bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
poniedziałek, 30 października 2017
Grzech wdeptany w ziemię

Obejrzałam na YT filmik z wywiado-wykładem Jarka Bzomy od śnienia świadomego. Znałam go dotąd z kilku artykułów na Tarace. Przed zaśnięciem poczułam coś dziwnego w obszarze czoła. Duży okrąg, którego brzegi zaznaczał wyraźny ból, wypełniała jakby kula, ciemna, kanciasta, niby wielościan kulisty, pobłyskujący jaśniejszą białawą barwą. Towarzyszyła temu niezadowolona agresywność i trochę poświęciłam czasu, aby się wyrównać. Za opowieściami JB poprosiłam o sen, który by mi lepiej wyjaśnił znaczenie kroczącego węża z niedawnego snu, dlaczego tak się go boję. Czy to pasożyt podszywający się pod moich przodków? Czy mogę w tym grzebać, czy nie?

Taki sen przyszedł następnie: znalazłam się w domu państwa M., z wizytą u ich córek, z którymi kolegowałam się w czasach szkolnych. Duży, masywny, murowany, piętrowy dom, urządzony z mieszczańskim brakiem polotu, ciężki w wyrazie. Pan M. już nie żył, rządziła jego żona. Nie była zadowolona z mojej wizyty, oraz mojej siostry, bo z nią tam byłam. Starałam się tym nie przejmować, w końcu wizytowałam kogoś innego. Była jednak uprzejma. Najpierw pokazała mi miejsce w piwnicy, gdzie tuż przy fundamentach widać było jakąś smolistą wypaloną substancję, którą postarano się przygnieść fundamentami budynku, ale ona wydostała się częściowo na powierzchnię.

- Nie uważasz, że tu śmierdzi? – zapytała pani M.

Powąchałam, ale niewiele wyczułam.

- Może troszeczkę, ale to mi się wydaje jakby koks. Czuć raczej piec c.o.

Rzeczywiście nieco dalej stał piec c.o. i usypana była koło niego kupka żużlu i koksu. Miało to służyć mojemu pocieszeniu gospodyni.

W tej kotłowni miała coś jakby kuchnię letnią, czy pomieszczenie do gospodarskich czynności. Pokazała mi koszyczek nazbieranych jajek od swoich kur. Były nieduże, w kolorach niebieskim i w różne plamki. Ładne, ale małe. Znów się poskarżyła, że takie niedorodne.

- Może kurki są młode i dopiero będą znosić większe jaja… - pocieszyłam ją. – Moje są dużo większe.

- Skąd! Mam je już pięć lat.

No, tak. Rzeczywiście, miała jakiś problem, którego nie dawało się łatwo wytłumaczyć.

W końcu pani M. zrobiła się nieco nieuprzejma. Być może moja wizyta była dla niej zbyt długa. Rozmawiałam z nią w pokoju na piętrze. Na tle schodów. Nie pamiętam o czym była mowa, ale moja siostra zaczęła pisać ciurkiem bez przecinków i wypowiadać jednocześnie nazwy cech, które – najwyraźniej budziły w gospodyni wielki opór. Zapamiętałam słowa: seks, przyjemności, picie alkoholu, było tego całkiem sporo. Patrzyłam na minę pani M., która przybrała zasępiony i nieprzyjemny wyraz, tak jakby zaraz miała nas głośno wyprosić. Była oburzona i zgorszona, nie chciała o czymś takim słyszeć, ani by czegoś takiego słuchały jej dobrze wychowane córeczki. Moja siostra, sama mama kilku cór, jednak nie przerywała i wymieniała owe uczynki dalej bez żadnego skrępowania. Twarz pani M. zmieniała się. Zrobiła się brunatno-purpurowa, tak jakby miała trudność z przełknięciem czegoś niedobrego, po czym wreszcie przełknęła, może nawet zaakceptowała i postarała się uśmiechnąć. Pamiętam ten szeroki uśmiech zaciśniętymi ustami i wzrok, ale nie umiem go do końca zinterpretować. Trochę tak, jakby ktoś przełknął cebulę i starał się nie rozpłakać. Uznałam jednak, że już sobie lepiej pójdziemy. Okazało się, że znajdujemy się na dachu, może tarasie na dachu. Prowadziły stamtąd w dół dostawione z zewnątrz schody jeszcze za czasów życia pana M., zbudowane metodami oszczędnościowymi. Była to właściwie szeroka drabina, której szczeble nie wyglądały zbyt solidnie, poza tym były dość odległe od siebie i trzeba było wyciągać daleko w dół nogi, żeby dosięgnąć kolejnego. Na szczęście była barierka. Schodziłam ostrożnie. Szczebli było kilkanaście.

