bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
środa, 28 listopada 2018
Przed-mózg

Biorę udział w eksperymencie medycznym. Naukowcy robią go na dzieciach, do kilku lat. Wstrzykują jakąś substancję, która sprawia, że wzrasta czynnik inteligencji w grupie badanych nawet o 10 procent. Zastrzyki wzmacniają przed-mózg, a efekt super-mózgu jest wtórny. Wstrzykują mi to w wierzch prawej stopy koło palucha. Widzę tę stopę jako stopę dorosłej osoby, nie dziecka. Miejsce po zastrzyku puchnie i opuchlizna nie znika. Zaczynam się niepokoić. Teraz śnię eksperymentatorem. Mój niepokój budzi owa grupa dzieciaków o podwyższonym sztucznie IQ.

W kolejnym śnie coś nie tak jest z moją twarzą, a raczej czaszką. Jakby miejsce po wyrwanym czymś w miejscu nasady nosa. Przepołowienie/naruszenie głowy. Ten sam niepokój.

10:19, transwizje
Link
niedziela, 25 listopada 2018
Kaskada

Kim i czym jest kaskada wypada wytłumaczyć. Tak nazwał ją strażnik w pewnym śnie. To zespół bytów, hierarchia, związana z moją duszą i idąca w górę, aż do Najwyższego. Przekaz idący tą drogą bywa odpowiednio wzmacniany lub chroniony, zależnie od potrzeby, a ja nie muszę się martwić kogo wezwać na ratunek, lub do odpowiedzi.

1. Poprosiłam kaskadę o kontynuowanie procesu, prowadzenie i ochronę mojej ścieżki.

Ze snu pamiętam “maszynę” odcinającą wszystko co się dało (taką z siekierkami, jak z rysunkowego filmu), to było leczące, opanowała mnie świadomość lecząca wszystkich i odcinająca sieci i ssawki i przywiązania, a potem uniosła się i okiem obserwatora zobaczyłam niewidzialny wir, kręcący się w prawo, który ją/mnie otaczał.

Z dalszego snu: idę prawym chodnikiem w kierunku domu [dwupasmówka, droga dualna], gdy za siatką [granicą 5/6] otaczającą działkę i sad sąsiadów, już dawno rozparcelowany i sprzedany komuś pod murowany z czerwonej cegły dom, coś się poruszyło wśród sadzonek na grządkach w cieniu jabłoniowych drzew starego sadu [Pole Kwitnących Jabłoni, 7+]. Wkrótce mignęła mi skacząca spokojnie wielka ropucha, która w pewnej chwili zaczęła sprawiać wrażenie, że jest ze złota, wyglądała jak posążek, miała na plecach garbek przypominający do połowy wrzuconą złotą monetę, jak do skarbonki-żabki [skarb-symbol Jaźni, złote ciało, poziom Metatrona]. Zaaferowana zawiadomiłam właścicieli, że mieszka u nich rzadki okaz ropuchy i aby ją chronili, uważali. Przeszukali grządki, ale niczego nie znaleźli. Narysowałam im jedynie jej postać, przypominała na rysunku skaczącego dziwacznego małego człowieczka [jak zaklęty w żabę książę?].

2. Prośba do kaskady: chcę zobaczyć i ewentualnie zmienić na lepszy mój zapis w matrycy karmicznej, a przy okazji dowiedzieć się o co chodzi z tą złotą ropuchą?

Hipnagog: tabela podzielona na rubryki, może 6 x 6, albo 6x7 lub 8. W każdej jeden wyraz, czasownik, w pierwszej osobie i liczbie pojedynczej, rozróżniam jeden czy dwa (sylaby zlewają się ze sobą i migoczą). Brzmią jak: rozumiem / lubię / badam itp. Ach, więc tak wygląda ów kod i zapis! Chyba nie mam zastrzeżeń, co do brzmienia.

Sen wizyjny, z którego zapamiętałam atmosferę polskiego sejmu, szeregi zaangażowanych w rządzenie ludzi, grube i krzykliwe panie posłanki, Leppera i innych pośród prostytutek, gadatliwych, kłótliwych, wulgarnych. Czyżby ropucha miała związek z Polską? I Zespołem C, bo połowa monety tworzyła kształt tej litery. Zespól ludzi, którzy narodzili się z wpisanym programem zmiany obecnego ustroju. Zapis jest z poziomu Metatrona. Można rzec, rodzaj zaklętego umysłu i losu. Przez najwyżej postawiony boski byt.

3. Ponieważ wysłuchałam wieczorem wykład Zalwita relacjonujący schemat wzięć przez obce istoty, nieopacznie poprosiłam kaskadę o wgląd w ten problem.

