bogowie są wśród nas, kresowy pamiętnik, notatki z dwóch światów
RSS
wtorek, 10 kwietnia 2018
Jak to było...

Wizja: drgająca płaszczyzna składająca się z czarnych “literek”, zakrętasków, każdy osobno. Może to obraz zapisu pamięci karmicznej jakiejś dużej grupy ludzi, rodu albo narodu? Nieco jest podobna do takich zapisów na złotej matrycy, które widziałam kilkakrotnie. Ale te są na przeźroczystym tle i uszeregowane rzędami, nie w kole czy spirali.
Widziałam tę matrycę na tle wysokiej podmurówki domu, wymurowanej z czerwonej cegły, co by wskazywało właśnie na poziom 5. Pojawiły się jakieś stworki, niewiele większe od owych “literek”, które zaczęły robić wyrwę, najpierw w spoistej matrycy, potem już w murze, pożerając “zakrętasy”. Zaczęło to wyglądać na miejsce po wyrwanym okienku piwnicznym, prowadzące w ciemność. Z atakujących stworków utworzyła się istota podobna do krokodyla, czarna (choć błysnęło jej oko, ząb i ogon, czymś białym). Wpełzła do środka domu, w podpiwniczenie, kryjąc się gdzieś na progu.

10:38, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2018
Transwizjon, czyli nowy blog

Uruchomiłam nowy blog na temat snów i przekazów odbieranych w wizjach. Zowie się Transwizjon. Zamieszczam tam materiały ze swoich spotkań i przeżyć po drugiej stronie. Częściowo pochodzą one z moich książek, sennika, notatek bardzo dawnych i przemyśleń bieżących. Będzie też trochę nowelek fantastycznych (fantazmatycznych), napisanych na bazie snów wizyjnych, zatem zawierających inspiracje. Zapraszam do zaglądania i czytania. Będzie tego sporo.

19:37, transwizje
Link
środa, 04 kwietnia 2018
Nie może tak być

Poprosiłam o pokazanie mi drogi rozwoju. Odpowiedź nie wydaje się na temat. Przynajmniej nie dotyczy mnie osobiście. To raczej sen zbiorowy.

Znalazłam się w Piotrkowie (teren współczesnego egregora Polski), przy dworcu, patrząc na ulicę Wojska Polskiego. Jest wieczór, wieczorne sztuczne światła. Cała jezdnia na tej ulicy, na wysokości przychodni zdrowia, jest rozkopana, leżą na niej góry zmielonej gleby, które odbieram jako jakieś śmieci czy nieczystości. Nie da się tamtędy pójść, bo zaraz za załomem zwałów robi się dużo więcej i światła gasną. Zauważam, że miejscami połyskuje na nich jakaś niewielka kałuża, wiem, że to zatruta woda.
Po chwili jestem w rodzinnej miejscowości, na jakiejś sali, na materacu pod ścianą siedzi kolega szkolny Tomek, z maleńkim synkiem śpiącym na kolanach. Podchodzę, witam się, pochylam z miłością nad dzieciątkiem, życząc wszystkiego dobrego. Tymczasem Tomek jest smutny, zmartwiony. Przyglądam się bliżej synkowi i widzę, że niemowlę jest blade jak papier, a pod cienką skórką na twarzy widać chorobliwe ciemne naloty. Tomek patrzy na mnie i mówi:
- Nie mogę sobie darować, że się zgodziłem go zaszczepić. Ciągle teraz choruje...
- To przejdzie – mówię pocieszająco – wykaraska się, w tym wieku to częsta reakcja...
Ale widzę, że sprawa za daleko już zaszła. Mobilizuję Tomka i idziemy oboje do Ośrodka Zdrowia. W progu spotykam znajomą lekarkę, pediatrę. Tak, zdaję sobie sprawę, że jestem już stara, siwa, może mnie nie poznawać. Mówię do Tomka obok, wchodząc dalej do gabinetu:

- Nie może tak być, że każde dziecko dostaje jednakową porcję i ilość szczepionki. Lekarz powinien każde osobno zbadać i ocenić pod względem odporności, siły, wagi, zdrowia i genetyki i dopiero określić dawkę. Bądź nawet zakazać szczepienia...

09:45, transwizje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2018
Ach, ta Irlandia...

