bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
sobota, 30 października 2010
Dusznie
Źródło ducha się wyjaśniło. Zjawił się brat pani Eli z synem. Został wdowcem 2 miesiące temu. Żona zmarła po długoletniej chorobie i wielu operacjach na raka. Pochował ją tak, jak sobie życzyła, czyli skremował. 
- Pochowaliśmy to umęczone i bolesne ciało, co tyle trudów choroby musiało znieść i podoba mi się to coraz bardziej. Znikło, nie ma. Ale gdzie ona teraz jest? Tyle opowiadają o duchach, ale ja nadal żadnego znaku nie dostałem.
Zmilczałam jej odwiedziny u nas w chacie ostatnio. Pod tąże niewidzialną postacią.

Widziałam ją żywą, zdrową (tj. po pomyślnie zakończonej operacji kilka lat wcześniej) podczas podpisania ostatecznej umowy zakupu naszego miejsca na ziemi u notariusza. 2 lata temu prawie o tej porze, tj. w znaku Skorpiona.
Pan J. był uradowany postępami naszej budowy, ponownym ożywieniem tego pamiętnego dla niego miejsca. Była to chata jego rodziców. Kupili działkę u stóp Góry i kilka hektarów lasu do wykarczowania za całe 1000 złotych, było to w latach 30-tych. Matka była krawcową, szyła kalesony, za jedne brała złotówkę, uszyła ich tysiąc i to było jej wiano, za które mogli zacząć życie na swoim.
Wciąż rośnie za domem drzewo życia posadzone ręką jego ojca w dniu, kiedy się urodził. Już 70-letni jawor. 
20:15, transwizje
Link
czwartek, 28 października 2010
Rannie
Bezsenność całonocna. Dziwne odgłosy w domu zrywały mnie na nogi trzy razy. Sprawdzałam czy koty nie broją, ale spały spokojnie. Uderzenie w klawiaturę komputera, otwieranie się drzwi do jadalnego (okazały się zamknięte) i jeszcze jakieś inne niezidentyfikowane. Kiedy o świcie przysnęłam zjawił się nagle duch.Osoby żyjącej. I powiedział mi coś, jakby się żegnał. Pamiętam słowa: "jedzenie... hermetycznie zamknięte". Wystraszyłam się, próbowałam zatrzymać, ale wymknął się, a ja obudziłam się z wstrząsem serca.
09:05, transwizje
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 października 2010
Znamiennie
Wróciłam wczoraj do analizy tekstu Nostradamusa "Znamiona zaćmienia". Zarzuconego jakiś czas temu pod nawałem (nawałą?) spraw (nie)codzienno-budowlanych. Przerobiłam kilka zdań do przodu i olśnienie.
Ta przepowiednia traktuje o wojnie na Bliskim Wschodzie, ostatecznym starciu chrześcijaństwa z islamem w naszych czasach.
Nie zajmuję się jeszcze datami. Z możliwych dat początkowych trzeba brać powstanie ruchu syjonistycznego na zachodzie, powstanie Izraela, upadek szacha Iranu lub pierwszą wojnę w zatoce. Zapewne Nostradam wspomina o wszystkim w toku opowieści i dotrę z wolna do wskazówek naprowadzających.
Przeniknięcie jego zakamuflowanej opowieści jest jak wnikanie w cień po spiralnie zakręconych schodach, w gęstniejący mrok, który posłużył mu jako impuls początkowy dla rozwinięcia tematu. Zaćmienie, cień zagarniający księżyc (czyli wschód), konkretnie dnia 16 września 1559 roku, było widoczne na określonym obszarze  świata, o czym autor wspomina 2 razy. Sugeruje w ten sposób gdzie szukać miejsca akcji, a może także punktu, w którym cień dotrze do swej granicy eskalacji i zacznie się cofać...
11:34, transwizje
Link
niedziela, 10 października 2010
Rydwanie
Pani Ela uzmysłowiła mi coś dwa dni temu. Ponieważ nie oglądam w ogóle tv nie mam pojęcia czym ludzie żyją. A tu żyją katastrofą ekologiczną na Węgrzech. I myślami o takich sprawach.
Dowiedziałam się zatem, że wielka przepompownia gazu z Rosji, która jest niedaleko granicy w sąsiedniej gminie ma swój jeszcze większy odpowiednik po stronie białoruskiej. I jakiś czas temu było tam ogromne zagrożenie awarią. 
- "Gdyby to wybuchło podobno nawet Brześć wyleciałby w powietrze." - pani Ela zacytowała słowa znanej jej pracownicy owej instytucji.
- Co tam Brześć, pewnie my też - uzmysłowiłam sobie. Choć to w linii prostej kilkadziesiąt kilometrów od nas.