Zaczęło się hipnagogami i właściwie sen też był w ich stylu, płytki trans. Wpierw ujrzałam twarz nieznanej kobiety (krótka myśl, że może to ja), zbliżenie na Usta, z których ukazuje się język wysunięty na całą rozciągłość, a na nim czarny płaski niewielki przedmiot. Podaje go w moją stronę jakaś ręka. W ogóle patrzę okiem istot biorących. Kobieta leży na łóżku, zamiast oczu wkładają jej jakieś czarne plamy, to chyba wizje maskujące – myślę sobie. Jakieś ruchy, rurki, zamazane, wokół jej ciała.
To przeszło w sen: przebywam w domu rodzinnym, jest tam duży prawie pusty pokój z domu dziadków. Ktoś podał mi kanapkę posmarowaną grubo masłem z jakąś pastą. Tak ją niefortunnie biorę ze stolika, że kanapka upada na podłogę i błyskawicznie znika w pysku Miłki. Miłka jest białym psem [w rzeczywistości była czarna i nie żyje już 5 lat], podobnej wielkości. Zakleiła sobie pysk kanapką i pastą, próbując ją zbyt łapczywie połknąć, więc wołam ją na dwór, może chce tam spokojnie wypluć jedzenie. Podchodzę do drzwi do ganku, pies się nie rusza, wołam ją zachęcająco i otwieram drzwi, przechodząc próg na ganek. Pies tkwi dalej nieruchomo i zauważam, że ma “dziwną minę”, jakby wystraszoną. Rozglądam się i dostrzegam za okienną ścianą ganku ciemną postać wysokości przekraczającej wysokość ganku, czyli kilkumetrową. W tym samym momencie coś mnie trafia i upadam tracąc szybko przytomność za progiem, rejestruję tylko, że zaczyna się wzięcie i że w domu są przerażeni, tym co się ze mną dzieje. Obudziłam się natychmiast. Wow! Nie poczułam autentycznego strachu, wierząc, że kaskada czuwa nad moim sennym wglądem.

11:30, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 listopada 2018
Zespół C

Sny z ostatnich nocy. Mają związek. Który zapewne zrozumiem po czasie.

W przyciemnionym pokoju w warszawskim mieszkaniu przy ulicy imienia poety żydowskiego, stoję ze swoją współlokatorką. Trzymam w lewej ręce jakieś urządzenie, czarne z klawiszami, z rączką, jak pistolet, myśląc o nim, że to telefon z różnymi funkcjami, to jednak jakiś nowoczesny sprzęt nadawczo-odbiorczy. Słychać z niego głośną muzykę, takie nadęte patriotyczne granie orkiestry, jakby z okazji święta państwowego. Próbuję ściszyć, ale tylko dostrojenie się nieco zmienia, jak w radiu. Dźwięk muzyki przesuwa się obok i „koło” niego zaczyna być słychać lekki szum. Zastanawia mnie to i wciskam jakiś klawisz palcem. Szum się nieco zwiększa. Mówię do współlokatorki: Słyszysz to? Słyszysz? Ona zaczyna nasłuchiwać w tym samym momencie, gdy rozlega się w owej słuchawce/radiofonie głos, raczej kobiecy, wściekły (prędka myśl, że to agentka służb specjalnych, strażniczka): Pierdolnęło cię? - jakby do mnie. Zdumiona naciskam jeszcze raz i wtedy słyszę groźnie wzmagający się ryk czarnej potwornej gadziej bestii.
Przebudziłam się, nie byłam przestraszona, ale zaskoczona. Po czym śniłam dalej.
Wieczorem przed tym samym warszawskim blokiem zauważam pod drzwiami śmietnika niedużego kurczaka, a właściwie pisklaka wielkości kurczaka w pomarańczowo-żółtawym kolorze. Pisklak próbuje zwrócić na siebie uwagę, chce być wzięty pod opiekę. Kątem oka widzę, jak zamienia się w pewnej chwili w czerwonego groźnego węża, który nagle usiłuje wściekle zaatakować nogę osoby zamykającej śmietnik, która go nie zauważa, może odrzuca. Coś się nie udało i znów to jest pomarańczowożółty niewinny kurczaczek. Ostrożnie się wycofuję, aby mnie nie zauważył. Na czworakach zmykam skokami po bezludnej brukowanej uliczce przed kamienicą na Walicowie [pewnie można pomylić z Walc-tz-owem, teren getta żydowskiego z czasów wojny], jestem psem, krawężnikiem, strażnikiem miejskim! Gdy słyszę koło siebie po prawej przymilne niewinne popiskiwania kurczaczka. Biegnie za mną! Jaki przymilny! Kurna, chce się stowarzyszyć!