Zaraz po położeniu się pojawiła się irracjonalna złość i dziwaczne zniecierpliwienie. Zauważyłam, że bez realnego powodu, i że coś się dzieje, bo moje ciało daje sygnał sercowej frustracji. Poprosiłam czachulca o wyjaśnienie przyczyny. I jej rozwiązanie. Długo się wierciłam, wstawałam, kładłam się, denerwując tym domowników. W końcu wpadłam w trans. Poczułam rozszerzenie przestrzeni energetycznej w głowie, dzwoniące dźwięki w uszach, pojawiła się muzyka, podobna do irlandzkiej etno, melodyjny śpiew kobiecy, poczułam, że coś przylega do mnie od strony pleców i przenika moje ciało. Stare, ciemne, kostyczne, skurczone, trzyma mnie za obie dłonie w nadgarstkach, dość twardymi, drapieżnie kurczowo zaciśniętymi rękami. Drży jakby pogrążone w transie, albo w starczych konwulsjach choroby Parkinsona. Zaczęłam przemawiać w myślach słowami, które przyszły same: “Odejdź! Przebaczam ci! Odejdź już! Masz przebaczone...”. Uścisk drapieżnych dłoni zelżał, po chwili wrażenie przylegania znikło. Dzwoniące dźwięki w uszach także. Pomyślałam, że to może moja babka? Ale czemu ona? Już tyle razy ją odprowadzałam w duchu przecież. Ktoś jak ona, w każdym razie, z podobnym problemem, i jakby dużo starsze. 

Ostatnie dni są wyjątkowo trudne, spowolnione przez chorobę i osłabienie. Na niebie najpierw konstytuowała się kwadratura Marsa w Koziorożcu do Słońca w Baranie, a teraz Mars ów włazi na moje urodzeniowe Słońce, na którym buja się od dłuższego czasu Saturn. Wygląda to na dopełnianie się i zamykanie jakichś karmicznych splotów, zapowiedziane dwa tygodnie wcześniej przez sen o naprawie mojego czerwonego samochodu (podarowanego mi nieco wcześniej przez Satanogę) i czyszczeniu długiej rury w wodzie z kałuży, w wąskim przejściu między dwoma budynkami. Taka woda to w moich snach zawsze zapowiedź choroby. Rura rzeczywiście wymaga jeszcze leczenia, kaszlę i chrząkam co chwila.

10:29, transwizje
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 marca 2018
Dwa pałace

Przede mną rozległy kilkupiętrowy pałac z ogrodem. To jakby dom prezydenta. Przylega bezpośrednio do jeszcze większego, królewskiego. Patrzę z ogrodu w okno narożnego pokoju na piętrze. Widzę tam siostrę, rozmawia z kimś. Dziwię się, że aż tak się zmieniła. Rozprawia jak prawdziwa działaczka społeczna, chce ludzi uświadamiać. Nie pamiętam konkretów sprawy, ani z kim rozmawiała.
Rzut oka z góry na oba pałace przechodzi w oglądanie i czytanie jednocześnie najnowszej książki ASa. Wydał właśnie przewodnik po tych starych budynkach, omówił w nich wszystkie sale i pokoje, historię, zabytki, architekturę. I teraz okazuje się, że jest człowiek, którego trzeba poprzeć politycznie, związany pochodzeniem z owym pałacem. I jest to kandydat na prezydenta (?) ze starego rodu austriackich monarchów, został odnaleziony i jest najlepszy. AS podłącza się ze swoją książką do rzeczywistej kampanii na rzecz poparcia dla niego. Głosi jego odpowiedniość, szacunek wieków, jaki za nim stoi, nienaganny charakter, skromność i uczciwość. Popada w tym w patos, który nieco mnie mierzi, ale rzeczywiście, tego człowieka warto poprzeć. I dlatego muszę przymknąć oko na wybujałość stylu ASa, jak zawsze hurra-realizującego własne ambicje, lecąc na przeczuwanej fali.

09:45, transwizje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 marca 2018
Chrupiące ciasteczko

Czy możliwe jest kontynuowanie linii jednej świadomości w różnych ciałach? Ponieważ sen nie przychodził dodałam jeszcze zwykłe zapytanie, co robić teraz w życiu mam.