17:20, transwizje
Link
piątek, 20 października 2017
Centaur walczący z wężem

Wczoraj, po 16, pod pałacem na placu. Nów Księżyca, w horoskopie Księżyc spalony, Saturn u szczytu nieba gasi w kwadraturze Marsa w domu wrogów. Wschodzący Neptun w Rybach, jako sygnifikator ofiary, z której zrobią chorego psychicznie. Symbol tebański Neptuna: "Mężczyzna z czarną twarzą ubrany na czerwono". W moim zbiorze interpretacji, kto ma może przeczytać objaśnienie: zamachowiec, kamikadze.

Saturn w stopniu opisanym jako: "Mężczyzna zasztyletowujący się. Samobójstwo".

Więcej jest tych kwiatów symbolicznych, mówiących o nagłośnieniu informacji, walce i zemście centaura, którego zatruta krew wsączona w koszulę spaliła Heraklesa, zbiegowisku na placu, totalitarnym terrorze, śledztwie. Kilka symboli bezosobowych, czyli mówiących o oddziaływaniu energii na zbiorowość. Może ten horoskop, wyglądający jak gaszony zapalnik, tłumiona iskra, będzie jeszcze ważny.

19:59, transwizje
Link
środa, 18 października 2017
Pamięć linii rodu

Wieczorem obejrzałam wykład Moniki Czyżewskiej https://www.youtube.com/watch?v=ipTBAinMF0s o metodzie Life Flow. To z niej już nieco skorzystałam przy okazji leczenia spirali DNA w czasie minionej zimy. Uderzyła mnie teraz informacja o pasożytach bytujących w Omnipotentnej Komórce Macierzystej, udających przodków. Może to jest rozwiązanie dla tajemniczych „czarnych wirów”, o których powiedział mi we śnie lekarz dentysta przysłany przez ojca. Widuję je w postaci wieloodnóżastych czarnych stworów, które co rusz unicestwiam, a one po jakimś czasie znów są.