Z rana odsłuchałam ostrzegającej przepowiedni Jackowskiego odnośnie Marszu Niepodległości w Warszawie, który został zakazany przez odchodzącą prezydentkę, co wzbudziło silny niepokój i jego organizację przejmuje ponoć wojsko. O zagrożeniu ze strony potajemnie wprowadzonej piątej kolumny zza wschodniej granicy mówi prezydent II RP. Czyżby obrazował ją ów kurczaczek, który ma za sobą pomarańczową rewolucję i mógłby w chwili naszej nieuwagi przetransformować się w coś okrutnie dla nas groźnego? 

Hasła Dinozaury, Smok, Wąż, Zapamiętywanie snów, Dostrojenie, oraz pomniejsze można znaleźć w Glosariuszu, na stronie Jarka Bzomy. 

17:10, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2018
Źródło obfitości

Tamtej nocy, Księżyc miał randkę z Neptunem w znaku Ryb, moim 4 korzennym domu, a to była mocna energia startowa.

Najpierw wpadam w trans i wyszłam na jakąś przestrzeń, nie zmieniając stanu świadomości. Spotkałam tam Pawła - współ-spacza, To był parking przed dużym starym halowym budynkiem na poły przemysłowym [podpowiedź odnośnie dalszej tematyki owej podróży: przemysł to technologia i metoda, w jakiej dziedzinie odkryję później], spotkanie odbyło się w jakimś samochodzie, pewnie jego [w ciele subtelnym]. Rozpoznaliśmy się i Paweł z uśmiechem zaprosił mnie do biura firmy, w której pracował, mieściła się w owym budynku nieopodal. Na korytarzu spotkałam jego dziewczynę. Sympatyczna, uśmiechnięta, rozluźniona. Ponieważ trzeba było na kogoś poczekać ćwiczyłyśmy poruszanie się siłą umysłu, chciałam na rozkaz przepłynąć ponad podłogą tego długiego korytarza do przeciwległych drzwi, ale nie udało się ani mnie, ani jej. Trzeba było podejść zwyczajnie na nogach [samodzielne próby wpłynięcia na śnienie, a z tego na bieg rzeczywistości i osiąganie celów nie mają stosownej mocy]. Nagle pojawił się Paweł [dziewczyna znikła, czyli występował w swojej wersji Jang i In na przemian, a najprawdopodobniej ubrał się w niego/nią „mój” Hermafrodyta] i zaprosił mnie do wnętrza biura. Podał mi jakąś książeczkę w czerwonej płóciennej okładce, starą i wytartą. To miała być umowa z firmą do podpisania przeze mnie. Zajrzałam do środka, część wydrukowanego tekstu była całkowicie zatarta ze starości i nie do odczytania, ale pierwsza część książeczki była w lepszym stanie. „No, dobrze, zapoznam się” - zgodziłam się i to było równoznaczne ze złożeniem podpisu i podjęciem się pracy dla firmy (miała coś wspólnego z wydawnictwem). [Przejście przez granicę 5/6 uwarunkowane cyrografem, coś za coś].

Wtedy wziął mnie na bok jakiś starszy (wiek 50-60) niewysoki mężczyzna. [Na drugi dzień odkryję, że był to Wallace D. Wattles, twórca pierwszych książek o źródle obfitości]. Zaprowadził do drugiego pokoju [przejście przez granicę 5/6]. Wnętrza były jak w mieszkaniach w starych kamienicach, wysokie pokoje i drewniane dwuskrzydłowe wysokie drzwi. Kiedy, stanąwszy pośrodku pokoju rozejrzałam się zauważyłam, że po lewej stronie na materacach położonych wprost na podłodze siedzą dwie staruszeczki w długich szatach. Wydawały się sympatyczne, uśmiechnięte i nie zwracały na mnie uwagi. Nieco dalej, trochę za mną, w głębi, kiedy tam się odwróciłam po lewej u dołu zauważyłam jeszcze jedną, podobną. Wszystkie miały szaty w bladych błękitnawych kolorach. [Trzy Mojry, jedna przecinająca nić żywota w sferze piekielnej na Ekranie snu]

Starszy pan przez chwilę o czymś gwarzył ze staruszkami, a potem podszedł do mnie i orzekł, że staję się zbyt zimna, trzeba coś z tym zrobić. „Rzeczywiście” - zauważyłam i poczułam lekki chłód w pokoju. Wiedząc, co to oznacza, [że tracę energię na rzecz minusowości] zaczęłam robić ćwiczenia gimnastyczne, wirując obiema wyprostowanymi na boki rękami i to mi szybko przywróciło ciepło, a nawet znaczne gorąco w dłoniach. Starszy pan uśmiechnął się z zadowoleniem. Potem działy się jakieś rzeczy, gdzieś byłam, coś zwiedzałam, obserwowałam z góry, wyższego piętra patrząc w dół, kilkumetrowego strażnika w ciemnoszarych dżinsach i koszuli, stojącego spokojnie i nie interesującego się mną, reszta umknęła mi z pamięci. [Pokazywano mi przestrzenie 6-8 i widziałam zapewne Kolosa/cień ludzkości w barwach poziomu 8.1].

