bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
czwartek, 16 października 2014
Naszło

Wieczorem zaczatowała do mnie Andzia,  załamana zaginięciem ukochanej bokserki przed pięcioma dniami. Z prośbą bym sprawdziła swoimi sposobami co się dzieje z psem i czy jest jeszcze jakaś szansa powrotu. Obiecałam, że spróbuję, ale w karty zajrzę rano (zastała mnie przy wieczornym winku) i poprosiłam, aby w nocy skoncentrowała się na pytaniu, a odpowiedź może do mnie przyjdzie.
Po czym wieczór mnie wciągnął, jakichś film na jutubie i sprawę zapomniałam. Kiedy zasnęłam przyśnił mi się dziwny wizyjny sen, nie mający jednak nic wspólnego z problemem Andzi, jednak naładowany mocnymi emocjami.
Obserwowałam jakiś inny świat. Dwóch czarno ubranych mężczyzn (czasem byłam jednym z nich) przepływało przed podziemną wodę. Po środku zbiornika sterczały dwie czarne rury, wiodące skądś dokądś, z góry w dół. Jedna była szersza od drugiej i przy niej czuło się dziwne niebezpieczeństwo i grozę. Przeszła mnie myśl, że toczone są jakieś eksperymenty poza prawem i wewnątrz jest o nich wiedza. Wyszłam na brzeg i stanęłam przy potężnej ścianie z otworem okiennym wychodzącym na świat zewnętrzny. Był to gigantyczny gmach zbudowany nie wiadomo przez kogo i jakimi sposobami. Musiałam ukrywać się za potężną ścianą, gdyż na zewnątrz wschodziło niesamowite ostre światło, jak obca gwiazda słoneczna. To światło mogło mnie zniszczyć, gdybym na nie spojrzała. Wyciągnęłam rękę przed siebie po przedmiot, który znalazłam na posadzce. Zobaczyłam swoją rękę w rękawie czarnej marynarki, śniłam więc oczami jednego z mężczyzn. Podniosłam tą ręką młotek. Był na nim jakiś tajemniczy napis. Kiedy chciałam go odczytać drugi mężczyzna wyciągnął po niego rękę i chwilę siłowaliśmy się, aż nagle zrozumiałam, że ten drugi to też ja, ale wyprojektowany w inny czas. teraz się zetknęliśmy przy znalezisku ważnym dla nas. Oddalam młotek. I zajęłam się ostrożnym zerkaniem na zewnątrz. Z dala najpierw widziałam na niebie ogromny rysunek spirali, przedstawiającej zasadę złotego podziału, ciągu Fibonacciego lub coś takiego, jednocześnie odebrałam to jako cykl księżyca. Inne zerknięcie jednak ukazało mi pierwsze promienie wschodzącej obcej gwiazdy. Ukryłam się. Obaj wiedzieliśmy jedno, zginiemy, jeśli spojrzymy na to światło wprost. Było tak potężne, zdumiewające. Budziło respekt. Nie strach. Ten świat skończy się taki jaki jest, gdy ono wzejdzie całkiem.
Patrząc w inną stronę zobaczyłam rzekę, uregulowaną, niezbyt dużą, w której właśnie coś się wydarzyło. Moje dwa psy, Miłka (nieżyjąca już) i Pasza radośnie wbiegły w nurt i jedna zaginęła. A. wskoczyła do wody ją ratować. Na dnie był jakiś betonowy próg, uderzyła o niego głową i na chwilę straciła przytomność. Wybiegłam z gmachu ją ratować i wydostałam ją jakoś z wody, oprzytomniała. Znalazła się też Paszka, zdrowa. Oba psy pobiegły w kierunku gmachu same, ogarnął mnie strach o nie, bo musiały jeszcze przebiec przez tory, po których mógł akurat jechać jakiś pociąg. Ale nic złego się nie stało.

