych” latach 1999/2000.

Poniedziałek: Sen rodem z „serialu sukcesu”: dostałam zaproszenie na koncert divy E.D. Niewielka sala, przeważnie młoda widownia napalona klasycznym w sztuce piosenkarskiej nazwiskiem, w końcu zaczął się występ. E.D. okazała się starą, brzydką, pomarszczoną kobietą z długimi, farbowanymi na czarno włosami i wielkim głosem, którym zaśpiewała większość swoich standardowych pieśni, znanych przez słuchaczy na pamięć. Koncert organizował jej młody kochanek, wysoki, szczupły, przystojny, ale wyprany z wyższych uczuć facet z włosami barwionymi na rudo. Po jej występie zaczęła się gala gejowskich gwiazd estrady, co mocno zniesmaczyło mnie i kilkoro jeszcze wielbicieli E.D., mimo, że rozumieliśmy już, czemu diva unika rozgłosu i blasku jupiterów, a zatem „przestała być rentowna”. Nie umiała jednak skończyć ze sztuką w odpowiednim momencie.

Wtorek: Kolejny sen z „serialu sukcesu”: pojawił się Królik z żoną. To długa opowieść, skąd się znamy i jak ta znajomość przez lata trwała. A także o tym, kim jest Królik teraz, a kim był kiedyś. Niemniej co nieco podpowie fakt, że Królik przyleciał do mojej chatki własnym helikopterem, wpadając – jak dawniej to czynił – nagle i dla rozrywki, gotów fundować sobie i innym przyjemności gastronomiczne i alkoholowe bez umiaru. Towarzyszyła mu żona i dziecko. Był wieczór, zaskoczona wyszłam do niego już z pościeli. Wylądowali prawie pionowo, po długim, wysokim locie spod swojego Kazimierza nad Wisłą. Królik był dziany jak zawsze, pełen sympatii do ludzi, którym pragnął pomóc, lecz okazało się, że miejscowi nazywali go z lękiem: „Mikroszym, synem sowieckiej siły” i unikali go jak zapowietrzonego. Zapragnął nawiązać kontakt i zdobyć zaufanie na wschodzie afiszując się z moją skromną osobą. Zajrzałam do jego helikoptera. Był załadowany po brzegi czarnym węglem.
- Czyżbyś myślał, że u mnie zmarzniesz? Że nie stać mnie na opał? – zdziwiłam się, ale to w końcu było do niego podobne.
- Mam cały zapas drewna na zimę, spokojnie, nie potrzebuję twojej pomocy... – powiedziałam i obudziłam się, a wtedy przypomniałam sobie, że czarny węgiel jest w moich snach zawsze symbolem ciężkiej choroby lub depresji.

12:29, transwizje
Link
czwartek, 13 października 2005
Codzienność V

Środa: Senwizja: Weszłam do ogromnej Świątyni Bożej, przepięknego budynku wzniesionego według wszelkich zasad sztuki Architektury. Ktoś mnie bacznie i podejrzliwie obserwował z boku, czy zasługuję, aby tam być, czy wykonuję wszelkie przepisane rytuałami ruchy. Uklękłam w drodze do ołtarza, przeżegnałam się, lekceważąc fakt, że ludzie jakby się ode mnie odsuwali. Nagle zauważyłam, że w tłum wmieszał się Jezus Chrystus tak skutecznie, że nikt go nie poznał. Spenetrował wnętrze Świątyni Doskonałości i nie zauważony przez nikogo ukradkiem wycofał się ku wyjściu, a gdy już był blisko, po prostu uciekł stamtąd szybkim krokiem.
Krótkie wizyjne przebicie: wyczekująca obecność obserwującej zbiorowej świadomości kosmicznych istot z bardzo starej, zdegenerowanej moralnie i genetycznie rasy. W innym śnie nieznany starszy pan pokazał mi kotki, które narodziły się w jego domu. Były to dwa różnokolorowe maleństwa z ciemnoniebieskimi łatkami na główkach. Orzekłam, że jest to nowe, podwójne wcielenie Kociej Babci i dobrze by było, gdyby ich nie rozdzielał. Starszy pan odszedł z kociętami z miną wskazującą na to, że niezbyt wziął sobie moje słowa do serca, a szkoda.
Pojechałam do miasta. W kafejce internetowej podszedł do mnie nagle maleńki kotek w kolorach tak cudacznie pstrych, że od razu przypomniał mi się poranny sen. Znak od Kociej Babci, pocieszający w smutku rozstania, jak uśmiech na twarzy nieznajomej osoby w słotny dzień.