Pojawił się znowu Paweł. Siedząc po mojej lewej pokazał mi mapę, wskazując wymownie palcem po kolei na trzy punkty na niej. Patrzył na mnie za każdym razem znacząco, jakby mówił: „Zapamiętaj położenie”. [I szło o zapamiętanie po obudzeniu ze snu].

Kiedy już wszystko zapamiętałam oczywiście udałam się w drogę do tego miejsca, zwanego miejscem obfitości, a może źródłem obfitości. Zabrali mnie tam wysocy żołnierze amerykańscy z oddziału lotniczego pełniący tam służbę ochronną. Mieli w sobie coś bladożółtego, może elementy mundurów i kolor samolotów [pobliże granicy 8/9]. Byli przyjaźni i mogłam robić, co zechcę. Łatwo odnalazłam zaznaczoną na mapie morską zatokę. Ograniczona betonowymi brzegami w kształcie prostokątnym miała wysokie brzegi schodzące w dół ukosem. W dole była niezamarznięta ciemnoniebieska [zło osobowe, minusowość] połyskliwa woda morska, trwająca prawie w bezruchu [niecka w wersji minusowej]. Wiedziałam, że to niebezpieczne, zostałam ostrzeżona, ale postanowiłam dostać się dalej, a to była jedyna droga. Zsunęłam się po skośnej ścianie brzegowej w dół, zamierając ze strachu. Bałam się całkowitego zatonięcia. Strażnicy patrzyli na to z góry i liczyłam w duchu, że mi pomogą, gdybym wpadła w większe tarapaty. Dostałam się do wody, ale ku swej uldze odkryłam, że woda jest tak gęsta, może od znacznej zawartości soli [jak w Morzu Martwym], a może z powodu niskiej temperatury, że nie zapadam się zbyt głęboko, najwyżej na wysokość pasa [do granicy 5/6]. Dało się chodzić w ten sposób przez wodę i oczywiście ruszyłam zaraz ku przeciwległemu brzegowi, wydostałam się bez problemu i odnalazłam owo jeziorko obfitości.

Był to maleńki, słodkowodny akwen z ciepłą jak na warunki klimatyczne Północy czystą przeźroczystą wodą, o naturalnych brzegach, w wydłużonym wrzecionowatym kształcie [Szczelina !]. Wyrastały z niego jakieś rośliny, kilka dużych grzybów o cienkich nóżkach i białych kapeluszach, podobnych do powiększonych rozmiarowo psylocybów, wznoszących się ponad taflą wody i wyległych na brzeg [symbol wizji i iluzyjnych światów]. Najpierw sprawdziłam głębokość i zawartość zbiorniczka długim cienkim kijem, czy nie mieszka w nim coś groźnego [bałam się ukrytego dinozaura], ale odezwało się i poruszyło tylko kilka maleńkich i łagodnych żyjątek. Przechodząc jego wąskim lewym dłuższym brzegiem koło kapeluszy grzybowych odsłoniłam je i zauważyłam, że pod spodem brzeg jest zasypany żółtymi ziarnami zbóż, brodziło się w nich [zachowane ziarna karmy dla odrodzenia życia, mnożenie błogosławieństw, realizowanie wizji w światach karmicznych]. Pamiętałam, to mi powiedziano wcześniej wśród lotników, że kto się zdoła w tym żywym źródle zanurzyć i napić z niego nigdy nie zazna biedy i głodu. W jego życiu będzie zawsze manifestowała się obfitość rzeczy potrzebnych do pomyślnego istnienia. To było dla mnie ważne, bo – jak mi powiedziano też – szykowano się na bliskie nadejście okresu wymierania, gdy większość żyjących ziemskich istot zazna ogromnych braków, głodu i niepokojów.

Kiedy zaczęłam wracać usłyszałam oceny, nie wiem kogo, było to kilka niewyraźnych osób [inne aspekty mojej duszy], że wyglądam bardzo młodo. Bo byłam dotąd dwudziestokilkuletnim (21-22) chłopakiem, a wyglądałam teraz na 17 albo nawet 16 lat. Miałam myśl, że to moje przyszłe wcielenie i przez nie śniłam.

11:44, transwizje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 października 2018
Zlecenie

Wczoraj wsiadłam do pociągu, który zawiózł mnie za 7 złotych tam, gdzie nie było planu. Przekroczył niepostrzeżenie granicę i wylądowałam w Rosji, gdzie jadłam wraz z rosyjskimi pasażerami rosół z kurczaków. Z białego naczynia przypominającego płaską nieckę ze snu o Świątyni.