Obudził mnie z tego stres, pulsujący w splocie słonecznym. Chwilę przychodziłam do siebie i zorientowałam się, że teraz odbieram strach Andzi o psa. No, i w ogóle przypomniał mi się jej problem. Spróbowałam go opanować najpierw, modląc się i robiąc znaki na odległość. Po jakimś czasie pulsowanie zmniejszyło się, a pod powiekami zaczęły wirować czarno-jasne plamy. Z których uformował się kształt zaginionej suki. Pozwoliłam jej zaistnieć, poprosiłam o jakąś wiedzę. Czarna sylwetka psa po jakimś czasie poruszyła się, pies położył głowę na czyichś kolanach. Zobaczyłam, że ktoś go czule głaszcze i przytula. Potem tuli się do niego jakieś dziecko, może córeczka Andzi? 
Rano postawiłam karty. Pokazały zranionego i wystraszonego samotnego psa przy drodze pełnej samochodów, błąkającego się. Drugie rozłożenie pokazało poszukiwania w okolicy i narastający strach w obliczu nieodgadnionej tajemnicy, co się dzieje z poszukiwanym zwierzęciem.

Napisałam do Andzi o tym, co widziałam i co pokazują karty. Wieść, że pies żyje i może ktoś go przygarnął uspokoiła ją. Nawiązała kontakt z miejskim schroniskiem i monitoruje sprawę, porozwieszała na osiedlu mnóstwo ogłoszeń, puściła zdjęcia poszukiwanej na fejsie. Tyle może zrobić. Czy się pies znajdzie? Co się się z nim dzieje? Znów postawiłam karty. I pokazało się miejsce zagrodzone, ale przyjazne, w którym jednak panuje strach i samotność, a na koniec radość wspólnego bycia z rodziną. 

11:05, transwizje
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 października 2014
Snobicznie

Od jakiegoś czasu znów mam przebicia i rozpoznaję znanych mi ludzi z poprzedniego życia w bliskim otoczeniu. Pomagają mi w tym karty. Zaskoczenia kto był kim są zabawne. Chce mi się parsknąć śmiechem: ale jaja!
W każdym razie spotkałam już trochę ważnych kiedyś osobistości, które teraz żyją wiele skromniej, ale wciąż robią swoje i najwyraźniej kontynuują swoją misję.  

Senwizja przed świtem: AS otrzymuje wiele różnych wpisów i komentarzy na FB, nie ma czasu wszystkich czytać, więc prosi mnie, abym śledziła temat i odpowiadała w jego imieniu, podsyłając mu tylko najciekawsze wypowiedzi. Robię to jakiś czas, choć i mnie to męczy. W końcu pojawia się czyjś dziwny wpis (stoją za tym jacyś anonimowi faceci ze służb), na moim profilu. Brzmiał mniej więcej tak: "Ale ty jeszcze nie spotkałaś cesarza..." i odebrałam go jako jakieś ostrzeżenie, może nawet pogróżkę. 
Potem pojawiam się w Trzeciej Wsi, razem z ASem, w odwiedzinach u Hodowczyni Rasowych Koni. Rozmawiamy z nią stojąc na drodze, z jakichś powodów nie zaprasza nas do obejścia. Pokazuje jednak konia, którego przywiozła z Anglii. Jest wychudzony, niezgrabnie przerasowiony, w różnych odcieniach, z szyi przypomina żyrafę, ogólnie raczej to jakieś okapi, a nie koń. A jak na konia, sterana chabeta odgrywająca młodość. Jest przeznaczona dla sąsiadki z naprzeciwka.
- Dlaczego sprowadziłaś tego konia? - pytam szczerze - Przecież to śmieszne zwierzę!
- Tak, wiem - odpowiada Hodowczyni - Ale ma doskonałe papiery i pochodzenie.
- Nie mogłaś kupić ładniejszego, młodszego, zgrabniejszego?
- Cóż, jeśli córka sąsiadki uparła się go mieć. Wiem, że jest bez gustu. Dała jednak zaliczkę i przywiozłam.
- Nie boisz się, że sprawdzi to w końcu w internecie? I dowie się, że zataiłaś przed nią swoje prawdziwe zdanie?
- Tutejsi chłopi nie używają internetu. Tak się nie stanie. A nawet gdyby tak było, to nigdy się do tego nie przyzna, bo straci. 