Dopiero nad ranem cokolwiek zapamiętałam ze snu. Zakręcająca bystra rzeka z błękitną wodą, tak ostro, że właściwie tworzyła dwie równoległe rzeczki, jak dwa strumienie, wstępujący i zstępujący. Ktoś mnie ostrzegł, aby nie wchodzić do wody (z lewa na prawo), bo można w niej ugrzęznąć. Dalej, gryzłam coś w ustach, niby chrupiące ciasteczko, wyplułam na rękę, była to maleńka figurka mojego dawnego znajomego spod znaku Ryb, ponurego miłośnika horrorów, pełnego pretensji o spadek rodzinny Arkadego, właściwie wiedziałam, że żyje, ale teraz nie ruszał się. Nie miał już obu dłoni, a ja mu jeszcze odgryzłam lewą nogę. Był skulony i zgięty w pasie w pozie podobnej do zagiętej rzeki. Pozostawiłam go na umywalce w szkolnej ubikacji, może ktoś go znajdzie i coś zrobi. Nieco wstrętny mi się wydał w tej swojej ponadgryzanej postaci, a może zwyczajnie zrobiło mi się głupio, że go tak uszkodziłam. 
Tak w ogóle bowiem zostałam poproszona przez jedną z nauczycielek w szkole podstawowej o zrobienie wykładu podczas lekcji na temat nadchodzących czasów i przepowiedni Nostradamusa na ten temat. Zgodziłam się, przyszłam ubrana w błękitną koszulkę z krótkim rękawem. Onieśmielenie szybko minęło i stojąc przy tablicy zaczęłam opowiadać o okresie wielkiego kryzysu, który będzie musiało przeżyć siedzące teraz w ławkach młode pokolenie. Moje pokolenie już jeden taki kryzys w Polsce ma za sobą i zdobyliśmy pewne doświadczenie radzenia sobie w trudnych chwilach, dlatego teraz mogę podpowiedzieć, że należy dzieci uczyć praktycznych prac i rzemiosł, aby mogły sobie dać radę. Wielki kryzys nadejdzie w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Klasa była nieco rozkojarzona. Niektóre dzieci słuchały z zainteresowaniem, ale inne gadały między sobą i robiły szum. Rozmawiały jednak o tym, co usłyszały, więc nie było źle. Mimo wszystko czułam zadowolenie z siebie i obudziłam się z myślą, że może rzeczywiście zorganizować taki wykład w domu kultury, dla dorosłych, bilet mógłby kosztować dajmy na to 15 złotych. Nauczycielka szkolna była bardzo za i czym prędzej zajęła się organizacją spotkania.

10:54, transwizje
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 marca 2018
Egregor rodowy

Pozwalam się prowadzić w najlepszą stronę, nie zadając pytań. Przez chwilę przed snem coś się we mnie zmieniło, rozjaśniło, jak gdyby powiększyło i wejrzenie w głąb rozszerzyło. Wrażenie nie do opisania, bo nigdzie z ciała fizycznego nie umykałam, ani nie był to sen. Jak gdyby chwila przebudzenia duszy w ciele fizycznym. Jak pocieszenie, że jednak coś się dzieje. Poruszyłam się, i odczucie znikło. Wkrótce zasnęłam.

Anna przebywa akurat w Warszawie, mnie wizytują dwie dawne koleżanki. Kolejnego dnia przed południem dziewczyny wyruszają z powrotem, Aga po drodze chce jeszcze odwiedzić swoją ciocię mieszkającą w małej miejscowości. Kursuje tam bezpośredni autobus, proponuje mi więc wycieczkę. Zgadzam się i jadę z nimi porannym autobusem, jest niedziela. Wysiadamy na wysokości 2/3 trasy do Warszawy. Ciocia Agi mieszka w starym, dużym piętrowym domu na wzgórzu. Podoba mi się tam, chciałabym tam mieszkać! Na parterze jest rozległa kuchnia w dawnym stylu, gdzie wszyscy się goszczą. U stóp wzgórza rozciąga się stary sad i dalej ogród warzywny, który drobnej budowy ciocia, mimo lat i kalectwa (miała starcze zwyrodnienie obu nóg) z miłością i pasją uprawia. Grządki są ogrodzone deskami, każda inaczej, niektóre dość wysoko, musi do nich wskakiwać, podpierając się kijem. Dzielna kobietka!
Podczas zwiedzania warzywnika niebo zaciągnęło się chmurami i słońce znikło, zdawało się, że zapadł wieczór. Zaczęłam gorączkowo myśleć o wyjeździe do Warszawy, albo powrocie do domu. Grzebiąc w obu kieszeniach odkryłam, że nie mam portfela, a więc pieniędzy na bilet. Zwierzyłam się z tego Adze (szłyśmy wtedy zieloną miedzą między krzewami porzeczek) i ona pożyczyła mi jakiś banknot, w czerwonawym kolorze, powinno starczyć, choć nie sprawdzałam nominału. No, i nie miałam pojęcia, o której odjeżdża autobus. Zdałam sobie sprawę, że jest niedziela, więc możliwe, iż jest mniej kursów tego dnia. Aga poradziła mi, aby zapytać cioci, ona na pewno zna miejscowy rozkład. Racja! Po chwili znalazłam portfel, musiałam być mocno zdenerwowana, jeśli nie mogłam go wcześniej znaleźć.
Przejaśniło się i wróciło światło dnia. Skręciłyśmy jeszcze w prawo, aby obejrzeć cały teren, który był bardzo malowniczy i rozległy. Odkryłam, że duży dom cioci Agi był jedynie mieszkaniem dawnego zarządcy tego obszaru, a w pewnej odległości wznosi się długi, dwupiętrowy murowany pałac, z licznymi oknami pokojów, o ścianach obrośniętych białymi i czerwonymi różami, mającymi czas swej krasy i świetności dawno za sobą. Wzięłam ten budynek za dawny dom starców, już – pewnie ze starości – nieużywany i kompletnie opuszczony. Otaczał go z zewnątrz niewysoki mur, w nim brama, a obok bramy po prawej coś w rodzaju murowanej kapliczki.
Powróciwszy do domu cioci, zapytałam o rozkład autobusów. Ciocia podała mi rozpiskę. Były 3 autobusy. Poranny o 10 i ten o 13 już odjechały, ale był jeszcze wieczorny (o 19 albo 20). Jechał w kierunku mojej wsi, ale czy naprawdę tam? Przyjrzałam się nazwom. Jechał do Siemianówki. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy jest w moich okolicach jakaś Siemianówka. I czy to blisko czy daleko, jeśli już nim pojadę. Zaczęłam się odstrajać i obudziłam się.