Kładąc się spać byłam poruszona. Spróbowałam się uspokoić oddychaniem z mantrą uzdrawiającą. W nocy taki sen w wyższym stanie świadomości: widzę mapę globusa, na niej zarys obu brzegów Ameryk widzianych z Europy. Tam ciągnie się coś, jakby płonąca dziwnym ogniem linia, sięgająca od wybrzeży Antarktydy po Nową Anglię i przez morze do Europy. Mowa jest o Pan-Atlantyckiej sile, która się ujawnia i trzeba się z nią zmierzyć, aby nad nią zapanować. To trudne i bardzo ryzykowne zadanie, wyznaczone i kontrolowane przez rząd (jak gdyby amerykański). Najpierw zebrano ochotników, gdzieś na moje oko na poziomie strefy Patagonii, choć ta nazwa ani nawet myśl nie padła we śnie, byłam wśród nich. Potem na owej pan-atlantyckiej linii urządzono szereg inicjacji, coraz głębiej wprowadzających i coraz bliżej bieguna się odbywających. Delikwent musiał skonfrontować się z coraz groźniejszymi aspektami tej podziemnej, promieniującej mocy. Miała coś wspólnego z YHVH. Robiono to przy pomocy okrągłych tarcz obramowanych kolorowymi piórami i muzyki szamańskiej, przy każdej inicjacji nieco innej, straszniejszej, o niższym i potężniejszym natężeniu. Najgłębszą z nich, lub taką, która wydawała się być na krawędzi ludzkich możliwości udało się przejść jakiejś młodej kobiecie (podobnej do Moniki Cz.), mnie (nie wiem czy ten sam poziom, może być, że zajęłam drugie miejsce) i jeszcze jakiejś niewielkiej istotce, kojarzącej mi się bardziej ze zwierzęciem, niż człowiekiem, ale była to istota żeńska i człekopodobna, wielkości psa albo kota, w jednolitym ciemnozielonym kolorze. Gdy egzamin został w ten sposób zdany poproszono nas, abyśmy zadeklarowały, jakiej mocy i tożsamości pragniemy w życiu. Miała nam zostać dana (przydzielona) w zamian. Zwyciężczyni z radością i wielką pewnością swego oznajmiła, że chce być czarodziejką (tak to zabrzmiało, ale wszyscy wiedzieli, że chodzi o materializowanie swoich i cudzych życzeń siłą woli). Spytano ją, jaka jest jej liczba.

- Siedem – powiedziała.

- Świetnie.

Przydzielono jej kolor granatowy i jeszcze kilka głównych symboli, mających służyć ochronie i sterowaniu mocą. Teraz doszło do mnie.

- Kim chcesz być? Kim zostać? – zapytano. Przy czym nigdzie nie było tego, kto pytał, pytania padały z zewnątrz, z góry, i stamtąd płynęły decyzje.

Zastanowiłam się i stwierdziłam, że nikim specjalnie, a raczej tym, kim jestem. Interesuje mnie wiele rzeczy i chcę się rozwijać tak, jak się rozwijam, w swoim tempie i trybie, przechodząc od jednej do drugiej swobodnie, wiedziona ciekawością odkrywcy. Jeśli coś przyda się komuś to niechaj się przydaje. Nie chcę wchodzić w paradę woli Boga, ani sama ograniczać sobie poszukiwań celu. Być może On zechce się wtrącić poprzez dziedzinę, która sama do mnie przyjdzie. Odpowiadając, słyszałam swój głos, cienki (jakby młodszy), trochę niepewny, z zająkiwaniem, z zewnątrz. Zatwierdzono to.

Znajdowałyśmy się we trzy na pustkowiu, w jakimś bardzo starym, zrujnowanym ze starości wielkim gmachu. Było ciemno (słońce stało niezwykle nisko już za horyzontem i było widoczne w formie czerwonego odblasku). W jednym z pomieszczeń piwnicznych Zielona odkryła ocembrowany marmurem okrągły zbiornik na wodę. Trudno było określić czy jest głęboki. Woda wydawała się stara, zatęchła, bardzo ciemna. Nagle coś się w niej poruszyło. Zielona krzyknęła i zawołała nas.

- Tam coś jest! Jakby wielki wąż?

Rzeczywiście woda poruszała się, zabulgotała. Było w jej głębi coś niewątpliwie dużego.

- Tak, jest taki wąż. Śnił mi się kilka razy. Zamieszkuje sfery, do których nie sięgamy i możemy się od nich bezpiecznie odgraniczyć – przypomniałam sobie swoje sny. I potraktowałam to jako wskazówkę, symbol, ot, jak to we śnie. Jednak to było coś straszniejszego. Owo coś zaczęło się wydostawać na zewnątrz.

- Nie da rady przeżyć w naszej atmosferze – pomyślałam pocieszająco, ale zaczęłyśmy się stamtąd szybko oddalać.