Dzisiaj zostałam zaproszona przez prezydenta Putina na osobistą rozmowę.

Putin rozpytuje mnie delikatnie i ściszonym głosem o jakieś sprawy, które poruszyłam w swoim dawno napisanym artykule, wydrukowanym w „Nieznanym Świecie”. Jestem nieco onieśmielona i zdziwiona. Dziwi mnie, że to może być aż takie ważne. Zamawia następny artykuł w tym temacie. Pisałam w nim o Selinie od Nostradamusa, że to Putin. A także o innych politykach światowych i ich poprzednich wcieleniach. Pytam, co by go jeszcze interesowało. Pokazuje mi całą listę tematów wydrukowaną na papierze w kolumnie. - Najważniejszy z nich to Kołowrót, też chciałbym poznać – mówi. Zgadzam się, choć mam pustkę w głowie. Mam jednak nadzieję, że znajdę jakieś ciekawe informacje w internecie i bibliotekach na ten temat. Po wyjściu z gabinetu zostaje mi przydzielona sekretarka, ichniejsza, ruska. Pomaga mi poruszać się po kremlowskim pałacu i załatwiać wszystko, co potrzebuję. Spotykam też Agnieszkę, psychoterapeutkę od spraw sukcesu. Tej opowiadam, co mi się przytrafiło. Ona zaskoczona i tak jakby zniesmaczona, że Putin... ale nie podejmuje tej sprawy, zostawia mi decyzję. Jestem też trochę zażenowana tym zleceniem, tak jakby było na uboczu moich zainteresowań, ale podejmuję się je szybko zrealizować i mieć spokój. Wychodząc ze snu przypomniałam sobie, że rzeczywiście wydałam taki artykuł, o którym mówił Putin, o nim i innych postaciach z wielkiej polityki i ich poprzednich wcieleniach. Narobił wiele szumu. Było to we śnie z 2003 roku.

11:16, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 października 2018
W Świątyni praca wre

Od jakiegoś czasu prowadzę swoje badania po drugiej stronie, stąd milczenie na blogu. Rzeczy posuwają się powolutku do przodu, a niejasności wyjaśniają same. Efektów, o jakie mi chodzi, jeszcze brak. Ostatnio rozpytywałam czachulca o drogę, a potem mój kołczerski wyższy aspekt (tak się niegdyś przedstawił) o dojście do energii błogosławieństw, do której ma dostęp, jaki mi kiedyś zademonstrował, więc mniej więcej wiem, czego szukam.


Dość długo z napięcia nie mogłam zasnąć, powtarzając intencję. W końcu zaczęły mi się zwidywać i śnić kolory bladoniebieskie, niebieskozielonkawe i różowofioletowe wyłaniające się i przenikające jakieś ciemne punkty i twarde struktury. Rozumiałam, że to energia błogosławieństwa, do której się podłączam. Nagle głos śnienia powiedział: podłącza się to [problem karmiczny] pod jej [jakiejś bogini? duszy?] ciało subtelne...
Nad ranem sen: wewnątrz ogromnej świątyni. To kościół, na prawej bocznej ścianie wisi wysoki wąski krzyż, zawieszony prawie pod sklepieniem. Do haka, na którym wisi dołączony jest długi zwisający luźno łańcuch. Wspinam się po nim i mogę patrzeć na to, co się dzieje w całej świątyni z punktu obserwatora. W miejscu ołtarza ulokował się jakiś znajomo uśmiechający się mężczyzna, lekarz, który opracował swoją metodę, skupił wokół uwagę i zbudował rodzaj zamkniętej przestrzeni. Był do niej dostęp, otwór w szarym „kokonie”, przez który był widoczny. Wymieniałam z nim jakieś uwagi, ale nie odpowiadał na różne moje doświadczenia, dlatego skoncentrowałam się na tym, co się dzieje po przeciwnej lewej nawie kościoła. Była tam wklęsła niecka zamiast posadzki i zeszło się w niej i koło niej sporo ludzi. Zsunęłam się z łańcucha i poszłam ku nim. Byli to w większości mężczyźni, z wyglądu napakowane osiłki, ale zauważyłam w końcu kilka dziewczyn, co mnie przekonało do pozostania. Ludzie ci zaczęli wskakiwać do niecki i wykonywać jakieś niezborne i bezsensowne ruchy niby-transu niby tańca. Sprawiali wrażenie, że są sobie obcy, nie umieją nic uzgodnić razem, nie są wspólnotą. Ktoś mnie zapytał o tego lekarza. Powiedziałam, że nie usłyszałam od niego żadnego komentarza, ani objaśnienia na temat stanów, które do mnie przyszły, gdy tu – pokazałam palcem na czoło – budziła się wszech-świadomość i widzenie czarnej przyszłości. A ja szukam dojścia do tego właśnie, bezpośredniego widzenia i rzeczywistej, a nie śnionej i symbolicznej świadomości. Wskoczyłam za nimi. Szybko znudziło mi się to, co robią, poczułam jednak napływ energii i ruszyłam biegiem z jednego końca niecki na drugi. Nikt mnie nie gonił, z nikim się nie ścigałam. Wbiegłam siłą rozpędu pod górę łukowatym brzegiem niecki i wydostałam się na powierzchnię. Obejrzałam się. Pobiegła za mną tylko jedna dziewczyna z grupy, milcząca i uparta. Była w sporym dystansie, ale także wydostała się z zagłębienia, dalej nie nawiązując kontaktu. W takim razie, nie wiedząc, co więcej robić mam, ruszyłam znowu biegiem drogą powrotną, ku owej grupie, która pozostała na drugim końcu niecki. Dobiegłam. Byli już serdeczniejsi i bardziej zainteresowani. Toczyły się potem różne rozmowy ogólne i ze mną, których nie pamiętam.
Stałam przed wielką bramą w murze otaczającym Świątynię i głos śnienia mówił o starej wiedzy, która została przed wiekami rozbita na dwie części, jakby świecką i duchową (wewnętrzną i zewnętrzną?), a potem zniszczono jej ślady i pozostałości po obu stronach, nawet tej przynależnej świątyni. Zrozumiałam, że my wszyscy teraz wewnątrz pracujemy nad jej odzyskaniem, złożeniem w całość. Podeszłam do innej grupy po stronie wiszącego krzyża. Ci ludzie, zapewne neopoganie odbywali starożytny obrzęd, który zachowało jakieś plemię skandynawskie. Na stole ofiarnym, wokół którego wszyscy zasiadali, leżało coś z kształtu przypominające wielki okrągły bochen chleba (mógł to być równie dobrze kamień) nakryty białym obrusem. Paliło się dużo świec. W małych zbiorniczkach topiono coś, po co sięgano co rusz i malowano na drewnianych okrągłych niewielkich tarczkach czerwone runy pełne połyskliwej mocy.