Niedziela, dzień siódmy, to poziom 7, duszy. Funkcjonuje na nim egregor rodu Sapiehów. Jak pewnie wszelkich starych rodów. Siemianówka - Siemia/ród+miano+nowe. Ciocia – żeńska forma Ogrodnika, Sophia. Ciekawostka: Sapiehowie wywodzili swe nazwisko właśnie od Sophii. Także stara dusza, której powiązania z materialną strefą zanikają i skoncentrowana jest na wyjściu z małej karmy (zanik siły nóg). Owo czasowe zachmurzenie w ciągu dnia to zapewne pojawienie się mgły Brahmana, strefy granicy 8/9.

10:38, transwizje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2018
Piętra świadomości

Po obejrzeniu kilku nowych odcinków wykładów JB, na koniec snu, w którym dyskutowałam z kimś objawy opuchnięcia szczęki u kozy i doszłam do wniosku, że to motylica, a potem ujrzałam kobietę z mojej rodziny z czerwoną plamą z lewej strony podbrzusza, składającą się z wielkiej ilości drobnych czerwonych kropek, ukazała się wyraźna grubą kreską wiedziona cyfra 6. Czyli wizytowałam szpital dusz na 6 poziomie. Motylica – pasożyt żerujący wewnątrz ciała zwierzęcia, przechodzący kilka faz rozwojowych. Motyl jest symbolem psyche, czyli chodzi o rozwój i narodziny dojrzałej formy duchowej świadomości w ciele fizycznym.

Te ostatnio odsłuchane wykłady nieco mnie przygnębiły. Zresztą słuchacze JB też na te rewelacje tak zareagowali, przyzwyczajeni do innego języka przekazu, pełnego emocji, też patosu. W kwestii Boga, który jest Źródłem i dobra i zła, ciemności i jasności, ale nie jest miłością. Proszę o to, aby mnie pocieszono, pozwolono to pojąć właściwie. Jednocześnie pragnę ciągle poznać swoją Konieczność, aby trafić „najkrótszą drogą” - jak twierdzi JB, do swego celu.

Sen wizyjny: obserwuję mężczyznę, który robi dziwną rzecz. Dla mojej ludzkiej świadomości wygląda to makabrycznie. Ale wiem, że sens jest symboliczny i nie ma z tym wiele wspólnego, co widzę. Mała dziewczynka wisi na sznurze, a mężczyzna usiłuje ją zabić, przez zaciśnięcie owego sznura. Kręci nią zatem, aby sznur zacieśnił się na jej szyi i ją udusił. Dziecko jednak wbrew wszystkiemu żyje, mimo, że już się nie rusza i wygląda jak martwe. To musiało bardzo boleć! W końcu oprawca rezygnuje, i aby ją ożywić przenika ją tuż przed... nie wiem, czy momentem owej nieudanej egzekucji, czy przed narodzinami, bo to przecież byłam ja w brzuchu matki, nie mogąca się narodzić, z okręconą pępowiną na szyi. Choć, jeśli brać pod uwagę pytanie o przeznaczenie, może też symbolizować moje całe życie i czas przed śmiercią ciała. I jeszcze obraz leżącego człowieka. Z głowy do szyi – widzę to jak na prześwietleniu, wewnątrz głowy i ciała – sunie rudo-jasnożółty język (Logos), aby wypełnić zmartwiałą szyję. Przemówić? A na sam koniec wyświetla się napis: p. 12. Poziom dwunasty.

10:51, transwizje
Link Dodaj komentarz »
Archiwum