- To umie chodzić! – krzyknęła Zielona. Nie spojrzałam na stwora, zbyt byłam przerażona, ale wyobraziłam go sobie. Jako długiego szarego węża, wypełzającego powoli z nieodgadnionej dziury, który zamiast głowy ma pokraczne ręce i nogi, które idą, ciągnąc za sobą nieskończone cielsko. Był absolutnie obcy, zatrważający. Spotkanie z nim równe byłoby utracie świadomości, życia. Istnemu szaleństwu.

Zaczęłyśmy uciekać. Pamiętałam, że pod gmachem stały nasze samochody, ale nie zdecydowałyśmy się w nie wsiąść i odjechać. Bałyśmy się czegoś? Że nas usłyszy, ruszy w naszym kierunku i nie zdołamy się od niego oddalić. Po prostu biegłyśmy pieszo przez pustynię, słysząc za sobą odgłos kroków wspinającego się po schodach na szczyt ruin potwora. Obudził mnie ogromny lęk, bicie serca. Długo się z nim borykałam, rozmyślając jednocześnie nad przesłaniem snu. Łatwo zauważyłam powiązanie z wykładem odsłuchanym wieczorem. Wąż=wąż pamięci przodków za plecami=jak pasożyt=nieśmiertelna komórka macierzysta zainfekowana przez coś nieludzkiego, lub spoza sfery ludzkiej. Dąży do rozmnożenia się, do całkowitego zajęcia ciała gospodarza. Nie przelewki.

18:26, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 października 2017
Czarny wór

W nocy w półśnie wpadłam w trans: pojawiła się przy mnie jakaś istota, która głosem starszej kobiety, w imieniu większej ludzkiej wspólnoty, z którą była połączona w jedno (to trudno opisać) zaczęła mi opowiadać rzeczy, które będą się działy w latach sześćdziesiątych. Przynajmniej tak to zrozumiałam, bo może szło jej o to, że ona w takim wieku połączyła się ze wspólnotą. Nie potrafiłam zapamiętać przekazu, do którego włączały się czasem inne, młodsze głosy. Opowiadano mi o tym, że starczać będzie jeden posiłek dziennie. Usłyszałam, że w pewnym czasie dojdzie to tego, że ludzie będą palili ciała na stosie, a nie grzebali. Chyba źle to pojęłam, bo zaraz przesłano mi obraz, namalowany przez jedną ze współistot, „farbami plakatowymi”. Teraz rozumiem, farby plakatowe od plakatu, czyli wskazanie na język symboli, zastosowany do przekazu. Obraz przedstawiał leżącego martwego mężczyznę, gdzieś w kwitnącym ogródku przydomowym, z głową owiniętą jakby czarnym workiem, za który ciągnęło ciało kilka osób. Zrozumiałam: szło im o to samo, o czym prawi Nostradamus. O historię ludzi „nowego zaczynu”, którzy będą ogarniani tak oślepiającym blaskiem wewnętrznym, że aby przeżyć i przespać noc, będą musieli kłaść się z głową poniżej poziomu tułowia, z twarzą zwróconą ku księżycowi. W końcu porzucą ciała w ogniu, pozostawiając po sobie legendę nieśmiertelnych.

Wtedy poruszyłam się. Nie spałam, byłam jedynie maksymalnie skoncentrowana do wewnątrz. Ze zdziwieniem poczułam dłonią kształt jakby energetycznej, wibrującej kulki na wysokości mojego serca, która zaczęła się akurat ode mnie oddalać.

Zasnęłam i pamiętam sen, w którym stojąc na balkonie mojego rodzinnego domu patrzyłam w niebo i obserwowałam nadlatujący bardzo blisko i nisko, a potem oddalający się kilkakrotnie helikopter. Teraz myślę, że śmigłowiec jest dobrą formą dla zobrazowania owej wirującej energii, która mnie odwiedziła. Pomyślało mi się też, że to ja za kilka lat skończę sześćdziesiątkę, i że może warto mi przejść na jeden posiłek dziennie. Jest na co czekać.

11:39, transwizje
Link Dodaj komentarz »
Archiwum