 

Komentarz Jarka Bzomy: Ten sen jest odwróceniem Świątyni kryształowego wiru. To rodzaj jej minusowej wizji. Wszystko wskazuje na to, że to poziom 8/1. Czyli owo słynne Daat, Świątynny fragment Niebiańskiego Miasta. Jednym słowem najwyższej ludzkiej widy urojeniowej. Ten kokon, w którym siedzę to minusowy obraz Nieprzejawienia widziany z Przejawienia. Niecka to odwrócone do góry nogami sklepienia Metatrona 8/3 obróconego do góry nogami. Łańcuch mówi sam za siebie, a krzyż, który jest tam, gdzie powinien być Czerwony<10. Świątynia z reguły jest odwróconym wirem. Jeżeli coś jest wielkie, my pozostajemy w mikropsji, czyli urojeniowości minusowej. Krzyż jest wyznacznikiem obrotu, bo zazwyczaj wisi na łańcuchu, a nie łańcuch zwisa z niego. Niecka to twój Czachulec, często Metatron i Paroket – jego ubranie śni się jako sklepienie czaszki.

 

10:35, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 września 2018
Senny serial

5.IX Hipnagog: czaszka z czarnymi oczodołami, z jej ust wydostaje się jakby czarny język (może czarny płaski przedmiot).

7.IX W moim domu (ciemno pomalowany, drewniany z mansardą, inny) rozpanoszyła się ekipa budowlańców, szykujących sobie tymczasowy pokoik gdzieś na górze. Z materiałów stosowali wiklinowe plecionki, nic trwałego. Szefował im człowiek ze szczególnym błyskiem w oczach, który skądś znam i nie mogę sobie przypomnieć skąd, miał posturę któregoś z rzeczywistych budowlańców, których zaliczyłam przy licznych remontach. Rozpanoszyli się, bo bez pozwolenia zrobili też wykop od mansardy po piwnicę, zabezpieczając go prowizorycznie przed osypem deskami. Niezadowolona zajrzałam tam i odkryłam, że za cienką warstwą rozkopanej ziemi są ceglane solidne mury podpiwniczeń, prowadzące gdzieś w głąb. Zażądałam, aby zostawili tę robotę, nie pozwalam. Sama zaś naruszyłam lekko ręką warstwę gleby przy ścianie i ta obsunęła się całym płatem, odkrywając mur. Chciałam im w ten sposób pokazać ich gapiostwo. Kiedy wróciłam na to miejsce okazało się, że znów buszują bez pozwolenia. Usunęli ziemię ze ścian i odsłonili przejście w głąb, do kamiennej sali. Przed tą salą w murze po prawej stronie było jakieś zamknięte wejście. W głębi sali i wielkich kolumnach, które wspierały strop pałętało się sporo osób. Ostrzegłam ich, aby wyszli, nie podobało mi się to penetrowanie i te zamknięcia, dawno temu ukryte. Coś tam było niebezpiecznego. Z wejścia po prawej zaczęła nagle wylewać się gęsta ciemna krew i szybko tworzyć wielką kałużę na posadzce sali. Kto w nią wdepnął był w tarapatach, przyklejał się, a może krew była żrąca albo nie do zmycia (nie badałam tego, słyszałam tylko okrzyki grozy).