Czwartek: Wizja: ciemny cień człowieka znika w ciemności nocy...
Wizja: biały niedźwiedzio-dzik pojawia się na podwórzu, w rogu związków.
Kola dostała zastrzyk przeciw psim chorobom u miejscowego weterynarza, sympatycznego niskiego pana z wąsami, w cenie 25 złotych (w mieście żądano 50). A MJ rozpytywał, czy nikt nas nie nachodził, czy jest spokój.
- „Wszystko w porządku” - odpowiedziałam, nieco zdziwiona. Ta jego delikatna sugestia jednak, w połączeniu z nocnym obrazem obudziła we mnie niepokój. Wieczorem pani Jadzia, przy nalewaniu mleka opowiedziała o złodziejach marchwi, którzy buszowali u niej na polu przez dwie noce.
- „Dzisiaj syn nie spał, tylko pilnował i nic więcej już nie zginęło. Zdążyliśmy zebrać wszystko” - skończyła opowieść i dodała do mleka 10 jajek gratis. 

Sobota: Sen: Występował w nim jako żywo Szaman, dyskutujący w gronie swoich znajomych na temat „głupoty niewieściej” sprawiającej, że kobiety nie mogą u niego wejść w fazę pogłębionego wtajemniczenia. W odpowiedzi jedna z rozeźlonych pań opowiedziała o swoim spotkaniu z młodym astrologiem, który upił się pewnej nocy podczas wspólnego wyjazdu w góry i zmusił ją do wysłuchiwania wszelkiego rodzaju niedorzeczności i poprzekręcanych emocjonalnych urazów i iluzji, lejących się alkoholicznym ciurkiem z jego „męskiej duszyczki”.
- „To wpływ Marsa w Byku teraz” - stwierdził uczenie Szaman, także spec od astrologii, opisując w ten skrótowy sposób zjawisko, które Jung nazywał „opętaniem mężczyzny przez Animę”.
- „Za to Wenus w Baranie bywa niemniej śmieszna i trudna do zniesienia. Kobiety pod jej wpływem palą, piją, wszczynają idiotyczne dyskusje i targają się za łby, wprawiając mężczyzn w całkowity niesmak” - dodał na koniec, odparowując cios astrologicznym opisem „opętania kobiety przez Animusa”. Zapewne docierają do mnie sygnały z dyskusji na forum internetowym, tylko kurczę, po co? No, niby wiem, że odbieram telepatycznie napięcia w umysłach moich bliższych i dalszych znajomych, ale najczęściej zdarza się, że nawet mi o tym nie opowiadają, tak jestem od tych spraw daleko nawet w ich wyobraźni. 

Poniedziałek: Sen: znalazłam się na castingu w renomowanej redakcji, która ogłosiła nabór nowych, młodych, zdolnych pracowników. Oferta była kusząca, oprócz dużej pensji, można było także dostać luksusowe mieszkanie. Właściwie tylko towarzyszyłam AN, która napaliła się na pracę redaktora technicznego. Poszukiwano dokładnie 15 osób. W poczekalni zgromadziło się już 14, sama ezoteryczno-astrologiczna branża, przeważnie młode, ambitne kobiety z Warszawy, święcie przekonane o swojej kompetencji i wartości. AN nie mogła się dodzwonić z komórki do szefa i wciąż nie była wpisana na listę oczekujących, ale kazałam jej zająć miejsce w kolejce, aby nie przegapić okazji. W końcu zjawiła się młoda sekretarka i zebrała od wszystkich papiery, wyniki testów, aby je zanalizować w gabinecie szefa. Hurtem wzięła je także ode mnie. Po jakimś czasie przyniosła 9 gotowych analiz, reszta (w tym AN) miała jeszcze czekać na swoją kolejność. Poszłam za nią do sekretariatu, aby wytłumaczyć błąd, który mógł sprawić, że AN mogła się nie załapać.
- Proszę mnie nie brać pod uwagę. Ja nie mam wyższego wykształcenia, jestem samoukiem i nie aspiruję do pracy w waszej redakcji. 
Sekretarka spojrzała na mnie sympatycznie.
- Nie szkodzi. Dla nas liczy się talent i doświadczenie, a nie tylko formalne świadectwo. Właściwie ma pani największe szanse, po wstępnych oględzinach papierów. Proszę czekać na wyniki...
Na tym sen się skończył i obudziłam się w przyjemnym nastroju. 