Wczoraj po południu wpadł pewien miły człowiek z małym synkiem o imieniu Rufin Eliasz. Statek Eliasza. 
I niedługo potem, gdy odjechał, zdarzył się taki dziw.
W trakcie wieczornego udoju ujrzałam na niebie coś, czego nigdy w życiu nie widziałam. Było kilka minut przed 18. Niebo już lekko pociemniałe od zachodzącego słońca. 
Nad Górą, wysoko, leciało coś jak samolot. Zrazu pomyślałam, że to chemtrails, bo zostawiał za sobą jasną, świecącą smugę. 
Smuga jednak nie ciągnęła się, a towarzyszyła "samolotowi" w pewnej odległości. Dokładnie jak ogon komety. 
- Ki diabeł? - pomyślałam i nagle przypomniał mi się nocny sen. Śniłam o wielkim pocisku, wystrzelonym z przelatującego dziwnego pojazdu, który spadł po środku naszej-nie-naszej wioski. I nie wybuchł. Ostrzegałam mieszkańców wsi (było ich 350), aby uciekali jak najszybciej, bo to coś może w każdej chwili wybuchnąć. I ludzie zaczęli gromadnie wychodzić ze wsi.
Śledziłam poziomy lot pojazdu przez kilkanaście sekund. W końcu smuga zaczęła blednąć i zjawa szybko zniknęła. Działo się to na czyściutkim niebie.
Nie jestem znawcą lotnictwa. Ale nie był to samolot odrzutowy na pewno (nie zostawiał żadnego dźwięku ani śladu na niebie). Najbardziej przypominało to "coś" rakietę, czelendżera, lecącą płasko. Mogłoby być kometą, gdyby spadało albo tak szybko nie poruszało się i nie znikło.
UFO by mnie tak nie zdumiało, jak ten widok...

Przed snem ukazała mi się w wizji twarz białej istoty. Nie miała czarnych oczu, lub miała je przysłonięte błoną. I dziwny, poważny albo zmartwiony (o ile można przełożyć to na ludzki język twarzy) wyraz ust bez warg.
10:31, transwizje
Link Komentarze (3) »
środa, 06 października 2010
Palikotnie
Senwizja: odkryłam u siebie książkę, która dostałam w prezencie od mojej ukochanej polonistki na koniec liceum. Kiedyś ją kilka razy przeglądałam, ale w ogóle nie rozumiałam, więc odłożyłam na półkę. Teraz nagle olśniło mnie. Otworzyłam ją w przypadkowym miejscu i ze zdumieniem przeczytałam cały rozdział na temat roli Palikota w obecnej Polsce. Była tam nawet jego rysowana postać, w kudłatej czuprynie w stylu Sai Baby. Tekst traktował o tym, że Palikot będzie ogłaszał to, co się naprawdę ma wydarzyć i to się będzie spełniało, przez co zacznie uzurpować sobie rolę proroka. Ta jego wiedza jednak nie pochodzi od Boga, a jest sprytnym posunięciem spiskowym i manipulacyjnym. Podniecona usiłowałam opowiedzieć o niebywałych informacjach zawartych w tej książce innym, ale daremnie. Nagle nie mogłam w niej znaleźć tego rozdziału, tekst zmienił się. Nikt mi nie wierzył w to, co przeczytałam. Wertowałam uparcie książkę. W stopkach na początku i na końcu tomu nie było nawet daty wydania i można było zakwestionować to, co twierdziłam, że mam ją w bibliotece od lat i że nieżyjący już dawno autor był niewątpliwie jasnowidzem. W końcu znalazłam coś w rodzaju pieczęci bibliotecznej, którą wybito rok wydania, 1955. Autor był przedwojennym polskim profesorem, człowiekiem genialnym, który po wojnie wyemigrował do Francji i tam spędził resztę życia. Książka była podpisana nawet nie przez niego, a jego zachodnioeuropejską żonę. Imię w rodzaju Hannah (niepewne w mojej pamięci) i nazwisko (także jego) pisane Huynes. Stwierdziłam, że po polsku pewnie brzmiało Jin, ale z chińskim pojęciem skojarzyło mi się dopiero po obudzeniu się.
07:33, transwizje
Link
Archiwum