8.IX Zwidywały mi się czarne plamy, potem biała czaszka z czarnymi oczodołami przemieniająca się w twarz kobiety. Pomyślałam, że to Lilith, miała czerwone wargi.

9.IX Poprosiłam czachulca o prowadzenie i czuwanie. Pojawiła się niewyraźna wizja: jakaś chmura przypominająca kształt włochatego psa z ciemnym nosem, dłoń podająca mi jakiś ciemny płaski lity przedmiot, przypominający szlifowaną kamienną płytkę o wygiętych dowolnie krawędziach. Pomyślałam, że to ten sam przedmiot, który niedawno widziałam w ustach czachulca, i który wtedy wzięłam za czarny język.

14.IX Hipnagogi: usta kobiece, z nich wydostaje się pająk, potem jakaś czarna płaska płytka z czymś jasnym nieco w kształcie serca na sobie – wszystko zamazane, to tylko moje domysły. Usta kobiece czerwone, wydobywa się z nich znak jang-in. Usta kobiece jak brzeg czary.

16.IX Zwrot ku czachulcowi, niech prowadzi dalej jak chce. Nagła wizja: kilka białych istot w kolorze takim biało-perłowym, zwarcie przy sobie głowy, uśmiech w oczach.
Ze snów: w domu rodzinnym na piętrze goszczę prezydenta, którym jest dobry znajomy, koziarz mieszkający w puszczy (ma charyzmę Baracka Obamy), on siedząc zwrócony z prawa na lewo Ekranu trzyma przed sobą dużą białą planszę-tablicę i pisze na niej różnymi charakterami pisma oderwane zwroty, frazy, nieważne jakie, ważna jest ta różnica charakterów. Stoję po jego lewej stronie, nieco z tyłu, i zaglądam mu przez ramię z szacunkiem. On tłumaczy, że są wśród ludzi, którzy piszą tymi różnymi charakterami także prostytutki, a styl prostytutki musi być inny wśród wszystkich, żeby go można było odróżnić od reszty. Przytakuję, oczywiście, to zrozumiałe. Tak, jakby prezydent był zbiorczą świadomością tych wszystkich różnych indywidualności i to ona dyktuje im, co i jak mają przekazywać/pisać.
Wychodzę z domu na ulicę, głowę mam mniejszą od tej, którą niosę na szyi, albo moja głowa jest większa od siebie samej.
Ktoś umieścił na szczycie wieży kościoła jakieś naczynie (?) przywiązane sznurem do drona. Dron wystartował i porwał je za sobą daleko, ale opór powietrza sprawił, że szybko zerwało się i spadło, także dron stracił szybkość i musiał lądować. Właściwie to teraz nazywam go dronem, bo we śnie wyglądał jak mały samolot.
Wieść: żeby odkryć na czym naprawdę stoi mój dom – skojarzenie z rozkopami z innego snu – potrzeba energii skupienia na tym temacie czterdziestu ludzi. Jak w baśni o Ali Babie i 40 rozbójnikach.

17.IX Nasze obejście zajmowało dużo większy obszar i było ogrodzone siatką. Za bramą zgromadziła się spora grupa ludzi, kontrolerów, policjantów i urzędników. Podeszłam do nich wolno i zabroniłam wchodzić. Nie dałam im tego prawa i nie weszli, przestępując jedynie z nogi na nogę i gapiąc się zza siatki. Wracając zauważyłam, że w boksie kóz coś się dzieje, drzwiczki były rozchylone. Zajrzałam, między kozami buszował/skrywał się młodziutki tygrys.