10:47, transwizje
Link
środa, 05 października 2005
Codzienność IV

Czwartek: Śnił mi się Jeden z Bliźniaków. Miał przemówienie w sejmie. Przyznał się, że jest gejem i stanowi „1 procent innych w parlamencie”. Postawił na prawdę. Miał twarz zmęczonego życiem i kamuflażem człowieka.

Piątek: Sen: Byłam dobrą przyjaciółką Donalda Tuska, młodego wdowca. Niespodziewanie, gdy zaczął zwyciężać w rankingach prezydenckich stałam się ważną osobą, choć wielu jeszcze o tym nie wiedziało. Kiedy przechodziłam przez salę pełną osobistości, podczas ogłoszenia wyników wyborów, sykano na mnie i zwracano uwagę zarozumiale, że przeszkadzam, że „nie tędy droga”. Przedarłam się jednak i stanęłam na scenie obok Donalda, a owym widzom „zrobiło się łyso”...

Niedziela: Sen: umarł wielki poeta „Herbert”, na kilka dni przed śmiercią stracił pamięć i obległo go stado wychwalających go pod niebiosa wielbicieli, na co już nie miał żadnego wpływu. Co bardziej „wtajemniczeni” w ostatnią wolę zmarłego przekazywali błogosławieństwo zgromadzonym przy pomocy tajemnego rytuału, zrozumiałego tylko dla nich. Zjawiłam się na tej imprezie nieproszona, co wszystkich oburzyło, lecz miałam prawo tam być, gdyż łoże śmierci zmarłego przypadkiem znalazło się w jednym z dwóch moich gabinetów pracy i nikt nie śmiał mnie wyprosić. Zjawił się także D. Olbrychski, jedyny mój przyjaciel pośród tej zgrai chwalców, a żałobne ceremoniały odprawiał prymas Polski. Daniel złożył wizytę u łoża zmarłego, lecz wyszedł stamtąd z jakiegoś powodu w złym humorze. Niewiele rozmawiał i zaraz ruszył do wyjścia, pogardliwie lekceważąc gwar zgromadzonych. Wyszłam za nim, mając nadzieję, że podwiezie mnie swoim samochodem, ale zniknął mi z oczu już na parkingu. Stanęłam zatem na przystanku autobusowym, lecz przeładowany autobus nie zatrzymał się.
Na pobliskim skrzyżowaniu jakaś młoda dziewczyna rzuciła ku mnie piłkę wielką jak rozdmuchany balon, odbiłam ją, dość niezręcznie kierując ją w bok. Nie podjęłam gry. Nagle z budynku żałobnego wyszedł tłum i rozciągnął nad głowami zgromadzonych setek ludzi ogromny transparent z czerwonym napisem na białym tle: „Głos Robotniczy głosem ludu pracującego...”. Chcąc nie chcąc dzierżyłam w ręku jego przedni róg i znalazłam się w czołówce pochodu. Tłum pod rozciągniętym nad jego głowami hasłem zaczął szturmować wielki budynek Redakcji Wielkiej Polskiej Gazety Rządowej po drugiej stronie ulicy. Człowiek trzymający drugi przedni, lewy róg transparentu był tym pierwszym, który z impetem ruszył na podbój Redakcji i dostał się na wyższe piętra, a ja – nieco zdezorientowana początkową sytuacją i brakiem umówienia się co do wspólnego ataku – zrobiłam to z pewnym opóźnieniem, ale z równym sukcesem z prawej strony. 

13:14, transwizje
Link
Archiwum