Przyglądam się obejściu sąsiadki z naprzeciwka, widzę z oddali przechadzającą się po podwórku córkę. Przed starannie pomalowanym płotem i bramą, wzdłuż wiejskiej drogi, na której stoimy ciągnie się pas sztucznego trawnika, nadal jeszcze pokrytego ochronnym papierem, aby go zapewne nie zadeptać. Trawnik imituje chodnik, acz nie można po nim chodzić, trzeba zejść na drogę, która jest z tego powodu mocno zwężona. Tak, że tylko jeden samochód może jechać środkiem, i do tego uważając, aby nie zjechać za bardzo na bok.
Hodowczyni nosi krótkie pomalowane na zielono włosy, wydaje się pewna siebie. Ale widzę, że ogarnia ją jakaś niepewność, gdy widzi, że czasem trzymamy się z ASem za ręce, śmiejemy w rozmowie, swobodnej, szczerej i bez skrępowania. Bo ją właśnie jakieś takie skrępowanie dręczy. Trudno. Idziemy w kierunku wyjazdu ze wsi, dyskutując o tej zawężonej szutrowej drodze i snobistycznym sztucznym trawniku przy niej. Hodowczyni towarzyszy nam, jakoś nie może się rozstać. W końcu w rozmowie końcowej zaczyna nagle wzdychać, w końcu zaczyna płakać. Rozumiem to tak, że nie jest jej łatwo i że ciągle nadrabia miną, co ją męczy. Staram się ją jakoś pocieszyć i rozluźnić.
W miejscu, gdzie kończy się wioska i razem z nią droga szutrowa, przechodząc w jakiś polny piach napotykamy wysoki metalowy płot z blachy i betonu, a w nim bramę. Zaglądamy ciekawie. Za nią jest wąskie przejście dalej. AS puścił się nią i zniknął za załomem, a na mnie nagle napadła wielka opasła świnia. Chwyciła mnie za lewe przedramię, na szczęście rękaw ochronił mnie przed ugryzieniem i zdołałam wycofać się przed bramę. Hodowczyni pomogła mi zatrzasnąć wejście i odizolować się od atakującego zwierza. Miałam nadzieje, że AS, który został w środku poradzi sobie jakoś.
Wtedy z tyłu nadbiegły dwa konie, jeden stanął dęba i oparł się na moich barkach od strony pleców. Drugi zaczął z nim kopulować. Ogarnął mnie strach. Zaczęłam wołać o pomoc. Trwało to dłuższą chwilę. Przed sobą widziałam już w tym momencie rozstawiony w polu stół komisyjny, za nim siedzących jakichś mężczyzn, którzy przyglądali się wszystkiemu co się dzieje uważnie i obojętnie, nie reagując.
W końcu konie znikły, znaleźliśmy się chyba wszyscy troje przed ową komisją. Dyskutowała między sobą, pokazując nam wykresy, na temat energii ludzi, których badano. My należeliśmy do wybranej przez naukowców grupy. Tych, którzy zachowują się spontanicznie i szczerze reagują, okazując emocje i uczucia bez skrępowania. Porównano poziom energii zwykłego społeczeństwa, żyjącego w ucisku konwencji i stereotypów z naszym poziomem, stwierdzając na koniec, że istnieje bardzo silny wpływ niewielkiej grupy spontanicznych ludzi na ogólną energię społeczną. Powszechna energia wszystkich (odczułam to jako silny potencjał twórczy) w szybkim tempie zaczyna się podnosić w rozległej skali. 

15:51, transwizje
Link Komentarze (2) »
Archiwum