10:29, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 września 2018
Polska Grenlandia

Wylądowałam na Grenlandii. Są tam miejscowi Polacy! Fascynuje mnie to, robię z nimi wywiad. Para – stara matka i dorosły syn, prości ludzie, mieszkają na wzgórku w ogrodzonej siatką przestrzeni, która nie ma bramki tylko ciasną dziurę w płocie, przeciskam się z trudem. Oni sobie radzą świetnie. Hodują jakieś zwierzęta. W dole wzgórza płynie woda, wzbiera okresowo. Jak to na wyspie północnej, jest zimna. Nie przejmują się niczym brnąc przez nią zanurzeni nawet po szyję tak jak stali, w ubraniach. Nie okazują żadnej reakcji na niską temperaturę, zadziwia mnie to. Ich organizm przywykł do ekstremalnego chłodu. Potrafią z sąsiadami, zanurzeni po szyję w tej wodzie stać na zalanej drodze i śpiewać swoje ludowe piosenki.
Zbiegam szybko, a raczej chyba frunę w dół wzgórza, starając się z nimi rozmawiać i unikać wody.
Potem pojawia się kwestia [nieślubnego] synka mojej dawnej przyjaciółki, to niemowlę. Pomagam w opiece nad nim. Zapakowanego ciepło i bezpiecznie w jakimś wózku zabieram gdzieś w górę poza wioską do opuszczonej drewnianej chaty, aby tam mógł wyspać się spokojnie i w miarę bezpiecznie. Penetrując chatę znajduję ślad czyjegoś pobytu, niewielką czarną lornetkę. Przymierzam do moich oczu, pasuje, bo redukuje moją wadę wzroku i mogę zobaczyć wreszcie co się znajduje na podwórzu sąsiedzkim. Nic szczególnego, wielka stodoła, jakieś klamoty porozrzucane dość swobodnie za ogrodzeniem. Odkrywam jednak jeszcze drugie obejście znajdujące się za tym sąsiednim. I tam mogę zerknąć. Widzę teraz kilku strażników w czarnych mundurach, siedzą tyłem do mnie i obserwują przestrzeń przed sobą, zatem jestem bezpieczna. W takim razie to oni tutaj byli i któryś zapomniał lornetki.
Wracam do dziecka, zaglądam do wózka, biorę na ręce. Było zapakowane w podłużne pudełko z przykrywką i dopiero w jakieś okrycia i nakrycia wózka. Spało, przebudziłam niepotrzebnie, zaczęło płakać krzywiąc buzię. Wtedy pojawił się staruszek, pamiętam go nieszczególnie, z siwym nieogolonym zarostem na twarzy, drobny, w łachmanach, albo w niechlujnym ubraniu. Nie był wrogi, pomógł mi przy dziecku i wrócić z nim do grenlandzkiej polskiej wioski. Sam został w chacie, która była jego tymczasowym schroniskiem.
Tymczasem wody [chyba wiosenne] opadły. Widzę po środku wsi sad owocowy. Na gęsto posadzonych starych drzewach mnóstwo drobniutkich jak czereśnie żółtawych jabłuszek. Liści nie widzę w kolorach, są czarne razem z pniami i gałęziami jak widzi się pod światło, albo na czarno-białej fotografii. Pewnie w tym klimacie większe owoce nie dałyby rady urosnąć – myślę. Ale i tak jest pięknie i urodzajnie, jak to w sierpniu. Nie, mamy już wrzesień, owoce powinno się już zebrać na nadciągającą zimę (odnotowuję kiks z czasem 8-9).
Za sadem wypada brzeg wyspy i widok na morze. Ktoś mnie tam prowadzi, a mnie z miejsca ogarnia zdumienie i zachwyt. Widok morza jest niecodzienny. Fale płyną jakby z lewa na prawo, choć przy brzegu tworzą większe wzburzenia, co sprawia wrażenie, jakby wszystko z nimi było w porządku i uderzały w normalny sposób o skaliste wybrzeże. Są na nich miejsca wirujące [zdaje się z prawa na lewo, tworzące kształt nieco spłaszczonej elipsy] w ciemniejszym niebieskim kolorze, wyglądają trochę jak burzowe chmury na niebie. Niebo wchodzi w biały kolor, morze ma różne odcienie niebieskiego, które tworzą jakby poziome warstwy na falach.

Mój komentarz: To wiem. Kanał minusowy ciągnie się do granicy 8/9, albo kapkę dalej. Jak przypuszczam wiedzie na Ziemię i z nią jest związany. Tutaj Polacy, czyli Ziemianie dostosowali się do minusowych warunków, nie tracąc "głowy" (która wystawała z wody i śpiewała wspólnotowe pieśni). Było też dzieciątko z matki nie-boskiej, które trzeba było czasowo ukryć. Minusowo pokazany archetyp starca i chłopca, starej i nowej świadomości, która się rodzi, mimo czarnych strażników, którzy przypadkiem zgubili "oczy" i patrzyli w inna stronę. Jest kawałek świętego mitu zatem. Dzikie jabłonie, w morzu poziomy-struny, wir w kolorze mentalu - próba zakręcenia falą w drugą stronę. Z zieleni to tylko nazwa była. Bo nawet jabłonie wydawały się pozbawione koloru.
JB: Szechinę określa się panną bez oczu.
Ja: He, czyli patrzyłam jej oczami?
JB: To możliwe.

 

10:15, transwizje
Link Dodaj komentarz »
Archiwum